Witam!
Po dłuższej nieobecności powracam z nowym postem i nowym rozdziałem "Świata według Jona", z nową ilustracją i to chyba tyle, bo co więcej mam niby w poście napisać? No chyba że znajdą się jakieś sugestie, które będę w stanie spełnić.
Rozdział... a miałam to sprawdzić...
Hippis zgodnie z obietnicą pozwolił Jonowi zatrzymać się u siebie. Udostępnił mu własnoręcznie wykonane łóżko wycięte z drewna i obleczone skórą. Możliwe, że było wygodniejsze od kanapy w moim pokoju...
- Przepraszam, czy ma pan może coś do pisania?
- A na co ci to, panie?
- Chciałem wysłać list do znajomych.
- To masz pan, a jak go wyślesz to już twoja sprawa.
Jon ochoczo zabrał się do pisania. List postanowił wysłać jeszcze tego dnia, podając go maszyniście pierwszego lepszego pociągu. Pismo było ładnie zaadresowane i miało nawet znaczek, więc mimo obrzydzenia postanowiłam nie wyrzucać go od razu do kosza po jego otrzymaniu.
Maszynista podjechał pod mój dom bugatti veyronem (po co jeździ pociągiem na Syberię, jak ma taki samochód?!) i zadzwonił domofonem. Wybiegłam przed dom w szlafroku, odebrałam list i wróciłam akurat wtedy, kiedy zagotowała mi się woda na herbatę. Wcześniej jednak zostawiłam maszyniście swój numer telefonu, tak jakby nie miał kogo wozić tym swoim veyronem...
Jak już wspomniałam, list nie wylądował od razu w koszu. Usiadłam przy herbacie i zaczęłam czytanie.
droga niźko!
aktóalnie mieszkam u iakiegoś chippisa ktury jest dla mnie bardzo gośćnny. jest tu bardzo miło i pszyjemnie i jótro bende uczyć chippisa gry w tenisa. śpiem na łużku ze skury jeleńa i pijem cherbate z sosny. badzo smaczna jest ta cherbata. tylko te moje łużko jest bardzo śmierdzonce i mi śmierdzi w nocy. a tą cherbate to bym nie pił ale nie ma nic innego do pića. i jeszcze jest taka dzióra w źemi i tam sie hodzi do kibelka i ona tesz strasznie śmierdzi.
jon kowalski
Po przeczytaniu listu byłam cokolwiek wstrząśnięta i postanowiłam jednak wyrzucić go do kosza. Dopiłam swoją herbatę i poszłam dalej odsypiać Jona, jeszcze trochę mi brakowało do pełni wyspania.
Tymczasem u Jona godzina była już późna, a on cały czas pomagał hippisowi patroszyć ryby. Było to bardzo wdzięczne zajęcie, i tak zapachy były lepsze niż na łóżkach i dziurze w ziemi, o których wspominał w liście. Skończyli około 5 rano czasu lokalnego i położyli się na pół godziny spać, żeby potem iść na połów i wreszcie zacząć naukę tenisa.
- No, no, chyba pan ze mną zostaniesz na dłużej. Ładne żeś pan ryby mi złowił! - wychwalał Jona hippis, kiedy wracali znad przerębla.
- Och, dziękuję - odparł Jon niby skromnie i pobiegł szybko do chaty, żeby zabrać rakiety.
- Czekaj pan, zamknięte jest! Mam drzwi antywłamaniowe - powiedział właściciel domu bez okien i otworzył wszystkie zamki.
Jon wskoczył do izby, zabrał torbę oraz łopatę do odśnieżania i pobiegł przez zaspy szukając idealnego miejsca. Znalazł je zaraz przed chatą, ale wcześniej zdążył odśnieżyć gdzieś kilometr kwadratowy placu.
- No dobra, odśnieżył żeś pan, co teraz?
- Teraz musimy wyznaczyć linie i zamontować siatkę.
Po wykonaniu tego zadania Jon zaczął tłumaczyć hippisowi zawiłe zasady, które ja mu kiedyś wykładałam. To wzruszające, że jednak czegoś się nauczył...
Rozdział jest dość krótki, ponieważ mam do załatwienia jeszcze jedną sprawę. Z tenisem nie ma nic wspólnego, ale z Jonem już trochę bardziej.
W ostatnim poście wspominałam coś o starszej wersji 1D, zwanej Bon Jovi. Przedstawia się to tak:
Pięciu (dzisiaj już 50-letnich) Jonów z dziwnymi fryzurami, ale w kwestii muzycznej bez zarzutów. (ten w środku ma na imię Jon, jakby ktoś nie wiedział)
Pięciu Jonów z fryzurami dziwnymi inaczej, czy umieją śpiewać - to pojęcie jest względne.
