Witam!
Po 100 latach przerwy... znaczy służby na statku zwanym "Latający Holender" u Davie'go Jonesa (nareszcie jakieś sensowne wytłumaczenie nieobecności!) postanowiłam znowu napisać posta z krótkim opowiadaniem o Jonie. Opowiadanie miało zostać opublikowane na Mikołajki, ale tak się złożyło, że nie zostało i zostanie dzisiaj.
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami... na Syberii... zresztą dokładnie nie wiadomo gdzie, żył sobie pewien idiota imieniem Jon. Ze swojej głupoty zasłynął na całym świecie przez opowiadania na blogu pewnej fanatyczki koni, rocka i tenisa, czytane przez olbrzymie grono czytelników z całej Polski, od Śląska po Pomorze, w przybliżeniu było ich... <wystąpił błąd, proszę spróbować później>
Wracając jednak do Jona, był on idiotą jakich mało. Jak głoszą podania i legendy, umiał on grać w tenisa, ale nie znał zasad. Niektórzy mówią też, że na śniadanie pożerał książki i bał się białych kotów, a także ciemności i lampek nocnych. Podobno zginął pożarty przez wielką rybę z Morza Kaspijskiego lub Oceanu Indyjskiego - tego dokładnie nie ustalono - ale plotki mówią, że jednak przeżył, w końcu skąd by się wziął dalszy ciąg opowiadania?
Żeby jednak dobrze zrozumieć całą historię, należy sięgnąć trochę głębiej, do dzieciństwa Jona.
No więc było to tak, że małe Joniątko jak każde dziecko miało swoje marzenia. Pierwszym z nich była gra w tenisa, spełniło się ono, kiedy Jon miał za sobą 3 lata swojego beznadziejnego życia. Swoją pierwszą rakietę otrzymał 6 grudnia X roku (data z pewnych przyczyn nieznana) od świętego Mikołaja. A było to tak...
Jon układał się do snu w swoim łóżeczku, nie mógł jednak długo zasnąć ze strachu przed swoją lampką nocną. Wtedy do jego pokoju wtargnął jakiś facet niezwykle podobny do jego ojca i postawił obok jego łóżka paczkę, po czym odszedł. Rano Jon dowiedział się, że wbrew pozorom nie był to jego tata tylko święty Mikołaj.
Jako bardzo mądre dziecko Jon od razu zrozumiał, że musi to być jakiś zawód i to w dodatku bardzo ciekawy, skoro jego ojciec go wykonuje. Ponieważ tata był jego wielkim autorytetem, od tego czasu postanowił zrobić wszystko, żeby w przyszłości również zostać świętym Mikołajem.
Mijały lata, Jon stał się bardzo sprawnym tenisistą z poważnymi osiągnięciami w Challenger Tour i Future Series. Powoli zapominał o swoich poprzednich marzeniach i zaczęło mu bardziej zależeć na wygraniu Wielkiego Szlema. Było to jedna marzenie bardzo trudne do spełnienia i w wieku 18,(6), czyli kilku miesięcy od jego oficjalnej śmierci, postanowił zająć się jednak tym pierwszym.
W Kazachstanie nie było za bardzo możliwości na znalezienie pracy w tym zawodzie, więc Jon postanowił wrócić pieszo do ojczyzny i tam poszukać pracy. Wędrował długimi miesiącami, swoje 19 urodziny spędził na autostradzie w Niemczech i właśnie wtedy się zorientował, że pojechało mu się trochę za daleko. Ponieważ był jednak w swoim mniemaniu mądrym stworzeniem, stwierdził, że za granicą będzie mu łatwiej znaleźć pracę.
Poszukiwania rozpoczął więc w Niemczech, miał jednak problemy ze znajomością języka, przez miesiąc pobytu u naszych zachodnich sąsiadów poznał tylko jedno słowo bardzo często do niego wypowiadane: "Scheiße", którego znaczenia nigdy nie poznał i w sumie dla niego to dobrze.
Po kolejnym miesiącu poszukiwań i dalszej nieznajomości niemieckiego Jon stwierdził, że powinien wybrać się jeszcze dalej na zachód. Postawił więc na Wielką Brytanię, gdzie był wprawdzie poszukiwany listem gończym, ale przynajmniej znał język angielski. Na miejsce dotarł pokonując drogę lądową piechotą, a morską w spław i o dziwo zajęło mu to tylko kolejny miesiąc.
Jon wyszedł z wody u wybrzeży Anglii pomarszczony od soli, cały mokry i obwieszony owocami morza, odstraszając od razu wszystkich ludzi przebywających wtedy w porcie.
- Mogę prosić pana o autograf, panie Jones? - zapytało Jona jakieś odważne dziecko, widocznie wielki fan "Piratów z Karaibów".
- Ja nie jestem Jones tylko Jon. Musiałeś mnie z kimś pomylić, chłopczyku.
- Ale ja jestem dziewczynką!
Ostatnich słów dziecka Jon już jednak nie słyszał, bo bardziej był zainteresowany szukaniem pracy i spokojnym krokiem udał się do miasta, w którym na każdym słupie wisiały jego zdjęcia z wyraźnie określoną ceną za jego głowę. Przyjrzał się im uważnie, przeczytał podpis, podumał chwilę... "To moja głowa jest taka cenna! Mógłbym ją sprzedać i zarobić trochę, żebym łatwiej znalazł pracę!" - pomyślał uradowany.
Jon pognał w podskokach na najbliższy komisariat policji, żeby oddać głowę w ręce mężnych angielskich strażników prawa, całkowicie nieświadomy tego, co go tam czeka. Po drodze zauważył, że ludzie widząc go zaczynają wymachiwać rękami i rzucają się w pogoń za nim. Nie miał jednak pojęcia, dlaczego są dla niego tacy mili.
Na komisariacie Jon ładnie się przywitał i przestawił, po czym oświadczył, że chce sprzedać swoją głowę chcąc zarobić na życie i przy okazji zapytał, gdzie może zatrudnić się w pracy jako święty Mikołaj. Został oczywiście wyśmiany, ale z drugiej strony uratowało mu to życie i wolność, bo policjanci nie umieli się opanować na tyle, żeby zakuć Jona w kajdanki i tylko tarzali się po podłodze.
Zdziwiony takim postępowaniem funkcjonariuszy Jon postanowił opuścić budynek i udać się gdziekolwiek indziej. Wybrał bibliotekę, gdzie uzbroił się w fachową literaturę dla świętych Mikołajów, czyli coś o włamywaniu się do domów niepostrzeżenie oraz mnóstwo wydań "Opowieści wigilijnej", które uznał za bardzo potrzebne.
W bibliotece Jon spędził 3 dni bez spełniania podstawowych potrzeb życiowych, ale oczywiście jak to Jon - musiał przeżyć. Po przeczytaniu i nauczeniu się na pamięć wybranych fragmentów dzieł literackich w końcu zrozumiał, że święty Mikołaj nie mieszka w Wielkiej Brytanii ani w Niemczech. Zakupił więc w księgarni atlas świata i wybrał się na poszukiwania, tym razem jednak nie pracy, a Laponii, gdzie podobno może spełnić się jego marzenie.
Niestety obrazek beznadziejny, ale nie miałam czasu zrobić lepszego. W drugiej części opowiadania będą porządne ilustracje do całego opowiadania. A teraz się żegnam, bye!
