Jak widać, wprowadziłam na bloga kilka zmian, zwą się one w języku blogerów zmianą wyglądu. Pozwolę sobie jednak napisać to po ludzku: usiadłam przy komputerze, złapałam piórko od tabletu w dłoń i narysowałam nowe tło oraz nowy tytuł, po czym wstawiłam je (nie bez trudu) na bloga. Inspiracją dla mnie była zima, która raczyła odwiedzić skromne dąbrowskie progi i zasłoniła mi widok na świat śniegiem na oknach...
Ale nie to jest najważniejsze, skoro chciałam skombinować nowy rozdział Jona. Jeszcze nie mam pojęcia, o czym on będzie opowiadać, ale na pewno coś wymyślę. Mam nadzieję. Chyba. Postaram się. Nie będzie najgorzej. Uda mi się. Tak mi się wydaje...
Ciekawy przypadek... Jona - część pierwsza
Mówiąc o ciekawym przypadku Jona nie mam tym razem na myśli Jona jako dziwnego stworzenia, które samo w sobie jest ciekawym przypadkiem, a rzeczywiście ciekawy przypadek - jako nietypowe zdarzenie z jego udziałem. Oczywiście, takich sytuacji było już bardzo wiele, w każdym rozdziale każdego opowiadania i każdym akapicie każdego rozdziału, ale teraz postanowiłam sięgnąć wyżyn mojej kreatywności i naprawdę się postarać. Postanowiłam... A czy moje postanowienie się spełni, to się zaraz okaże.
Jon spał sobie spokojnie w kurniku. Wokół niego gdakały zdegustowane kury, najprawdopodobniej debatując, jak zrzucić to coś z grzędy.
- Ko-ko? - zapytał pewien dostojny kogut.
- Ko-ko-ko gdak! - odparły kury, ale nie mam doprawdy pojęcia, co to mogło znaczyć.
Debata toczyła się dalej i wyglądała cały czas tak samo, z drobnymi zmianami, głównie z akcencie:
- Kok-o? Ko?
- Gdak-kokoko!
Nadal nic nie dało się z tego wywnioskować, ale zmiana akcentu musiała mieć dla kur duże znaczenie, bo zdawały się mieć coraz bardziej bojowe nastroje.
- K-oko!
- K-oko, k-oko GDAK! - zaczęły wołać kury z pochodniami w dziobach... Jakie znowu <piiiip> pochodnie?! Skąd te ptaki wzięły pochodnie?!
Nie było jednak czasu na zastanawianie się nad tą sprawą, bo drób właśnie przechodził do czynów. Nad głową Jona znalazła się jedna z pochodni niewiadomego pochodzenia. Jako że biedne to stworzenie panicznie bało się lampek nocnych, od razu się obudziło z wielkim wrzaskiem. Nie miało pojęcia, gdzie się znajduje (oprócz tego, że w kurniku) i co też takiego tam robi.
Dziesiątki przymrużonych czarnych oczek wpatrywały się tępo acz nienawistnie w Jona. Jon wpatrywał się równie tępo, choć raczej ze zdziwieniem, w tłum rudowłosych ptaków. "Jak rude, to im ufać nie wolno" - przypomniał sobie mądrość swojego dziadka i tym razem miał rację. Kury podchodziły do niego coraz bliżej, coraz więcej pochodni, niczym lampki nocne z najgorszego koszmaru, odbijało się w oczach Jona, a razem z nimi odbijało się też przerażenie. Trzęsące się ze strachu stworzenie przypominało sobie teraz najgorsze chwile swojego życia: kierowcę londyńskiego autobusu, Sziro, stratę pamiątek, wszystkie lampki nocne, syberyjskie śniegi, wielką rybę, niemiecką autostradę, lapońską gościnność... W końcu zaczął trząść się bardziej niż stara Nokia z włączonym alarmem wibracyjnym i jak na takąż Nokię przystało - spadł z grzędy.
- Ko-ko-oko gdak?
- Ko gdak-ko. Ko-ko - odparł kogut na pytanie towarzyszy broni.
Cały czas nie wiedziałam, co takiego kury sobie mówią, ale po ich zachowaniu można było wywnioskować, że chyba postanowiły dać Jonowi spokój. Zgasiły pochodnie i usiadły po prostu na grzędzie.
Wystraszony nagłą ciemnością Jon zaczął w panice szukać wyjścia z kurnika. Niestety mimo starań nijak mu się to udawało. Jego przerażenie przybrało na sile, kiedy kury zaczęły gdakać przez sen - dźwięki te były dla niego co najmniej torturą. Coraz większy strach nie nie przekładał się jednak na pozytywny wynik poszukiwania wyjścia.