Mam nadzieję, że moimi Jonami nie uraziłam fanów żadnego zespołu, na razie się już żegnam, bye!
czwartek, 17 października 2013
czwartek, 10 października 2013
Nadawanie tytułów postom jest bez sensu: i tak nigdy nie wymyślę nic sensownego
Witam!
Piękny mamy dziś dzień i to niekoniecznie ze względu na pogodę, a raczej ze względu na to, że wreszcie mam po szkole czas wolny i nie muszę martwić się lekcjami. Jestem tym tak uradowana, że po ostatnich dołujących dniach w końcu przestałam słuchać dołującej muzyki i puściłam sobie Queen, a potem starszą wersję 1D zwaną Bon Jovi.
Taki dzień jest idealny do napisania kolejnego rozdziału Jona <tutaj sama przerwałam sobie pisanie i się trochę rozśpiewałam> Na czym ja to skończyłam? A, tak! No więc bez zbędnych formalności piszę kolejny rozdział.
Rozdział kolejny
Dygoczący z zimna Jon spokojnym krokiem przemierzał rosyjskie śniegi w poszukiwaniu czegoś, czego tylko on w takim miejscu mógłby szukać: kortu tenisowego. Dopiero po godzinie wędrówki zorientował się, że nie zabrał torby z rakietami ze stacji.
Wrócił tam z poodmrażanymi niektórymi częściami ciała i stwierdził, że musi iść do toalety albo przynajmniej pod krzaczek. Po dokładnym zbadaniu terenu stwierdził, że tu jednak nie ma toi-toi-a i musi szukać krzaczka. Kiedy i te poszukiwania nie wypadły pozytywnie, Jon poczynił kolejną obserwację, mianowicie ma problem z nietrzymaniem moczu. Dalszą drogę musiał więc przebyć z majtkami przymarzniętymi do ciała.
Po kilku godzinach fioletowy z wycieńczenia i zimna Jon dotarł do chatki jakiegoś wariata mieszkającego w samym środku tego śnieżnego pustkowia. 18,(3)-latek zapukał do drzwi swoją prawą ręką, którą ledwie mógł poruszać. Otworzył mu hippis.
- Czego pan tu szukasz?
- Kibelka - przyznał zgodnie z prawdą Jon.
- Nie mam, co pan sobie myślisz, że tu mam jakąś kanalizację?!
- Nie myślę, ale może ma pan przynajmniej toi-toi-a...
- A co to jest? Weź się pan ogarnij, tu nie ma żadnych nowinek technicznych!
- A mógłby mnie pan przynajmniej wpuścić?
- Nie.
Jon postanowił zrobić słodkie oczy, zanim hippis zatrzaśnie mu drzwi przed nosem. Niestety w takich sprawach nie był najlepszy i szybko się o tym przekonał.
Nieustępliwe stworzenie czekało pod drzwiami około pięciu minut, kiedy hippis postanowił je jednak wpuścić.
- Właźże, pan, bo jeszcze zmienię zdanie!
Jon z trudem oderwał się od bryły lodu, do której przymarzł czekając na swojego wybawcę, i chwiejnym krokiem wszedł do chatki hippisa.
Wnętrze sprawiało wrażenie ciepłego i przytulnego, w kominku paliło się drewno, a na ścianach powieszone były skóry zwierząt. W najważniejszym punkcie salonu stał wielki, 50-calowy telewizor, obok niego leżał laptop i iPhone.
Hippis widząc przyglądającego się jego sprzętom Jona postarał się mu to jakoś wyjaśnić.
- No widzisz pan, tutaj prądu nie ma, to i tak to nie działa.
- To na co to panu?
- Na nic, przywieźli mi jacyś podróżni z dalekiego świata. Nawet nie wiem, do czego to służy.
- Ja też nie - przyznał Jon.
Kilka chwil później został uraczony gorącym napojem w postaci wody z pływającymi igłami z sosny oraz udźcem z dzika. Po posiłku Jon był już mniej fioletowy i mniej zamarznięty, ale cały czas nie załatwił swojej potrzeby fizjologicznej.
- Przepraszam, a jak pan musi do toalety, to gdzie pan idzie?
- A byle gdzie, dla mnie to nie ma znaczenia.
- A ja też tak mogę?
- Nie, dla gości mam specjalną dziurę w ziemi.
- To dlaczego pan wcześniej mi nie powiedział?
- Boś mi pan nie wyglądał na człowieka!
- Aha. To gdzie ta dziura?
Hippis odprowadził Jona do dziury i wrócił do chatki, na polu w końcu zimno. Jon załatwił co miał załatwić i też wrócił.
- Czy mógłbym się u pana zatrzymać na kilka dni?
- Nie.
- Czemu?
- Bo nie.
- Aha. To ja w takim razie idę.
- Masz tu pan kubrak i jak coś to możesz pan wpaść na wodę z sosną.
- To do widzenia!
