piątek, 22 listopada 2013

No nareszcie jestem!

Witam!

Po kolejnych długich tygodniach znowu jestem i tworzę piękne zakończenie opowieści o Jonie, tym razem na odmianę zacznę od ilustracji, do której dodam też wspaniały opis.

Ingelegde van Kommkomer - "Największy idiota świata, Jon Kowalski, wstępujący do nieba po pożarciu przez wielką rybę" (NIŚJKWDNPPPWR), olej na płótnie, wymiary 800x600pxl
Obraz przedstawia, zgodnie z tytułem, Jona pożeranego przez rybę. Po śmierci ogarnia do światłość, po czym wstępuje do krainy po drugiej stronie tęczy - Jon Town. W tle widać ciemne chmury i wzburzone fale morskie, mające na celu podkreślenie powagi sytuacji.
Obraz został namalowany w roku 2013 przez holenderskiego mistrza, którego nazwisko w tłumaczeniu dosłownym znaczy "Ogórek van Kiszony".

  Obraz ten został namalowany na podstawie podań ludowych, głoszonych przez ludzi zamieszkujących południowe wybrzeża Indii. Niektórzy twierdzą też, że Jon został pożarty przez rybę zamieszkującą Morze Kaspijskie. W każdym bądź razie była to ryba.
  Podobno było to tak, że Jon jechał na koniu, koń chciał się napić wody i Jon wpadł do oceanu (lub też jeziora). Potem podpłynęła ryba i go pożarła.
  Ja wiem, drogi czytelniku, że było jednak inaczej. Wybacz mi też, drogi czytelniku, że piszę w taki sposób, jaki to, drogi czytelniku, mnie samej bardzo, drogi czytelniku, przeszkadza, ale, drogi czytelniku, używam go teraz jako przedłużenia tego akapitu.
  Zgodnie z moimi informacjami (przysłanymi przez Jona listem w butelce) było to tak: Jon podróżował na koniu przez Indie, zatrzymując się co jakiś czas zatrzymując się u jakichś ludzi dobrej woli. W końcu dotarł do oceanu, na którym w ogóle nie było fal. Wtedy uświadomił sobie, że podróżował jednak przez Kazachstan i było to Morze Kaspijskie, które, jak Jon zapamiętał z mojego atlasu geograficznego zjedzonego kiedyś przez niego na śniadanie, jest jeziorem.
  Jego koń rzeczywiście chciał się napić i Jon rzeczywiście zjechał po jego szyi do wody, tutaj jednak historia się zmienia. Prawie utopiony Jon próbował płynąć do brzegu, niestety mu się to nie udało, bo wielka ryba złapała go za mały palec lewej stopy i próbowała wciągnąć go pod wodę. Było już za późno na ratunek.
  Ryba połknęła Jona w całości, jednak zaraz potem go zwymiotowała. Na obrazie wygląda jak anioł, był jednak po prostu owinięty w worek na śmieci, a na głowie zaczepił mu się kawałek drutu. W mniej widocznej ręce trzymał butelkę, do której włożył na szybko nabazgrany list (który musiałam trochę podkoloryzować, żeby móc go tu przepisać), zanim wpadł z powrotem do brzucha ryby i został tam na zawsze.

  List odebrałam spuszczając wodę w toalecie. Trochę się nim zdziwiłam, ale nie miałam wyjścia i z wielkim obrzydzeniem wyjęłam skrawek papieru z butelki po piwie. Bardzo zmartwił mnie fakt, że Jon jeszcze jest w stanie pisać i będę musiała czytać jego listy.
  Po odczytaniu usianego błędami opowiadania humor jednak mi się poprawił, Jon z brzucha ryby tak łatwo nie wyjdzie.

  Moje życzenie w późniejszym czasie się spełniło.
  Jon skonał po kilku dniach wyniszczenia organizmu przez kwas żołądkowy ryby... Nareszcie! Jak można się jednak domyślić, nie był to koniec jego przygód. Po następnych kilku dniach jego zwłoki znaleźli rybacy i upiekli sobie na kolację.
  Teraz to już naprawdę był koniec. Jon został dokładnie przetrawiony i wydalony do wychodka. Tak właśnie zakończyła się historia jego pięknego życia.

Jon Kowalski, zmarł w wieku 18,(3) lat, dokładna data z pewnych względów nieznana.

No to się żegnam, widzimy się za kolejny miesiąc w nowym poście. Bye!

czwartek, 7 listopada 2013

1000 wyświetleń przebite, a ja cały czas nie wiem, który to rozdział!

Witam!

