Jak już się trochę rozpisałam, powracam wreszcie z nowym opowiadaniem o Jonie i teraz naprawdę obiecuję poprawę. Nie miałam naprawdę czasu, żeby wymyślać opowiadanie przy barku weny, teraz wena przyszła, więc jest i opowiadanie. Liczę na to, że ktoś to w ogóle przeczyta... Nieważne, zabieram się do roboty zanim wena sobie pójdzie.
Ciekawy przypadek... Jona - część druga
Jon stał w kurniku z kaktusem na tyłku - to było pewne. Działy się tu dziwne rzeczy - to też. Kury nie były normalne - zdecydowanie tak. Kury miały naprawdę poprzewracane w tych swoich główkach - to było najpewniejsze ze wszystkiego.
Ukontentowany swoimi przemyśleniami Jon zaczął powoli odzyskiwać świadomość. Nie wychodziło mu to jednak najlepiej, zapewne przez gryzący dym. Jon postanowił opuścić to pomieszczenie czym prędzej, zanim zostanie poważniej pogryziony.
Dym zrobił jednak swoje i po wyjściu z kurnika Jon nosił tyle śladów po ugryzieniach, jakby zaatakowały go kury we własnej osobie. Znajdował się jednak w Rosji i nawet taki idiota jak on miał tego świadomość, więc nie okazał temu większego zdziwienia. Nie wzruszył go również widok czołgu przejeżdżającego tuż przed jego oczami ani wielkiego pożaru jednego z pobliskich domów. Rosja miała, ba! ma nie tylko porąbanych mieszkańców, ale też źle wpływa na wszystkich odwiedzających ją turystów.
Jon się o tym przekonał na własnej skórze. Nawet rosyjski dym jest nienormalny.
- Łot is dys czołg duing hir?! - zapytał sam siebie Jon po chwili zastanowienia, kiedy obok niego zdążyło przejechać już z 5 innych czołgów. - Wiem! On jedzie! - odpowiedział po kolejnej chwili namysłu.
Czołgi jechały faktycznie, nie było co do tego wątpliwości. Tylko gdzie jechały? To pytanie dręczyło wszystkich filozofów i mnie, Jona dopiero trochę później, kiedy stworzenie odzyskało resztki swojej i tak nikłej świadomości. Gdzie czołgi jechały, wiedzieli tylko kierujący nimi ludzie. Za to w głowie Jona pojawiła się błyskotliwa myśl, która zaskoczyła mnie, filozofów i nawet samego Jona: "Na wojnę. Czołgi jadą na wojnę". Istniało ogromne prawdopodobieństwo, że miał rację. Taki błysk inteligencji u tego stworzenia zmartwił jednak filozofów, jako że mógł stanowić dla nich konkurencję. Najbardziej jednak martwiło ich to, że stanowił ją tylko w Rosji - kraju dziwnym i niezbadanym, który wypadałoby jednak zbadać.
Kiedy obok Jona przejechało 5 kolejnych czołgów, a Rosja nadal była niezbadana, nad wsią przeleciało coś czarnego. "Samolot!" - pomyślał Jon i aż podskoczył z radości na wspomnienie naszych podróży śladami Wielkiego Szlema. Nie był to jednak zwykły samolot. "To jest samolot wojenny" - pomyślał Jon i utwierdził się w przekonaniu, że wojna się zbliża.
"Na co komu wojna w takim pięknym kraju?" - rozmyślało stworzenie, kiedy pokaleczyło sobie rękę o kaktusa, próbując podrapać się po tyłku. Miało całkowitą rację, może pomijając fakt piękna Rosji."Ała" - pomyślało stworzenie patrząc na swoją zakrwawioną rękę. Wyglądała niezbyt dobrze, jednak na czołgi w tle dopełniały krajobrazu i dla osób patrzących na to z boku nie byłoby to niczym nadzwyczajnym. Dla Jona było. Miał w końcu kaktusa na tyłku.
Świeciło słońce, choć może był to grzyb atomowy - tego nie wiedział nikt. Był piękny dzień i nikt nie spodziewał się niczego nadzwyczajnego. Kury tym bardziej.
- Ko-ko-ko-ko gdak! - zawołał kogut paląc któregoś już z kolei skręta. Wyglądał na dosyć znudzonego.
- Ko... Ko... Koooo... GDAK! - wydyszał kurzy posłaniec przebiegając miedzy nogami Jona (i przewracając go), wciskając się do kurnika i krztusząc się dymem. Oczywiście nikt nie wiedział, co by to mogło oznaczać, ale kury zaczęły się wyraźnie denerwować, bo zapaliły jeszcze więcej skrętów.