- Chwila, co masz tam pan w tej torbie?
- Rakiety tenisowe - odparł dumnie Jon.
- A do czego to służy?
- Do grania w tenisa.
- Zaciekawił żeś mnie pan, jak to się robi?
- Mogę pana nauczyć, ale musimy mieć plac o wymiarach 78 na 27 stóp.
- Placu to tu masz pan pełno.
- Ale musi być bez śniegu.
- To se pan odśnieżaj! Co dalej?
- I potem jeszcze trzeba mieć w połowie kortu siatkę.
- Co?
- Takie dwa patyki, a między nimi sieć.
- A, to wiem. I co jeszcze?
- Potem staje się po przeciwnych stronach siatki i trzeba za pomocą rakiety przebić piłeczkę na drugą stronę.
- Ale to fajne! Żem nie wiedział, że jesteś pan taki mądry!
- Tylko nie nauczę pana niczego w kilka godzin, musiałbym zostać u pana na dłużej.
- To zostań pan, jak już pan musisz...
Rozdział taki sobie, przykro mi. No i znowu się żegnam, bye!
Piękny mamy dziś dzień i to niekoniecznie ze względu na pogodę, a raczej ze względu na to, że wreszcie mam po szkole czas wolny i nie muszę martwić się lekcjami. Jestem tym tak uradowana, że po ostatnich dołujących dniach w końcu przestałam słuchać dołującej muzyki i puściłam sobie Queen, a potem starszą wersję 1D zwaną Bon Jovi.
Taki dzień jest idealny do napisania kolejnego rozdziału Jona <tutaj sama przerwałam sobie pisanie i się trochę rozśpiewałam> Na czym ja to skończyłam? A, tak! No więc bez zbędnych formalności piszę kolejny rozdział.
Rozdział kolejny
Dygoczący z zimna Jon spokojnym krokiem przemierzał rosyjskie śniegi w poszukiwaniu czegoś, czego tylko on w takim miejscu mógłby szukać: kortu tenisowego. Dopiero po godzinie wędrówki zorientował się, że nie zabrał torby z rakietami ze stacji.
Wrócił tam z poodmrażanymi niektórymi częściami ciała i stwierdził, że musi iść do toalety albo przynajmniej pod krzaczek. Po dokładnym zbadaniu terenu stwierdził, że tu jednak nie ma toi-toi-a i musi szukać krzaczka. Kiedy i te poszukiwania nie wypadły pozytywnie, Jon poczynił kolejną obserwację, mianowicie ma problem z nietrzymaniem moczu. Dalszą drogę musiał więc przebyć z majtkami przymarzniętymi do ciała.
Po kilku godzinach fioletowy z wycieńczenia i zimna Jon dotarł do chatki jakiegoś wariata mieszkającego w samym środku tego śnieżnego pustkowia. 18,(3)-latek zapukał do drzwi swoją prawą ręką, którą ledwie mógł poruszać. Otworzył mu hippis.
- Czego pan tu szukasz?
- Kibelka - przyznał zgodnie z prawdą Jon.
- Nie mam, co pan sobie myślisz, że tu mam jakąś kanalizację?!
- Nie myślę, ale może ma pan przynajmniej toi-toi-a...
- A co to jest? Weź się pan ogarnij, tu nie ma żadnych nowinek technicznych!
- A mógłby mnie pan przynajmniej wpuścić?
- Nie.
Jon postanowił zrobić słodkie oczy, zanim hippis zatrzaśnie mu drzwi przed nosem. Niestety w takich sprawach nie był najlepszy i szybko się o tym przekonał.
Nieustępliwe stworzenie czekało pod drzwiami około pięciu minut, kiedy hippis postanowił je jednak wpuścić.
- Właźże, pan, bo jeszcze zmienię zdanie!
Jon z trudem oderwał się od bryły lodu, do której przymarzł czekając na swojego wybawcę, i chwiejnym krokiem wszedł do chatki hippisa.
Wnętrze sprawiało wrażenie ciepłego i przytulnego, w kominku paliło się drewno, a na ścianach powieszone były skóry zwierząt. W najważniejszym punkcie salonu stał wielki, 50-calowy telewizor, obok niego leżał laptop i iPhone.
Hippis widząc przyglądającego się jego sprzętom Jona postarał się mu to jakoś wyjaśnić.
- No widzisz pan, tutaj prądu nie ma, to i tak to nie działa.
- To na co to panu?
- Na nic, przywieźli mi jacyś podróżni z dalekiego świata. Nawet nie wiem, do czego to służy.
- Ja też nie - przyznał Jon.
Kilka chwil później został uraczony gorącym napojem w postaci wody z pływającymi igłami z sosny oraz udźcem z dzika. Po posiłku Jon był już mniej fioletowy i mniej zamarznięty, ale cały czas nie załatwił swojej potrzeby fizjologicznej.