Miałam dziś wprawdzie nie pisać posta i pewnie bym nie pisała, ale to co zobaczyłam po zalogowaniu po prostu mnie do  tego zmusiło. 1002 wyświetlenia! Jak dla mnie to świetny wynik, zważając na to, że tylko jedna osoba na bieżąco czyta przygody Jona... Przejdźmy jednak do kolejnego rozdziału.

Rozdział kole... zresztą nie interesuj się człowieku!

  Umierający Jon leżał obok swojego roweru i czekał na pomoc. Oczywiście nikomu nie było go żal, dlatego też nikt się nie zatrzymał, żeby mu pomóc. 
  Wydawać by się mogło, że to już koniec Jona i jego przygód, że wszystkie obrazki będę musiała przerobić na czarno-białe i że mimo mocy, którą dał mi 1000 wyświetleń, nie będę już miała nic pisać. Stwierdzenie to oczywiście nie jest prawdziwe, bo lubię tworzyć nierealne zwroty akcji, więc może już przestanę pisać o moich twórczych zamiarach i po prostu zacznę pisać dalej.

  No więc Jon umierał sobie pod drzewem, kiedy drogą przejeżdżał jakiś facet na wole. Nie był to jakiś stary, bezdomny biedak, jakiego można było się spodziewać po takim środku transportu - przed Jonem zatrzymał się facet z klasą. Miał na sobie elegancki garnitur, a jego wół złotą uprząż, jedwabną derkę i pięknie przystrzyżoną sierść.
  Jon aż otworzył swoje zapuchnięte oczy ze zdziwienia, ale zaraz je zamknął, bo uprząż była zbyt błyszcząca. Facet przeniósł półprzytomnego Jona na swojego woła i wyruszył w dalszą drogę. Po kilku godzinach dojechali do pięknej willi, która była posiadłością Faceta. Tam Jon dostał pić i jeść, a że nie był on człowiekiem z naszego gatunku, to szybko wrócił do pełnej sprawności w zaledwie pięć minut.
  W willi Faceta Jon spędził dwa dni, po czym otrzymał do swojej dyspozycji konia, na którym miał wrócić do domu. Stało się jednak coś, co Facet zapamięta chyba na wieczność.
- Gdzie jest moja torba? - zapytał do połowy czerwony Jon.
- Nie wiem, nie miał pan żadnej torby, sir.
- Miałem! Czerwoną! Wilsona! Z rakietami!
- Musiałem jej nie zabrać spod drzewa, pod którym pan umierał, sir - odparł Facet dostojnie, nie tracąc fasonu.
W tym momencie Jon rzucił się na niego i zaczął go bić torbą z rekietami, którą trzymał przez cały czas przy sobie, tylko o tym nie wiedział.
- Si... sir! Pan, pan... pan ma tę torbę! Trzyma ją pan... w rę... ręce!
- Serio? - zapytał Jon i popatrzył na swoją zmasakrowaną od uderzania o złoty medalion na szyi Faceta. - To dlaczego mi pan nie powiedział? - Jon znowu zrobił się do połowy czerwony.
- No bo ja ten... No... To ja już może sobie pójdę, a pan niech jedzie do domu... Z Bogiem, sir!
  Po tych słowach Facet niezwłocznie się oddalił, dosiadł swojego woła i odjechał z piskiem kopyt. Jon nie miał nic innego do roboty, jak jechać w swoją stronę na swym rączym rumaku. Cały czas nie miał jednak prowiantu na podróż ani pieniędzy na jego zakup. W jego stylu było jednak o tym nie myśleć, więc po prostu jechał przed siebie stępem.
  Jon nie znał się na koniach, więc nie wiedział też, że może jechać szybciej. Chociaż właściwie nie umiał jeździć konno, toteż z drugiej strony wyszło mu to na dobre. Oczywiście do czasu, kiedy koń się nie spłoszył.
  Teraz Jonowi przypomniała się wycieczka do Australii i przejażdżka na kangurze. I o ile w wolnym kłusie spadał od razu z konia, to w dzikim biegu bez problemu nad nim panował. Postanowił więc poruszać się tym chodem przez całą drogę, dopóki koń się nie zmęczy. Dziwne - ale to w końcu Jon.


No i się żegnam, bye!

piątek, 1 listopada 2013

Tak, tak, dawno mnie nie było... Tak, zaniedbuję bloga... Tak, nie mam po prostu czasu... Tak, mnie też to przeszkadza...

Witam!

Nie było mnie tu dość długo i bardzo mi przykro z tego powodu (naprawdę mi przykro, choć pewnie ciężko w to uwierzyć). Na szczęście znalazłam chwilę czasu i postanowiłam napisać wreszcie kolejny rozdział, który, jak i kilka poprzednich, nie ma numeru.

