sobota, 25 stycznia 2014

Czy ktoś może coś zuważył...?

Witam!

Jak widać, wprowadziłam na bloga kilka zmian, zwą się one w języku blogerów zmianą wyglądu. Pozwolę sobie jednak napisać to po ludzku: usiadłam przy komputerze, złapałam piórko od tabletu w dłoń i narysowałam nowe tło oraz nowy tytuł, po czym wstawiłam je (nie bez trudu) na bloga. Inspiracją dla mnie była zima, która raczyła odwiedzić skromne dąbrowskie progi i zasłoniła mi widok na świat śniegiem na oknach...

Ale nie to jest najważniejsze, skoro chciałam skombinować nowy rozdział Jona. Jeszcze nie mam pojęcia, o czym on będzie opowiadać, ale na pewno coś wymyślę. Mam nadzieję. Chyba. Postaram się. Nie będzie najgorzej. Uda mi się. Tak mi się wydaje...

Ciekawy przypadek... Jona - część pierwsza

  Mówiąc o ciekawym przypadku Jona nie mam tym razem na myśli Jona jako dziwnego stworzenia, które samo w sobie jest ciekawym przypadkiem, a rzeczywiście ciekawy przypadek - jako nietypowe zdarzenie z jego udziałem. Oczywiście, takich sytuacji było już bardzo wiele, w każdym rozdziale każdego opowiadania i każdym akapicie każdego rozdziału, ale teraz postanowiłam sięgnąć wyżyn mojej kreatywności i naprawdę się postarać. Postanowiłam... A czy moje postanowienie się spełni, to się zaraz okaże.