- Przepraszam, a jak pan musi do toalety, to gdzie pan idzie?
- A byle gdzie, dla mnie to nie ma znaczenia.
- A ja też tak mogę?
- Nie, dla gości mam specjalną dziurę w ziemi.
- To dlaczego pan wcześniej mi nie powiedział?
- Boś mi pan nie wyglądał na człowieka!
- Aha. To gdzie ta dziura?
Hippis odprowadził Jona do dziury i wrócił do chatki, na polu w końcu zimno. Jon załatwił co miał załatwić i też wrócił.
- Czy mógłbym się u pana zatrzymać na kilka dni?
- Nie.
- Czemu?
- Bo nie.
- Aha. To ja w takim razie idę.
- Masz tu pan kubrak i jak coś to możesz pan wpaść na wodę z sosną.
- To do widzenia!
- Chwila, co masz tam pan w tej torbie?
- Rakiety tenisowe - odparł dumnie Jon.
- A do czego to służy?
- Do grania w tenisa.
- Zaciekawił żeś mnie pan, jak to się robi?
- Mogę pana nauczyć, ale musimy mieć plac o wymiarach 78 na 27 stóp.
- Placu to tu masz pan pełno.
- Ale musi być bez śniegu.
- To se pan odśnieżaj! Co dalej?
- I potem jeszcze trzeba mieć w połowie kortu siatkę.
- Co?
- Takie dwa patyki, a między nimi sieć.
- A, to wiem. I co jeszcze?
- Potem staje się po przeciwnych stronach siatki i trzeba za pomocą rakiety przebić piłeczkę na drugą stronę.
- Ale to fajne! Żem nie wiedział, że jesteś pan taki mądry!
- Tylko nie nauczę pana niczego w kilka godzin, musiałbym zostać u pana na dłużej.
- To zostań pan, jak już pan musisz...
Rozdział taki sobie, przykro mi. No i znowu się żegnam, bye!
poniedziałek, 7 października 2013
Post... post? Znaczy: pooooost???
Witam!
Nie było mnie tu chwilę czasu, głównie ze względu na jego brak. Opowiadanie się jednak samo nie napisze, więc byłam zmuszona nacisnąć ten fajny, pomarańczowy przycisk i wykorzystać to białe pole, po którym właśnie piszę.
Na początek mam newsa, który jest bardziej niż śmieszny. Otóż, od jakiegoś tygodnia zrobiło się wielkie zamieszanie, bo Rafa Nadal mógł zostać numerem 1 rankingu ATP, wchodząc do finału turnieju w Pekinie. No i wszedł sobie do tego finału (nie, w ogóle nikt się tego nie spodziewał) i został tym numerem 1. Tylko ludzie: po co wy robicie taką aferę, jak jedno potknięcie Nadala w następnym turnieju oznacza kolejną zmianę lidera? I na koniec powiem, co mnie tak rozbawiło. Różnica punktowa między Djoko a Rafą wynosi... 40 punktów. Nie 400, równe 40 punktów. Śmieszne? No właśnie.
A teraz oddaję głos do studia... znaczy do Jona...
Rozdział któryś tam
Rano Jon zarzucił jednemu z moich kaktusów nieuzasadnioną przemoc w stosunku do jego osoby i po raz kolejny postanowił się wyprowadzić. Byłam zmuszona wezwać kuratora na miejsce zdarzenia.
Przyjechał rozespany jakieś dwie godziny później, zastając Jona próbującego rozpracować działanie klucza w drzwiach. Był tym tak zajęty, że nawet nie zauważył, że drzwi zostały otwarte. Kurator wszedł, zdjął płaszcz i wkroczył do salonu w swoich eleganckich, choć bardzo ubłoconych butach. Przywitawszy się z nim poprosiłam go o zdjęcie butów i późniejszą pomoc w myciu podłogi.
Po krótkiej negocjacji ustaliliśmy, że Jon potrzebuje jakiegoś miejsca, gdzie będzie mógł sam spokojnie posiedzieć i porozmyślać. Problemem było wybranie takiego miejsca, skończyło się na tym, że wyślemy Jona na Syberię.
Realizacja naszych pomysłów nigdy nie była łatwa, teraz problemem były drzwi, z którymi Jon miał nadal problem. W końcu pomyślałam, że i tak ich już więcej nie dotknę bez grubych gumowych rękawic, więc postanowiłam mu je podarować. Niech się chłopak ucieszy.
Pan kurator chciał nas zabrać na stację swoim pięknym ferrari, ale drzwi za nic nie chciały się do niego zmieścić. Z ciężkim sercem powędrowaliśmy do centrum piechotą. Ludzie przyglądali się nam bardzo dokładnie, zwłaszcza kiedy weszliśmy do sklepu kupić Jonowi futrzaną czapkę-uszankę. W końcu jak ma spędzić resztę życia w Rosji, to musi się upodobnić do miejscowych.