Rozdział bez numeru

  - Weź pan mi to wytłumacz jeszcze raz, nie rozumiem tego - powiedział hippis po kilkugodzinnym wykładzie Jona.
- Zrozumie pan podczas gry.
- Mam nadzieję, bo inaczej możesz się pan wynosić z obejścia.
Przestraszony tą groźbą Jon szybko pobiegł po rakiety i przy okazji omówił prawidłowy chwyt oraz pozycję do serwisu. O dziwo hippis coś zrozumiał i już w lepszym humorze zajął swoje miejsce na korcie. Rozpoczęła się pasjonująca rozgrywka... znaczy raczej coś beznadziejnego, na co brak mi niestety określenia.
  Jon zaserwował pierwszy, żeby pokazać hippisowi, jak to się robi. Hippis odbił forhendem i od razu wbił Jonowi winnera. Jon miłym tenisowym zwyczajem przybił mu brawo i zaserwował po raz drugi, tym razem asa. Niezadowolony hippis powiedział sobie kilka niemiłych słów pod nosem i zabrał się za swój serwis. Na początek zrobił dwa podwójne błędy serwisowe, potem trochę się poprawił i udało im się trochę pograć.
  Ogólnie nie wyglądało to najgorzej i Jon zaczynał się dziwić swojemu chlebodawcy, a właściwie rybodawcy, że tak dobrze mu idzie już w pierwszym meczu.
- Słuchaj no pan, jak tu jeszcze była telewizja, to oglądałem mecze tego no... jak mu tam... a! Roda Lejwera!
- Ale to musiało być dawno... Wtedy w ogóle była telewizja?
- Panie, ja wtedy w Ameryce mieszkałem, tam wszystko było.
- To dlaczego pan mieszka teraz tutaj?
- Nie interesuj się pan, bo pan z mieszkania wylecisz.
- Ale ja się tylko pytam...
- No to wyleciałeś pan z mieszkania.
- Ale proszę pana! Gdzie ja teraz się podzieję? Co ja ze sobą zrobię? Czy pan myśli, że biednemu tenisiście zesłanego przez złych ludzi na Syberię jest łatwo sobie tu poukładać życie?! - wykrzykiwał Jon językiem literackim, szkoda że wcześniej tak nie umiał...
- A bo ja to wiem... Ja przyjechałem sam i sobie wszystko poukładałem.
- Ale ja tu nie chciałem przyjechać!
- To wracaj pan do domu!
- Niby jak? Do pociągu mi nie wolno, tramwaju nie ma, nie mówiąc już o samolocie! I nawet pamiątek się nie da kupić, bo nie ma!
- Czegoś się tu pan spodziewał? Nowoczesnego dworca z pociągami pędzącymi z prędkością światła?!
- Tak!
- To masz pan problem, bo jesteś pan w Rosji, a w Rosji jest dziwnie.
- Jak bym nie zauważył... To ja sobie idę. Do widzenia!
- A idź pan! Do niewidzenia!
  Jon zabrał torbę ze sprzętem i zapadając się w zaspy podążył w stronę cywilizacji - na zachód, a przynajmniej on tak sądził. Niestety się pomylił i po chwili zauważył, że szedł w miejscu. Wyruszył więc po raz drugi, tym razem sprawdzając, czy na pewno się porusza.
  Po kilku dniach drogi doszedł do granicy z Kazachstanem. Z geografią miał jednak większe problemy... Postanowił ją przekroczyć i poszukać jakiegoś środka transportu, z którego będzie mógł skorzystać jadąc do domu. Pieniędzy nie miał za dużo, starczyło mu więc jedynie na rower-składak kupiony od jakiegoś starca na targu. Właściwie otrzymał go za piłkę tenisową, więc zostały mu jeszcze pieniądze na prowiant, którego trochę mu było potrzebne. Na straganie zakupił 5 kilo papryczek chilli i 5-litrową butlę z wodą utlenioną na popicie - na więcej mu nie starczyło.
  Przygotowany do drogi Jon wyruszył w podróż na rowerze, z torbą z rakietami na plechach i koszem z żywnością na głowie. Wyglądało to cokolwiek zabawnie, zwłaszcza kiedy kosz spadał mu z głowy albo rower się psuł i musiał się co chwilę zatrzymywać. Pozostał jednak nieustraszony i pedałował zawzięcie, aż zrobił się głodny.
  Ponieważ jego droga miała być dość długa, musiał oszczędzać żywność. Postanowił więc wziąć z kosza jedną papryczkę i podgryzać ją po drodze. Plan oczywiście nie wypalił... Choć w innym znaczeniu wypalił: wypalił Jonowi język. Przerażone stworzenie szybko sięgnęło po butlę z wodą i wypiło ją całą, pozbawiając się tym samym szans na przeżycie.


No to tyle na dziś i następne kilka tygodni, żegnam się, bye!