piątek, 10 stycznia 2014

Dawno mnie nie było? Skądże!

Witam!

Niektórym może się wydawać, że nie pisałam posta przez rok. To wina kalendarza (a raczej tego, kto go wymyślił - papież Grzegorz ma u mnie przerąbane), ale nie moja. Tak naprawdę miałam swój zwyczajowy miesiąc przerwy, który nie powinien nikomu tutaj przeszkadzać. Więc bardzo bym prosiła o nieorganizowanie manifestacji tylko cierpliwe czekanie, bo brak czasu u ambitnej gimnazjalistki nie jest niczym nietypowym. Wróćmy jednak do Jona...

W tej części czeka nas dużo obrazków, tekstu tyle ile będzie potrzebne, akcji... nie wiem, bo jak zwykle improwizuję.

Jonołaj - część druga

  Jon płynął sobie spokojnie łodzią, z oczami utkwionymi w mapie Afryki. Nie widział jednak nigdzie Laponii i bardzo się tym martwił, bo właśnie dopływał do jakiegoś wybrzeża. Było tam dość ciepło i słonecznie, więc nawet największy idiota na świecie podejrzewał, że to niekoniecznie jest poszukiwane przez niego miejsce. Wysiadł jednak z łodzi, żeby lepiej przyjrzeć się okolicy i zapytać jakichś miejscowych ludzi o drogę.
  - Gud morning! Du ju noł łer aj em? - zapytał Jon jakiegoś marynarza w porcie.
Niestety w odpowiedzi otrzymał tylko dziwne spojrzenie. Nie poddał się jednak i zadał to samo pytanie wszystkim napotkanym osobom, nikt jednak nie potrafił mu nic odpowiedzieć widząc, na jakim poziomie posługuje się on językiem angielskim. Sami zresztą niewiele umieli po angielsku powiedzieć, historia działa się bowiem we Francji.


  Jon postanowił wędrować więc dalej i zapytać o drogę do Laponii kogoś mądrzejszego. Po długiej wędrówce trafił do jakiejś wsi i tam postanowił ponowić próbę.
- Du ju noł łer aj em? - zapytał jakieś dziecko, które od razu uciekło przerażone i po chwili przyprowadziło swojego ojca.
  Ojciec nie wyglądał na zbyt przyjazną osobę, wręcz przeciwnie - wyglądał na osobę nieprzyjazną i nawet Jon był w stanie to zauważyć.
- Czego chcesz od mojego syna?! - zapytał tatuś dziecka po francusku.
- Aj dont anderstend ju - odparł Jon, który w rzeczy samej nic nie zrozumiał.
- A chcesz w łeb? Ja mogę ci to załatwić!
Jon nadal nic nie rozumiał z bełkotu Francuza, ale postanowił uciekać, bo ton głosu rozmówcy wskazywał na zdenerwowanie. Postanowił biec przed siebie, ale taka ucieczka niewiele mu dała. Od głowy Jona odbił się ogromny kamień. Jednak mimo że się odbił, to wyrządził niewielką szkodę, którą można nazwać "wgnieceniem na masce". Dodatkowym nieszczęściem był fakt, że kamień trafił w Jona, kiedy ten się odwrócił - wgniecenie było więc z przodu.
  Jon dotknął swojej twarzy. Ponieważ nie było na niej krwi, mógł uciekać dalej. Wgniecenie przeszkadzało mu jednak w patrzeniu na boki. Zatrzymał się po kilku krokach i stwierdził, że musi udać się do blacharza, żeby mu tę głowę wyklepał.


  Niestety okolica nie była zbyt urodzajna w blacharzy. Z tego powodu Jon był zmuszony do kontynuowania podróży z wgnieceniem na masce. Po drodze zdarzył się jednak cud - wgniecenie samoczynnie się naprawiło, a przynajmniej Jon tak twierdził po tym, jak nie zauważył, że walnął głową w słup.
  Jego podróż trwała dalej, posuwał się spokojnym krokiem na wschód, cały czas szukając na mapie Afryki Paryża, do którego właśnie zmierzał. Tak głosiły wszystkie znaki na niebie i ziemi - "Paryż 20 kilometrów". Pod wieczór Jon dotarł do francuskiej stolicy i tam postanowił pytać dalej o drogę do Laponii. Ponieważ już kiedyś tu był, jakimś cudem udało mu się trafić na lotnisko.
  Jon jaki jest każdy widzi, więc na lotnisku Jon był Jonem i kupował pamiątki. Musiał w końcu nadrobić straty, które powstały po tym, jak raz na zawsze pozbyłam się jego badziewia. Po zakupach postanowił kupić bilet na samolot do Laponii. Okazało się jednak, że wydał wszystkie pieniądze na pamiątki, do celu udał się więc pieszo, kierując się wskazówkami bardzo miłej i cierpliwej pani w kasie.
  Jon udał się na północny wschód - tak jak mu to narysowała w atlasie pani z kasy. Szło mu nieźle i niedługo (po kilku tygodniach, ale to niewarty uwagi szczegół) dotarł do pięknego kraju, pełnego miłych i otwartych osób, które noszą do sandałów skarpetki... Tak, Jon dotarł do Polski. Stamtąd droga była już prosta, miał do przejścia kawał lądu i do przepłynięcia Morze Bałtyckie lub Zatokę Fińską - do wyboru. 
  W podróży palcem po mapie Jonowi bardziej spodobała się droga przez Zatokę, więc tam też się udał. Miało mu to zająć podobno 452 godziny, ponieważ nie umiał on jednak przeliczyć tego na dni, poszedł po prostu w wyznaczonym kierunku i kiedyś tam doszedł.