Nareszcie doszliśmy do stacji i zakupiliśmy bilety. Tutaj się okazało, że do pociągu nie wolno wchodzić z drzwiami. Nie mieliśmy pojęcia, co z tym fantem zrobić, bo Jon cały czas sobie z nimi nie poradził. W końcu zdecydowaliśmy, że pozbycie się go jest dla nas ważniejsze niż jego edukacja w kwestii dziurek od klucza.
Pociąg przyjechał ze zwyczajowym spóźnieniem, wynoszącym (jak wynika z moich obliczeń) 2 godziny, 34 minuty i 56 sekund. Szybko wepchnęliśmy Jona do jakiegoś pustego przedziału i opuściliśmy pociąg. Nie było potrzeby z nim jechać, Sybir i tak był ostatnią stacją, gdzie maszynista wyrzucał bezwzględnie wszystkich z pociągu. Na wszelki wypadek poprosiliśmy go jednak, żeby o Jonie nie zapomniał i wyrzucił go nie wcześniej i nie później. Warto też zauważyć, że w kasie nie sprzedawano biletów powrotnych.
Zadowoleni z powodzenia misji postanowiliśmy przejechać się ferrari do Castoramy. Trzeba było kupić jakieś nowe drzwi, bo jeszcze Sziro by się mogło u mnie zadomowić, a na tym mimo wszystko mi nie zależało.
Wybrałam coś bardzo eleganckiego i bardzo drogiego, ale nie musiałam się niczym martwić, bo kurator i tak miał zapłacić. Co on taki dla mnie miły się zrobił?
W domu zastałam Sziro leżące na kanapie. Oczywiście uciekło, kiedy tylko próbowałam je pogłaskać. Z pomocą kuratora wprawiłam nowe drzwi. Prezentowały się świetnie, choć trochę nie pasowały do elewacji... Ale co tam, ważniejsza była teraz przyjemność z jazdy ferrari.
Kurator opuścił moje domostwo po obiedzie. Trochę później zadzwonił do mnie maszynista, informując mnie, że właśnie dojechał na Syberię, ale ma problem z pozbyciem się Jona. Poleciłam mu więc wyrzucenie najpierw jego torby z rakietami, za nimi wyskoczy wszędzie.
Tak też się stało. Na reszcie miałam spokój od tego stworzenia, nareszcie mogłam odpocząć, wyspać się, wyjść gdzieś bez zmartwienia, że nie zastanę swojego domu na miejscu... Jako pierwsze postanowienie postanowiłam zrealizować spanie. Więc poszłam spać.
No i się już żegnam, do zobaczenia w następnym poście. Bye!
Nie było mnie tu chwilę czasu, głównie ze względu na jego brak. Opowiadanie się jednak samo nie napisze, więc byłam zmuszona nacisnąć ten fajny, pomarańczowy przycisk i wykorzystać to białe pole, po którym właśnie piszę.
Na początek mam newsa, który jest bardziej niż śmieszny. Otóż, od jakiegoś tygodnia zrobiło się wielkie zamieszanie, bo Rafa Nadal mógł zostać numerem 1 rankingu ATP, wchodząc do finału turnieju w Pekinie. No i wszedł sobie do tego finału (nie, w ogóle nikt się tego nie spodziewał) i został tym numerem 1. Tylko ludzie: po co wy robicie taką aferę, jak jedno potknięcie Nadala w następnym turnieju oznacza kolejną zmianę lidera? I na koniec powiem, co mnie tak rozbawiło. Różnica punktowa między Djoko a Rafą wynosi... 40 punktów. Nie 400, równe 40 punktów. Śmieszne? No właśnie.
A teraz oddaję głos do studia... znaczy do Jona...
Rozdział któryś tam
Rano Jon zarzucił jednemu z moich kaktusów nieuzasadnioną przemoc w stosunku do jego osoby i po raz kolejny postanowił się wyprowadzić. Byłam zmuszona wezwać kuratora na miejsce zdarzenia.
Przyjechał rozespany jakieś dwie godziny później, zastając Jona próbującego rozpracować działanie klucza w drzwiach. Był tym tak zajęty, że nawet nie zauważył, że drzwi zostały otwarte. Kurator wszedł, zdjął płaszcz i wkroczył do salonu w swoich eleganckich, choć bardzo ubłoconych butach. Przywitawszy się z nim poprosiłam go o zdjęcie butów i późniejszą pomoc w myciu podłogi.
Po krótkiej negocjacji ustaliliśmy, że Jon potrzebuje jakiegoś miejsca, gdzie będzie mógł sam spokojnie posiedzieć i porozmyślać. Problemem było wybranie takiego miejsca, skończyło się na tym, że wyślemy Jona na Syberię.