  Jon spał sobie spokojnie w kurniku. Wokół niego gdakały zdegustowane kury, najprawdopodobniej debatując, jak zrzucić to coś z grzędy.
- Ko-ko? - zapytał pewien dostojny kogut.
- Ko-ko-ko gdak! - odparły kury, ale nie mam doprawdy pojęcia, co to mogło znaczyć.
Debata toczyła się dalej i wyglądała cały czas tak samo, z drobnymi zmianami, głównie z akcencie:
- Kok-o? Ko? 
- Gdak-kokoko!
Nadal nic nie dało się z tego wywnioskować, ale zmiana akcentu musiała mieć dla kur duże znaczenie, bo zdawały się mieć coraz bardziej bojowe nastroje.
- K-oko!
- K-oko, k-oko GDAK! - zaczęły wołać kury z pochodniami w dziobach... Jakie znowu <piiiip> pochodnie?! Skąd te ptaki wzięły pochodnie?! 
  Nie było jednak czasu na zastanawianie się nad tą sprawą, bo drób właśnie przechodził do czynów. Nad głową Jona znalazła się jedna z pochodni niewiadomego pochodzenia. Jako że biedne to stworzenie panicznie bało się lampek nocnych, od razu się obudziło z wielkim wrzaskiem. Nie miało pojęcia, gdzie się znajduje (oprócz tego, że w kurniku) i co też takiego tam robi.
  Dziesiątki przymrużonych czarnych oczek wpatrywały się tępo acz nienawistnie w Jona. Jon wpatrywał się równie tępo, choć raczej ze zdziwieniem, w tłum rudowłosych ptaków. "Jak rude, to im ufać nie wolno" - przypomniał sobie mądrość swojego dziadka i tym razem miał rację. Kury podchodziły do niego coraz bliżej, coraz więcej pochodni, niczym lampki nocne z najgorszego koszmaru, odbijało się w oczach Jona, a razem z nimi odbijało się też przerażenie. Trzęsące się ze strachu stworzenie przypominało sobie teraz najgorsze chwile swojego życia: kierowcę londyńskiego autobusu, Sziro, stratę pamiątek, wszystkie lampki nocne, syberyjskie śniegi, wielką rybę, niemiecką autostradę, lapońską gościnność... W końcu zaczął trząść się bardziej niż stara Nokia z włączonym alarmem wibracyjnym i jak na takąż Nokię przystało - spadł z grzędy.
  - Ko-ko-oko gdak?
- Ko gdak-ko. Ko-ko - odparł kogut na pytanie towarzyszy broni.
Cały czas nie wiedziałam, co takiego kury sobie mówią, ale po ich zachowaniu można było wywnioskować, że chyba postanowiły dać Jonowi spokój. Zgasiły pochodnie i usiadły po prostu na grzędzie.
  Wystraszony nagłą ciemnością Jon zaczął w panice szukać wyjścia z kurnika. Niestety mimo starań nijak mu się to udawało. Jego przerażenie przybrało na sile, kiedy kury zaczęły gdakać przez sen - dźwięki te były dla niego co najmniej torturą. Coraz większy strach nie nie przekładał się jednak na pozytywny wynik poszukiwania wyjścia.
  Wycieńczone strachem 19,(3) letnie stworzenie traciło powoli nadzieję na wydostanie się z tej okropnej pułapki, gdy nagle rozwarły się przed nim drzwi, wlewając do środka światło słoneczne i oblewając nim Jona tak, że aż zrobił się mokry. Jego oczom, w których cały czas płonęły pochodnie, ukazał się przecudny widok wiejskiego podwórka. No dobrze, nie był znowu taki cudny ani chyba też nie wiejski, ale bez porządnego rozeznania nie dało się tego stwierdzić.
  - Rascwietali jabłoni i gruszy, popłyli tumany nad riekoj... - śpiewał mniej więcej w taki sposób jakiś staruszek przechodząc obok kurnika. Jon przyjrzał mu się uważnie i stwierdził, że ten facet musi mieć coś z głową. Postanowił jednak do niego podejść, bo wyglądał na jedynego człowieka w okolicy.
- Du ju noł łer aj em? - zapytał swoim zwyczajem.
- In Raszija - odparł staruszek mocno łamaną angielszczyzną.
- Łer?!
- In e biutiful cantry in Ejżia, Raszija!
"Nie rozumiem go, ale skoro jest chory psychicznie, to trzeba okazać mu trochę serca" - pomyślał Jon i tylko grzecznie podziękował Rosjaninowi za pomoc. Kiedy się odwrócił, ujrzał ponownie dziesiątki tępych oczek. Kury wypełzły na żer...
  - Ko-ko-ko-ko gdak? - zapytał drób swego przywódcę.
Jon nie usłyszał jednak odpowiedzi, wolał się bowiem ulotnić.
  Nadeszła teraz chwila na rozmyślania. Jon aż przysiadł na pobliskim kaktusie, żeby dokładnie się zastanowić, w jaki sposób znalazł się w rosyjskim kurniku wśród ptactwa o niezwykle morderczych zamiarach w stosunku do jego osoby. Jako stworzenie dobrze wychowane nie spożywał przecież alkoholu ani tym bardziej żadnych używek, trudno więc było mówić o kacu albo na przykład halucynajchach. Co więc mogło sprawić, że młody homo dziwakus nie pamiętał żadnych wcześniejszych zdarzeń? "Nic" - pomyślał sobie od razu. Trzymając się tego stwierdzenia Jon wstał i powędrował przez rosyjskie drogi... znaczy raczej bezdroża z kaktusem przyczepionym do tyłka.
   Gdyby się tak temu bliżej przyjrzeć, to rzeczywiście z Jonem było coś nie tak. Miał na sobie markowe jeansy, czystą koszulę... Właśnie, to była koszula, nie jakaś koszulka, T-shirt czy czy też worek na śmieci. Do tego elegancki kapelusz na głowie i uczesane włosy, więc mimo olbrzymiej ilości słomy i kurzych odchodów na swoim wspaniałym ubiorze Jon wyglądał bardzo gustownie. Zbyt gustownie jak na niego... Żeby tego wszystkiego było mało, nad Jonem unosił się (oprócz smrodu z kurnika oczywiście) zapach jakichś drogich perfum, których wszyscy przechodnie bardzo mu zazdrościli. Ogólnie rzecz biorąc, Jon po raz pierwszy w historii świata wyglądał jak człowiek. 
  Zdezorientowane stworzenie odczuwało palącą potrzebę siedzenia na kamieniu i rozmyślania. Kamienia jednak nie było, za to był zawadzający kaktus przyczepiony do tyłka, który coraz bardziej mu przeszkadzał. W końcu zdenerwowany Jon postanowił go odczepić. Nie było to jednak takie proste bo nie chciał wbijać sobie kolców w dłonie. Po dość długim szamotaniu się z kaktusem postanowił wrócić się do kurnika po pochodnię, którą chciał przypalić natrętną roślinę. Nie było to jednak działanie do końca przemyślane...
  Jon potrzebował kilku podejść, żeby móc się zbliżyć do "Królestwa Drobiu", jak zdążył nazwać kurnik podczas podejścia numer trzy... trzydzieści osiem. Podczas podejścia numer 55 w końcu udało mu się uchylić drzwiczki kurnika. 
  W środku było ciepło, parno, wręcz duszno, a do tego strasznie śmierdziało. I nie był to nawet smród pierza, a dymu, bowiem kury urządziły sobie bardzo poważną imprezę. W kątach paliły się pochodnie, które nadawały wnętrzu kurnika nastrojowy wygląd. Oprócz tego dookoła Jona było mnóstwo przytulających się par, a także kogut i kilka innych młodych samców palących niewiadomego pochodzenia skręty. Jon poczuł się trochę nieswojo ze swoim kaktusem na tyłku...