Wycieńczone strachem 19,(3) letnie stworzenie traciło powoli nadzieję na wydostanie się z tej okropnej pułapki, gdy nagle rozwarły się przed nim drzwi, wlewając do środka światło słoneczne i oblewając nim Jona tak, że aż zrobił się mokry. Jego oczom, w których cały czas płonęły pochodnie, ukazał się przecudny widok wiejskiego podwórka. No dobrze, nie był znowu taki cudny ani chyba też nie wiejski, ale bez porządnego rozeznania nie dało się tego stwierdzić.
- Rascwietali jabłoni i gruszy, popłyli tumany nad riekoj... - śpiewał mniej więcej w taki sposób jakiś staruszek przechodząc obok kurnika. Jon przyjrzał mu się uważnie i stwierdził, że ten facet musi mieć coś z głową. Postanowił jednak do niego podejść, bo wyglądał na jedynego człowieka w okolicy.
- Du ju noł łer aj em? - zapytał swoim zwyczajem.
- In Raszija - odparł staruszek mocno łamaną angielszczyzną.
- Łer?!
- In e biutiful cantry in Ejżia, Raszija!
"Nie rozumiem go, ale skoro jest chory psychicznie, to trzeba okazać mu trochę serca" - pomyślał Jon i tylko grzecznie podziękował Rosjaninowi za pomoc. Kiedy się odwrócił, ujrzał ponownie dziesiątki tępych oczek. Kury wypełzły na żer...
- Ko-ko-ko-ko gdak? - zapytał drób swego przywódcę.
Jon nie usłyszał jednak odpowiedzi, wolał się bowiem ulotnić.
Nadeszła teraz chwila na rozmyślania. Jon aż przysiadł na pobliskim kaktusie, żeby dokładnie się zastanowić, w jaki sposób znalazł się w rosyjskim kurniku wśród ptactwa o niezwykle morderczych zamiarach w stosunku do jego osoby. Jako stworzenie dobrze wychowane nie spożywał przecież alkoholu ani tym bardziej żadnych używek, trudno więc było mówić o kacu albo na przykład halucynajchach. Co więc mogło sprawić, że młody homo dziwakus nie pamiętał żadnych wcześniejszych zdarzeń? "Nic" - pomyślał sobie od razu. Trzymając się tego stwierdzenia Jon wstał i powędrował przez rosyjskie drogi... znaczy raczej bezdroża z kaktusem przyczepionym do tyłka.
Gdyby się tak temu bliżej przyjrzeć, to rzeczywiście z Jonem było coś nie tak. Miał na sobie markowe jeansy, czystą koszulę... Właśnie, to była koszula, nie jakaś koszulka, T-shirt czy czy też worek na śmieci. Do tego elegancki kapelusz na głowie i uczesane włosy, więc mimo olbrzymiej ilości słomy i kurzych odchodów na swoim wspaniałym ubiorze Jon wyglądał bardzo gustownie. Zbyt gustownie jak na niego... Żeby tego wszystkiego było mało, nad Jonem unosił się (oprócz smrodu z kurnika oczywiście) zapach jakichś drogich perfum, których wszyscy przechodnie bardzo mu zazdrościli. Ogólnie rzecz biorąc, Jon po raz pierwszy w historii świata wyglądał jak człowiek.
Zdezorientowane stworzenie odczuwało palącą potrzebę siedzenia na kamieniu i rozmyślania. Kamienia jednak nie było, za to był zawadzający kaktus przyczepiony do tyłka, który coraz bardziej mu przeszkadzał. W końcu zdenerwowany Jon postanowił go odczepić. Nie było to jednak takie proste bo nie chciał wbijać sobie kolców w dłonie. Po dość długim szamotaniu się z kaktusem postanowił wrócić się do kurnika po pochodnię, którą chciał przypalić natrętną roślinę. Nie było to jednak działanie do końca przemyślane...
Jon potrzebował kilku podejść, żeby móc się zbliżyć do "Królestwa Drobiu", jak zdążył nazwać kurnik podczas podejścia numer trzy... trzydzieści osiem. Podczas podejścia numer 55 w końcu udało mu się uchylić drzwiczki kurnika.
W środku było ciepło, parno, wręcz duszno, a do tego strasznie śmierdziało. I nie był to nawet smród pierza, a dymu, bowiem kury urządziły sobie bardzo poważną imprezę. W kątach paliły się pochodnie, które nadawały wnętrzu kurnika nastrojowy wygląd. Oprócz tego dookoła Jona było mnóstwo przytulających się par, a także kogut i kilka innych młodych samców palących niewiadomego pochodzenia skręty. Jon poczuł się trochę nieswojo ze swoim kaktusem na tyłku...