Realizacja naszych pomysłów nigdy nie była łatwa, teraz problemem były drzwi, z którymi Jon miał nadal problem. W końcu pomyślałam, że i tak ich już więcej nie dotknę bez grubych gumowych rękawic, więc postanowiłam mu je podarować. Niech się chłopak ucieszy.
Pan kurator chciał nas zabrać na stację swoim pięknym ferrari, ale drzwi za nic nie chciały się do niego zmieścić. Z ciężkim sercem powędrowaliśmy do centrum piechotą. Ludzie przyglądali się nam bardzo dokładnie, zwłaszcza kiedy weszliśmy do sklepu kupić Jonowi futrzaną czapkę-uszankę. W końcu jak ma spędzić resztę życia w Rosji, to musi się upodobnić do miejscowych.
Nareszcie doszliśmy do stacji i zakupiliśmy bilety. Tutaj się okazało, że do pociągu nie wolno wchodzić z drzwiami. Nie mieliśmy pojęcia, co z tym fantem zrobić, bo Jon cały czas sobie z nimi nie poradził. W końcu zdecydowaliśmy, że pozbycie się go jest dla nas ważniejsze niż jego edukacja w kwestii dziurek od klucza.
Pociąg przyjechał ze zwyczajowym spóźnieniem, wynoszącym (jak wynika z moich obliczeń) 2 godziny, 34 minuty i 56 sekund. Szybko wepchnęliśmy Jona do jakiegoś pustego przedziału i opuściliśmy pociąg. Nie było potrzeby z nim jechać, Sybir i tak był ostatnią stacją, gdzie maszynista wyrzucał bezwzględnie wszystkich z pociągu. Na wszelki wypadek poprosiliśmy go jednak, żeby o Jonie nie zapomniał i wyrzucił go nie wcześniej i nie później. Warto też zauważyć, że w kasie nie sprzedawano biletów powrotnych.
Zadowoleni z powodzenia misji postanowiliśmy przejechać się ferrari do Castoramy. Trzeba było kupić jakieś nowe drzwi, bo jeszcze Sziro by się mogło u mnie zadomowić, a na tym mimo wszystko mi nie zależało.
Wybrałam coś bardzo eleganckiego i bardzo drogiego, ale nie musiałam się niczym martwić, bo kurator i tak miał zapłacić. Co on taki dla mnie miły się zrobił?
W domu zastałam Sziro leżące na kanapie. Oczywiście uciekło, kiedy tylko próbowałam je pogłaskać. Z pomocą kuratora wprawiłam nowe drzwi. Prezentowały się świetnie, choć trochę nie pasowały do elewacji... Ale co tam, ważniejsza była teraz przyjemność z jazdy ferrari.
Kurator opuścił moje domostwo po obiedzie. Trochę później zadzwonił do mnie maszynista, informując mnie, że właśnie dojechał na Syberię, ale ma problem z pozbyciem się Jona. Poleciłam mu więc wyrzucenie najpierw jego torby z rakietami, za nimi wyskoczy wszędzie.
Tak też się stało. Na reszcie miałam spokój od tego stworzenia, nareszcie mogłam odpocząć, wyspać się, wyjść gdzieś bez zmartwienia, że nie zastanę swojego domu na miejscu... Jako pierwsze postanowienie postanowiłam zrealizować spanie. Więc poszłam spać.
No i się już żegnam, do zobaczenia w następnym poście. Bye!
środa, 2 października 2013
Jona ciąg dalszy (pisanie tego posta zaczęłam 1.10.2013, a skończę kiedy skończę...)
Witam!
Dzisiaj przybywam z kolejnym rozdziałem, który ma wyjaśnić kilka spraw w temacie Jona. Może i nie mam czasu na pisanie, ale gdyby pewna osoba (nie będę wymieniać z nazwiska, bo go nie znam) miała mi zrobić jakąś krzywdę lub na złość mi zepsuć mój plan w naszych tajnych działaniach... <powyższe zdanie zostaje z mojego rozkazu objęte cenzurą, również dla wymienionej w nim osoby>
Rozdział... yyy... znaczy, no... który to rozdział?
Kiedy Genowefa opuściła moje skromne domostwo, Jon zaczął odzyskiwać świadomość. Niestety... Zasmucona tym faktem udałam się do kuchni w celu dokończenia kolacji, wyprowadziłam Jona i Kota na pole, a potem dałam im jeść. Choć właściwie tylko Jon jadł na polu, Kota się tak źle nie traktuje.
Noc w obawie przed Szirem Jon spędził na drzewie, które przewróciło się rano pod jego ciężarem. I tak wcześniej czy później musiało się to stać, a teraz mogło dodatkowo przygnieść Jona. Ta wspaniała informacja wystarczyła, żebym zbiegła na dół i sprawdziła, czy mi się to nie śniło.