- Ko? Gdak kok-o? - dopytywał się kogut.
- Ko-gdak-k-oko!
Ostatnie zdanie musiało być bardzo ważne, bo po tych słowach w kurniku wywołało się wielkie poruszenie. Chociaż nie, ono było jednak wywołane dymem, który bardzo mocno pogryzł kury. Wybiegły spłoszone z kurnika, wpadając prosto pod jadący drogą czołg.
- Co ty robisz <cenzura> z moimi ptakami?! - zaczął wrzeszczeć właściciel kur na czołg.
- Bat proszę pana, czołgi can't spik! - wykazał się mądrością Jon, został jednak olany, z tego też powodu zrobił się mokry jak po oblaniu promieniami słonecznymi.
Dalsza wypowiedź wieśniaka była bardzo niecenzuralna i nie nadawała się absolutnie do opublikowania, były jednak ważniejsze rzeczy do opisania. Wieś wyglądała teraz dość nieprzyjemnie, głównie ze względu na rozjechane kury. Ręka Jona wyglądała niewiele lepiej. Na szczęście na niebie świeciło słońce (lub grzyb atomowy - tego nie wie nikt) i dawało pobliskim mieszkańcom płomyk nadziei. Nie był to nawet płomyk, tylko cały płomień, kilka płomieni... Palił się bowiem kurnik od wszystkich porzuconych przez martwe już kury skrętów.
Niczym była jednak jednak ta wieś w porównaniu do radioaktywnej wsi obok, do której Jon niezwłocznie się udał. Tam ujrzał dzielnych młodych ludzi wsiadających do czołgów.
- MÓJ UKOCHANY ZESPÓŁ! - wykrzyknęło stworzenie widząc kilku uroczych młodzieńców wsiadających do różowego czołgu.
Mówiąc krótko, było to pięciu chłoptasiów w różowych gaciach, zwanych potocznie One Direction, co oznacza "jeden kierunek" - w tym wypadku: kierunek wojny.
- Quo vadis, Liam? - zapytał Jon jednego z chłoptasiów, który tylko dziwnie się na niego spojrzał. - Ken aj goł łif ju?
- Of kors, kam in...
- Maj nejm is Jon. Jon Kowalski.
- Grejt, Kon Jowalski. Kam in.
Wnętrze czołgu przypominało trochę dom syberyjskiego hippisa. Nawet bardzo.
- Hej gejs... sory, gajs. Gejs... dys is Kon Jowalski - przedstawił Jona Liam reszcie różowej załogi. - Hi łil bi traweling łif as. Łot du ju fink ebałt it?
Na te słowa reszta odpowiedziała dziwnym wyciem, coś w stylu odgłosów godowych. Najprawdopodobniej byli zwyczajnymi pedałami i na widok faceta (o ile Jona można tak nazwać) bardzo się ucieszyli.
Jon byłby w siódmym niebie, gdyby tylko wiedział, gdzie mają zamiar dojechać różowe chłoptasie w domu hippisa. Nie raczyli jednak odpowiedzieć na jego pytanie zadane każdemu z osobna. "Żaden z nich nie uczy się łaciny? Jak to?" - zaczął się zastanawiać Jon i przez całą drogę było to jego jedyne zajęcie.
- Dat's łot mejks ju biutiful! - wyły różowe chłoptasie, próbując umilać Jonowi czas.
- Bat quo vadis? - dopytywał się dalej Jon.
- Łan łej or anoder...
Na dźwięk tej piosenki w Jonie coś się przełamało. Był to poważny wstrząs i bliski był załamania, kiedy jej słuchał. Niewiele brakowało, żeby wysiadł z czołgu...
- Jaki to ma piękny i głęboki tekst! - wykrzyknął i zaczął śpiewać z chłoptasiami, odrzucając przemyślenia na bok z taką siłą, że aż zrobiły wgniecenie w czołgu. Na szczęście chłoptasie nic nie zauważyły. - Aj'm gona fajnd ja, aj gecz ja, gecz ja, gecz ja!
Różowy czołg powoli posuwał się za innymi w świetle grzyba atomowego z wsi obok. Wyglądało to naprawdę majestatycznie, a dźwięki "prawdziwej muzyki" tylko dodawały tej scenie uroku. Rozśpiewany i chyboczący się na wszystkie strony (to jest: prawo, lewo, przód, tył, góra i dół) pojazd zaczynał powoli znikać w kłębach dymu dużo bardziej gryzącego od tego z kurzych skrętów.