No i to tyle na dzisiaj, ciąg dalszy napiszę w wolnym czasie, czyli nigdy... Znaczy kiedyś tak, ale raczej nie w najbliższym czasie. Tymczasem ja sobie idę, bye!

piątek, 10 stycznia 2014

Dawno mnie nie było? Skądże!

Witam!

Niektórym może się wydawać, że nie pisałam posta przez rok. To wina kalendarza (a raczej tego, kto go wymyślił - papież Grzegorz ma u mnie przerąbane), ale nie moja. Tak naprawdę miałam swój zwyczajowy miesiąc przerwy, który nie powinien nikomu tutaj przeszkadzać. Więc bardzo bym prosiła o nieorganizowanie manifestacji tylko cierpliwe czekanie, bo brak czasu u ambitnej gimnazjalistki nie jest niczym nietypowym. Wróćmy jednak do Jona...

W tej części czeka nas dużo obrazków, tekstu tyle ile będzie potrzebne, akcji... nie wiem, bo jak zwykle improwizuję.

Jonołaj - część druga

  Jon płynął sobie spokojnie łodzią, z oczami utkwionymi w mapie Afryki. Nie widział jednak nigdzie Laponii i bardzo się tym martwił, bo właśnie dopływał do jakiegoś wybrzeża. Było tam dość ciepło i słonecznie, więc nawet największy idiota na świecie podejrzewał, że to niekoniecznie jest poszukiwane przez niego miejsce. Wysiadł jednak z łodzi, żeby lepiej przyjrzeć się okolicy i zapytać jakichś miejscowych ludzi o drogę.
  - Gud morning! Du ju noł łer aj em? - zapytał Jon jakiegoś marynarza w porcie.
Niestety w odpowiedzi otrzymał tylko dziwne spojrzenie. Nie poddał się jednak i zadał to samo pytanie wszystkim napotkanym osobom, nikt jednak nie potrafił mu nic odpowiedzieć widząc, na jakim poziomie posługuje się on językiem angielskim. Sami zresztą niewiele umieli po angielsku powiedzieć, historia działa się bowiem we Francji.


  Jon postanowił wędrować więc dalej i zapytać o drogę do Laponii kogoś mądrzejszego. Po długiej wędrówce trafił do jakiejś wsi i tam postanowił ponowić próbę.
- Du ju noł łer aj em? - zapytał jakieś dziecko, które od razu uciekło przerażone i po chwili przyprowadziło swojego ojca.
  Ojciec nie wyglądał na zbyt przyjazną osobę, wręcz przeciwnie - wyglądał na osobę nieprzyjazną i nawet Jon był w stanie to zauważyć.
- Czego chcesz od mojego syna?! - zapytał tatuś dziecka po francusku.
- Aj dont anderstend ju - odparł Jon, który w rzeczy samej nic nie zrozumiał.
- A chcesz w łeb? Ja mogę ci to załatwić!
Jon nadal nic nie rozumiał z bełkotu Francuza, ale postanowił uciekać, bo ton głosu rozmówcy wskazywał na zdenerwowanie. Postanowił biec przed siebie, ale taka ucieczka niewiele mu dała. Od głowy Jona odbił się ogromny kamień. Jednak mimo że się odbił, to wyrządził niewielką szkodę, którą można nazwać "wgnieceniem na masce". Dodatkowym nieszczęściem był fakt, że kamień trafił w Jona, kiedy ten się odwrócił - wgniecenie było więc z przodu.
  Jon dotknął swojej twarzy. Ponieważ nie było na niej krwi, mógł uciekać dalej. Wgniecenie przeszkadzało mu jednak w patrzeniu na boki. Zatrzymał się po kilku krokach i stwierdził, że musi udać się do blacharza, żeby mu tę głowę wyklepał.