Niestety śniło się tylko w połowie, bo fakt - drzewo leżało na ziemi, a pod nim leżał Jon, ale był żywy. Nie miałam zamiaru go stamtąd wyciągać, więc poszłam zjeść spokojnie śniadanie. Po posiłku postanowiłam jednak iść do sąsiada, żeby może coś z tym zrobił. I ewentualnie wyciągnął Jona spod drzewa.
Sąsiad przyszedł z piłą i o mało nie pokroił Jona, nie patrząc na to, gdzie tnie. Na nieszczęście Jon znowu przeżył (czyżby miał życia jak koty?) i jakoś wygrzebał się ze stosu połamanych gałęzi.
- Wyprowadzam się - oświadczył i poszedł do domu.
- Wyprowadzasz się z pola do domu?
- Nie, ja tylko idę po swoje pamiątki.
- Tylko tak się składa, że twoje pamiątki już pewnie dawno zostały sprzedane jakimś dzieciom, których nie stać na własną wyprawę za granicę.
Jon miał łzy w oczach. Trudno, trzeba było nie kupować tyle badziewia, to by się nie miało tyle do stracenia. Zapłakane stworzenie zabrało więc tylko swoją torbę Wilsona i poszło w świat. Daleko jednak nie zaszło, bo nie umiało otworzyć furtki.
Postanowiłam być dla niego miła i mu otworzyć, zorientowałam się jednak w porę, że należałoby to uzgodnić z jego kuratorem. Wykonałam więc szybki telefon i dostałam odpowiedź. Zadowolona z niej być nie mogłam, bo od tego czasu Jon miał zajmować kanapę w moim pokoju.
Poszłam do łazienki zwymiotować i wróciłam do ogrodu, żeby podziękować sąsiadowi i przedstawić Jonowi rozporządzenie kuratora. Miałam cichą nadzieję, że się na mnie tak bardzo obraził, że nie będzie się chciał z powrotem wprowadzić do domu.
Oczywiście było całkowicie odwrotnie, 18,(3)-latek bardzo chętnie ulokował się w moim pokoju i zajął sobie miejsce w szafie. Moja ulubiona koszulka została przykryta jego workiem na ziemniaki, który nazywał piżamą, a na świeżo wypranych dżinsach ułożył swoją torbę.
Teraz nie umiałam się powstrzymać i w końcu go walnęłam. Ciężko sobie wyobrazić, jak wielką ulgę mi to przyniosło! Ale przypomniałam sobie słowa kuratora i żeby samej nie znaleźć się pod jego opieką, postanowiłam być dla Jona miła i wyrozumiała. Przygotowałam więc dla niego pościel i jakieś miejsce w szafie (przy okazji zabierając swoje rzeczy gdzie indziej, a niektóre do prania).
Wszystko było świetnie aż do wieczora, kiedy się okazało, że Jon boi się ciemności i lampek nocnych. Kiedy miałam już kazać mu się wynosić, postanowiłam pokazać mu, że za oknem jest latarnia.
- Ale to jak lampka nocna - stwierdził Jon.
Starając się nie wybuchnąć zasunęłam rolety, które nie powodowały w pokoju ciemności, a z drugiej strony nic nikomu nie świeciło. Zadowolony Jon położył się spać.
Miałam już nadzieję na pierwszą dobrze przespaną noc, ale tradycyjnie musiało się coś wydarzyć. Tym razem wszystko było winą Kota, który postanowił przetestować kanapę jako miejsce do spania. Ja nietrudno się domyślić, Jon podskoczył z przerażenia i próbował wyskoczyć przez okno, ale na szczęście nie udało mu się przebić przez roletę.
Nie miałam najmniejszej ochoty na prezentowanie kolejnego wykładu o tym, że koty są milutkie, więc zaprosiłam drapieżne zwierzę do siebie i poszliśmy spać. Kot jak to Kot musiał postawić na swoim i przez całą noc musiałam pilnować, żeby nie poszedł na kanapę. Trochę by mi było szkoda tych rolet...
Jestem z siebie dumna, udało mi się skończyć na drugi dzień. Rozdział raczej taki sobie, ale nie mam szczególnej ochoty go poprawiać, na razie się żegnam, bye!
Dzisiaj przybywam z kolejnym rozdziałem, który ma wyjaśnić kilka spraw w temacie Jona. Może i nie mam czasu na pisanie, ale gdyby pewna osoba (nie będę wymieniać z nazwiska, bo go nie znam) miała mi zrobić jakąś krzywdę lub na złość mi zepsuć mój plan w naszych tajnych działaniach... <powyższe zdanie zostaje z mojego rozkazu objęte cenzurą, również dla wymienionej w nim osoby>
Rozdział... yyy... znaczy, no... który to rozdział?