- Aj... Aj... Aj duszę się! - wykrzyknął Jon, nie słyszały go jednak pedały w różowych maskach gazowych, które były równocześnie zajęte wzajemną adoracją. - AJ DUSZĘ SIĘ, DE FAK!
- Gejs... Sorry, gajs... Hi's duszing himself or samfing lajk dys - odezwał się w końcu... niewiadomo który z nich, bo w maskach byli identycznie pedalscy.
- Mejbi łi'll help him?
- Noł, hi's fajn.
- NOŁ! AJ'M NOT FAJN! AJ SIĘ DUSZĘ!
- Aj sed hi's duszing himself! Let's help him, gejs...gajs, sorry.
W tym momencie banda różowych chłoptasiów rzuciła się jednocześnie na Jona, dusząc go jeszcze bardziej. W tym samym momencie Jon pożałował, że jego ulubionym zespołem był Jeden Kierunek.
Wychodzenie na świeże... ekhem... znaczy bardziej radioaktywne niż śmierdzące powietrze było trochę niebezpieczne i mimo że różowy czołg wyjechał już z Rosji, Jon nadal zachował resztki rozumu. Trzeba jednak wziąć pod uwagę fakt, że Jon był Jonem i potrafił wypić 5 litrów wody utlenionej bez większych uszczerbków na zdrowiu, więc w rezultacie zdecydował się na opuszczenie czołgu i przy odrobinie szczęścia na przesiadkę do innego.
Stworzenie otwarło właz i wzięło głęboki oddech. Oczy wyszły mu na wierzch (o ile dwie pionowe kreski mogą czegoś takiego dokonać), organy wewnętrzne pozamieniały się miejscami, serce waliło mu gdzieś obok kaktusa tak mocno, jakby ktoś wpuścił tam psa biegającego za piłką. Sytuacja miała jeden plus - kaktus pod wpływem wstrząsów się odczepił i spadł prosto na głowę jednego z chłoptasiów. Jon wziął jeszcze jeden wdech i przez mgłę dostrzegł napis, którego ujrzeć był nie powinien: "WELCOME TO CZARNOBYL".
Jon powoli wywlókł się do końca z czołgu i obalił się na ziemię oddychając bardzo ciężko... Nic dziwnego skoro wspaniałe czarnobylskie powietrze składało się głównie z metali ciężkich, które nie wiadomo jak uzyskały stan gazowy. Stworzeniu udało się jednak doczołgać do innego czołgu - takiego z mnóstwem ćwieków i kolców. "Emo-czołg" - przemknęło Jonowi przez głowę, a właściwie przez stopę, bo tam znajdował się na chwile obecną jego mózg.
- Ken aj goł łif ju? - zaczął Jon swoją stałą śpiewką.
- Noł. Fak ju - odparł jakiś emo w najeżonej masce gazowej.
"Szkoda, że ten kaktus odpadł. Wtedy też bym miał kolce" - pomyślał Jon i zrobił słodkie oczy.
- Fak ju - powtórzył emo i zamknął właz.
Kolejny odwiedzony przez Jona czołg był zdecydowanie bardziej przyjazny, jechało nim bowiem koło gospodyń wiejskich i to w dodatku mówiących po polsku!
- Ken aj goł łif ju?
- Wsiadaj syneczku, jakiś ty chudy! - wykrzyknęła gospodyni strzegąca włazu wpuszczając Jona i sadzając go przy stole przed wielką miską klusek. - Jedz kochanie!
Jon zeżarł kluski w czasie około jednej minuty, po czym zaczął rozglądać się po wnętrzu czołgu. Było tam dosyć przytulnie, wszystko było obwieszone dzierganymi na drutach chustkami, szaliczkami i Bóg wie czym jeszcze. Nawet maski gazowe babcie szyły na drutach, z tą tylko różnicą, że zamiast wełny używały kevlaru. Były trochę świrnięte, ale i tak lepsze od Jednego Kierunku.
- Gdzie panie jadą? - zapytał Jon oglądając dokładnie serwetę w kształcie czołgu.
- Na wojnę.
- A gdzie ta wojna?
- Na świecie.
- A dokładnie?
- A na co ci to wiedzieć, synku? Jedz! - odparła najbardziej zaradna gospodyni i nałożyła mu kolejną porcję klusek.
Podczas gdy stworzenie grzecznie jadło, babcie zaczynały zbierać się do śpiewania. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nagle nie wyciągnęły gitar elektrycznych i perkusji.
- No to... Zaczynaaaaamyyyyyyyyyyy! - ryknęła liderka zespołu uderzając w struny swojej gitary. Po chwili dołączyła się reszta. - Aj hew sejl tu meny lands end maj dżornej... A teraz tak na serio laski, co śpiewamy?