  Niestety okolica nie była zbyt urodzajna w blacharzy. Z tego powodu Jon był zmuszony do kontynuowania podróży z wgnieceniem na masce. Po drodze zdarzył się jednak cud - wgniecenie samoczynnie się naprawiło, a przynajmniej Jon tak twierdził po tym, jak nie zauważył, że walnął głową w słup.
  Jego podróż trwała dalej, posuwał się spokojnym krokiem na wschód, cały czas szukając na mapie Afryki Paryża, do którego właśnie zmierzał. Tak głosiły wszystkie znaki na niebie i ziemi - "Paryż 20 kilometrów". Pod wieczór Jon dotarł do francuskiej stolicy i tam postanowił pytać dalej o drogę do Laponii. Ponieważ już kiedyś tu był, jakimś cudem udało mu się trafić na lotnisko.
  Jon jaki jest każdy widzi, więc na lotnisku Jon był Jonem i kupował pamiątki. Musiał w końcu nadrobić straty, które powstały po tym, jak raz na zawsze pozbyłam się jego badziewia. Po zakupach postanowił kupić bilet na samolot do Laponii. Okazało się jednak, że wydał wszystkie pieniądze na pamiątki, do celu udał się więc pieszo, kierując się wskazówkami bardzo miłej i cierpliwej pani w kasie.
  Jon udał się na północny wschód - tak jak mu to narysowała w atlasie pani z kasy. Szło mu nieźle i niedługo (po kilku tygodniach, ale to niewarty uwagi szczegół) dotarł do pięknego kraju, pełnego miłych i otwartych osób, które noszą do sandałów skarpetki... Tak, Jon dotarł do Polski. Stamtąd droga była już prosta, miał do przejścia kawał lądu i do przepłynięcia Morze Bałtyckie lub Zatokę Fińską - do wyboru. 
  W podróży palcem po mapie Jonowi bardziej spodobała się droga przez Zatokę, więc tam też się udał. Miało mu to zająć podobno 452 godziny, ponieważ nie umiał on jednak przeliczyć tego na dni, poszedł po prostu w wyznaczonym kierunku i kiedyś tam doszedł.


  Na miejscu pozostało mu już tylko spełnienie marzenia. "Święci Mikołajowie powinni tu być wszędzie, ale jakoś ich nie widzę" - zastanawiał się Jon rozglądając się po pustych ulicach jakiegoś finlandzkiego miasteczka. Czyżby miejsce spełnienia jego marzeń miało nie być tym miejscem? Postanowił zrobić to co zwykle - pytać ludzi, ale tym razem o nic innego jak... Agencję Świętych Mikołajów.
  - Ekskjuz mi ser, łer aj ken fajnd Agencję Świętych Mikołajów? - zapytał Jon jednego z nielicznych przechodniów.
- Łaaaaaa! - tyle tylko Jon dowiedział się od człowieka, który najprawdopodobniej uciekł na jego widok. A było się czego bać, bo Jon wyglądał doprawdy przerażająco po przepłynięciu Zatoki Fińskiej i przebrnięciu przez skandynawską tajgę i tundrę. Po drodze został nawet nadgryziony przez renifera, który pomylił algi morskie uwieszone na Jonie z krzewem, a do tego było tam dość zimno, więc przechodzień miał raczej do czynienia z ciemnofioletową i trzęsącą się z zimna bryłą lodu niż z przedstawicielem gatunku ludzkiego.
  Jon usiadł na ławce i zajął się czekaniem na następnego przechodnia. Czekał bardzo długo, ale mimo to się nie doczekał. Postanowił czekać dalej, ale nie doczekał się ponownie. "Do trzech razy sztuka!" - pomyślał i zaczął czekać znowu.


  Jon czekał bardzo długo i zrobił się jeszcze bardziej fioletowy. Stwierdził, że wypadałoby iść czekać gdzie indziej, okazało się jednak, że przymarzł do ławki. Odklejanie się od niej zajęło mu kolejne mnóstwo czasu i zaczął się nawet zastanawiać nad rezygnacją ze spełniania marzenia.
  Po głębszym zastanowieniu stwierdził, że to jednak ma sens. Zrezygnował z zostania Świętym Mikołajem na rzecz dalszego rozwijania swojej tenisowej pasji. Udał się pieszo w drogę powrotną do Polski, szukając jej nerwowo na mapie Azji.


I na tym kończy się historia Jonołaja, która była cokolwiek bez sensu i w ogóle nie powinno jej tutaj być. Do zobaczenia za kolejny miesiąc, kiedy to dodam następny post z kolejnym opowiadaniem o Jonie. Tymczasem się żegnam, bye!