Kiedy Genowefa opuściła moje skromne domostwo, Jon zaczął odzyskiwać świadomość. Niestety... Zasmucona tym faktem udałam się do kuchni w celu dokończenia kolacji, wyprowadziłam Jona i Kota na pole, a potem dałam im jeść. Choć właściwie tylko Jon jadł na polu, Kota się tak źle nie traktuje.
Noc w obawie przed Szirem Jon spędził na drzewie, które przewróciło się rano pod jego ciężarem. I tak wcześniej czy później musiało się to stać, a teraz mogło dodatkowo przygnieść Jona. Ta wspaniała informacja wystarczyła, żebym zbiegła na dół i sprawdziła, czy mi się to nie śniło.
Niestety śniło się tylko w połowie, bo fakt - drzewo leżało na ziemi, a pod nim leżał Jon, ale był żywy. Nie miałam zamiaru go stamtąd wyciągać, więc poszłam zjeść spokojnie śniadanie. Po posiłku postanowiłam jednak iść do sąsiada, żeby może coś z tym zrobił. I ewentualnie wyciągnął Jona spod drzewa.
Sąsiad przyszedł z piłą i o mało nie pokroił Jona, nie patrząc na to, gdzie tnie. Na nieszczęście Jon znowu przeżył (czyżby miał życia jak koty?) i jakoś wygrzebał się ze stosu połamanych gałęzi.
- Wyprowadzam się - oświadczył i poszedł do domu.
- Wyprowadzasz się z pola do domu?
- Nie, ja tylko idę po swoje pamiątki.
- Tylko tak się składa, że twoje pamiątki już pewnie dawno zostały sprzedane jakimś dzieciom, których nie stać na własną wyprawę za granicę.
Jon miał łzy w oczach. Trudno, trzeba było nie kupować tyle badziewia, to by się nie miało tyle do stracenia. Zapłakane stworzenie zabrało więc tylko swoją torbę Wilsona i poszło w świat. Daleko jednak nie zaszło, bo nie umiało otworzyć furtki.
Postanowiłam być dla niego miła i mu otworzyć, zorientowałam się jednak w porę, że należałoby to uzgodnić z jego kuratorem. Wykonałam więc szybki telefon i dostałam odpowiedź. Zadowolona z niej być nie mogłam, bo od tego czasu Jon miał zajmować kanapę w moim pokoju.
Poszłam do łazienki zwymiotować i wróciłam do ogrodu, żeby podziękować sąsiadowi i przedstawić Jonowi rozporządzenie kuratora. Miałam cichą nadzieję, że się na mnie tak bardzo obraził, że nie będzie się chciał z powrotem wprowadzić do domu.
Oczywiście było całkowicie odwrotnie, 18,(3)-latek bardzo chętnie ulokował się w moim pokoju i zajął sobie miejsce w szafie. Moja ulubiona koszulka została przykryta jego workiem na ziemniaki, który nazywał piżamą, a na świeżo wypranych dżinsach ułożył swoją torbę.
Teraz nie umiałam się powstrzymać i w końcu go walnęłam. Ciężko sobie wyobrazić, jak wielką ulgę mi to przyniosło! Ale przypomniałam sobie słowa kuratora i żeby samej nie znaleźć się pod jego opieką, postanowiłam być dla Jona miła i wyrozumiała. Przygotowałam więc dla niego pościel i jakieś miejsce w szafie (przy okazji zabierając swoje rzeczy gdzie indziej, a niektóre do prania).
Wszystko było świetnie aż do wieczora, kiedy się okazało, że Jon boi się ciemności i lampek nocnych. Kiedy miałam już kazać mu się wynosić, postanowiłam pokazać mu, że za oknem jest latarnia.
- Ale to jak lampka nocna - stwierdził Jon.
Starając się nie wybuchnąć zasunęłam rolety, które nie powodowały w pokoju ciemności, a z drugiej strony nic nikomu nie świeciło. Zadowolony Jon położył się spać.
Miałam już nadzieję na pierwszą dobrze przespaną noc, ale tradycyjnie musiało się coś wydarzyć. Tym razem wszystko było winą Kota, który postanowił przetestować kanapę jako miejsce do spania. Ja nietrudno się domyślić, Jon podskoczył z przerażenia i próbował wyskoczyć przez okno, ale na szczęście nie udało mu się przebić przez roletę.
Nie miałam najmniejszej ochoty na prezentowanie kolejnego wykładu o tym, że koty są milutkie, więc zaprosiłam drapieżne zwierzę do siebie i poszliśmy spać. Kot jak to Kot musiał postawić na swoim i przez całą noc musiałam pilnować, żeby nie poszedł na kanapę. Trochę by mi było szkoda tych rolet...
Jestem z siebie dumna, udało mi się skończyć na drugi dzień. Rozdział raczej taki sobie, ale nie mam szczególnej ochoty go poprawiać, na razie się żegnam, bye!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