  Na miejscu pozostało mu już tylko spełnienie marzenia. "Święci Mikołajowie powinni tu być wszędzie, ale jakoś ich nie widzę" - zastanawiał się Jon rozglądając się po pustych ulicach jakiegoś finlandzkiego miasteczka. Czyżby miejsce spełnienia jego marzeń miało nie być tym miejscem? Postanowił zrobić to co zwykle - pytać ludzi, ale tym razem o nic innego jak... Agencję Świętych Mikołajów.
  - Ekskjuz mi ser, łer aj ken fajnd Agencję Świętych Mikołajów? - zapytał Jon jednego z nielicznych przechodniów.
- Łaaaaaa! - tyle tylko Jon dowiedział się od człowieka, który najprawdopodobniej uciekł na jego widok. A było się czego bać, bo Jon wyglądał doprawdy przerażająco po przepłynięciu Zatoki Fińskiej i przebrnięciu przez skandynawską tajgę i tundrę. Po drodze został nawet nadgryziony przez renifera, który pomylił algi morskie uwieszone na Jonie z krzewem, a do tego było tam dość zimno, więc przechodzień miał raczej do czynienia z ciemnofioletową i trzęsącą się z zimna bryłą lodu niż z przedstawicielem gatunku ludzkiego.
  Jon usiadł na ławce i zajął się czekaniem na następnego przechodnia. Czekał bardzo długo, ale mimo to się nie doczekał. Postanowił czekać dalej, ale nie doczekał się ponownie. "Do trzech razy sztuka!" - pomyślał i zaczął czekać znowu.


  Jon czekał bardzo długo i zrobił się jeszcze bardziej fioletowy. Stwierdził, że wypadałoby iść czekać gdzie indziej, okazało się jednak, że przymarzł do ławki. Odklejanie się od niej zajęło mu kolejne mnóstwo czasu i zaczął się nawet zastanawiać nad rezygnacją ze spełniania marzenia.
  Po głębszym zastanowieniu stwierdził, że to jednak ma sens. Zrezygnował z zostania Świętym Mikołajem na rzecz dalszego rozwijania swojej tenisowej pasji. Udał się pieszo w drogę powrotną do Polski, szukając jej nerwowo na mapie Azji.


I na tym kończy się historia Jonołaja, która była cokolwiek bez sensu i w ogóle nie powinno jej tutaj być. Do zobaczenia za kolejny miesiąc, kiedy to dodam następny post z kolejnym opowiadaniem o Jonie. Tymczasem się żegnam, bye!

14 komentarzy:

  1. Musze się z tobą zgodzić... Ta historia byla kompletnie pozbawiona sensu. xD Ale obrazek nr. 3 bardzo mi się podoba. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz, ale moja wena gdzieś sobie poszła. Zobaczymy, co powie pewna osoba, która podobno też się zapuściła w te niebezpieczne strony i czytała poprzedni rozdział (wspomniałam o tym na howrse, w komentarzach już się nie odważę). xD

      Posłużyłam się tam screenem z google grafiki, który pokazuje pieszą trasę wędrówki z Dąbrowy Górniczej do Laponii. xD

      Usuń
    2. Czekam na jej opinię... xD

      Widzę. xD

      Usuń
    3. Chyba raczej jego, dobrze wiesz o kim mówię. Jest to osoba, która z pewnych względów nie powinna czytać komentarzy. xD

      Usuń
    4. Wiem o co Ci chodzi, ja tylko zwracam uwagę na to, że ta osoba jest płci męskiej. I może już lepiej nie będę nic pisać, bo jest szansa, że właśnie ta osoba zaraz ten komentarz przeczyta... xD

      Usuń
    5. Dobrze ci radzę - zrób tak jak ci wcześniej mówiłam. xD

      Usuń
    6. Musiałabym chyba całego bloga spalić, a tego chyba nie chcesz... xD

      Usuń
    7. Cel uświęca środki... xD

      Usuń
    8. Jeśli sobie tak życzysz... Tylko jak mi potem będziesz płakać po nocach (i przez dzień też) za Jonem, to uwierz mi, że nie będzie mi Ciebie szkoda! xD

      Usuń
    9. Teraz to zauważyłaś? xD

      Usuń
    10. Wcześniej zauważyłam, że jesteś bardzo zła. Teraz uznałam, że w sumie jesteś trochę podobna do mnie więc nie możesz być "bardzo zła". xD

      Hmmm... Nowy wygląd. Muszę ci przyznać, że niezły. xD

      Usuń
    11. Ale Ty właśnie jesteś bardzo zła... xD

      Trochę zbyt różowy może... Ale będzie musiał wystarczyć. xD

      Usuń