- Koko-koko Euro-spoko!
- To zaczynaaaaamyyyyyyyy! Cieszą się Polacy, cieszy Ukraina, że tu dla nas wszystkich (tu włączają się wszystkie gospodynie) WOJNA SIĘ ZACZYNA! Koko-koko Euro-spoko, bomba leci hen wysoko, wszyscy razem zaśpiewajmy, Putinowi dajmy...
- Ale co mu mamy dać, Krysiu?
- Nie wiem. Może... Nie to nie. Nie wiem. Ale się rymuje.
Tymczasem Jon wyszedł z czołgu gospodyń. "Koko-koko" za bardzo przypominało mu jego znajome kury i ich skręty. Skierował się do innego pojazdu z dzierganą na drutach maską na głowie - o dziwo niezwykle skuteczną.
Jon miał dosyć muzyki, więc chciał tym razem znaleźć czołg, w którym nikt nie będzie śpiewał. Było to jednak zadanie z lekka niewykonalne, bo sporą większością czołgów jechały jakieś szanujące się (lub też i nie) zespoły muzyczne.
- Mozart's fans - przeczytał Jon napis na jednym z czołgów i od razu się od niego oddalił. - Dawid Kwiatkowski, dziubek, trójka, fans, myślnik, kwiatonatoren... Łots?!
Mimo początkowego przerażenia Jon postanowił jednak zapukać do włazu, nie chciał przebywać całej drogi na wojnę piechotą.
- Ken aj goł łif ju?
- Aj not spiking inglisz - odparł jakiś długowłosy chłopczyk w wyzywającym makijażu, ubrany w różową sukienkę.
- Aj ken si - odparł Jon i poszedł szukać dalej, nie mając świadomości, że z dziewczynką tą mógł porozumieć się w języku ojczystym.
Długo trwała jego wędrówka, dopóki nie dotarł do pojazdu wyglądającego dość obiecująco. Na pierwszy rzut oka.
- Czołg intelektualistów? - zapytał Jon sam siebie. Intelektualiści jadący czołgiem jednak wszystko słyszeli i niedługo siedział przy stoliku szachowym na wykładzie pod tytułem "Kim są intelektualiści i jak ich rozpoznać wśród tłumu". Na szczęście zasnął, zanim zdążył popełnić samobójstwo.
- A teraz mała ankieta dla pana. Zobaczymy, co pan zrozumiał z wykładu - zwrócił się go powoli przebudzającego się Jona jakiś uśmiechnięty okularnik.
- Eee... Łot?
- Ma pan wypełnić ankietę po wykładzie - powtórzył okularnik uśmiechając się jak lalka Barbie.
- Stosuje pan botox? - zapytał Jon patrząc z przerażeniem na uśmiech "intelektualisty".
- Nie. To tylko Krym na noc i Krym na dzień! - wykrzyknął okularnik i roześmiał się razem ze swoimi kolegami. Jon ostrożnie się ulotnił. - Ej, gdzie poszedł ten facet? Ulotnił się! On jest gazem, ahahahaha!
Tymczasem stworzenie w ledwo już spełniającej swoją rolę masce przemierzało czarnobylskie drogi w poszukiwaniu czołgu, w którym będzie mógł pojechać na wojnę.
- Ken aj goł łif ju? - zapytało swoją ostatnią deskę ratunku - czołg dziennikarzy BBC.
- Of kors not.
- Łaj not?
- Bikołs ju ar raszian, aren't ju?
- Aj'm połlisz!
- Soł ju kant goł łif as. Łi ar inglisz end łi don't lajk połlisz men.
- Plis! Aj'm soł tajerd and aj'm dajing hir! Help mi!
- Noł - odparł stanowczo dziennikarz i zamknął właz. Wielkie było jego zdziwienie, kiedy zobaczył Jona siedzącego wśród jego kolegów, którzy najwyraźniej nie podzielali jego zdania o tym stworzeniu.
- Dys is Kon Jowalski. Hi's maj bigest fan - chwalił się Richard Hammond. - Kon, mejbi ju łont tu goł łif mi in maj Porsche GT3?
- Jes! Aj łont! Let's goł! - ucieszył się Jon na tę wieść.
- Aj łos kiding, hahahaha! - roześmiał się Hammond, po czym odprowadził Jona do wyjścia.
Stworzenie poszło więc na wojnę pieszo, z sercem w tyłku co prawda, ale za to bardzo walecznym.
Ciąg dalszy, czyli wojna jako taka nastąpi za kilka dni, kiedy zdobędę trochę weny. Tymczasem żegnam się z moim licznym gronem czytelników, bye!




