czwartek, 1 stycznia 2015

Niśka wraca do starej częstotliwości wstawiania postów...

Witam!

Niestety, tak to już wyszło, że przed wyjazdem nie dałam rady dopisać Jona... Ale mam teraz pomysł na ciąg dalszy, więc w wolnym czasie powinnam go dopisać. Powinnam. Posta zaczynam pisać 19 sierpnia 2014 roku, ciekawe kiedy skończę...
Jest właśnie 8 października, a ja nadal nie znalazłam czasu na dokończenie podróży Multiplą. Stwierdziłam, że napiszę kilka zdań na odwal się... Nie, zmieniłam zdanie, Magda by mnie zabiła. No to w takim razie czekam dalej na znalezienie czasu.
Nie mam już tego pomysłu na ciąg dalszy, tak BTW. Ale muszę coś wymyślić... Dam radę!
Jest 31 grudnia, no kuźwa... Ale dzisiaj skończę!

  Jon siedział chwilę na kamieniu. Dłuższą chwilę. W sumie to siedział tam kilka godzin, bo w tym czasie Jonas zdążył przerobić Multiplę na kuter, Novak zdążył kupić kuter, a Becker wsiąść do tegoż kutra. Jonem właściwie nikt się nie przejął, tak jak Jon nie przejął się nikim.
  Myślał nad sensem życia. Nie znalazł go, więc zaczął myśleć o Niśce, ale po pierwszej sekundzie przestał - przecież o Niśce nikt nie myśli, ona jest forever alone. Rozpoczął więc rozmyślania o Genowefie, jego pierwszej prawdziwej i odwzajemnionej miłości. Nie wiedział, co się z nią w tamtej chwili działo... (spojler: Niśka zabiła ją za to, że była dziewczyną Jona; nie, Niśka nie kocha Jona, ona nie może znieść, że on miał kochającą dziewczynę, podczas gdy ona przez dość długi czas chodziła z rudym, który nigdy jej nie kochał, ale chciał być miły) Stwierdził, że to zbyt smutne, więc skończył myśleć (i tak myślał dużo jak na niego) i poszedł do reszty załogi, która była już w połowie kanału La Manche.
  Chodzenie pod wodą nie jest proste, zwłaszcza kiedy trzeba wstrzymać oddech na kilka godzin i unikać ryb. Czego się jednak nie robi dla zapomnienia o straconej miłości? Odkrył jednak, że podczas tej wędrówki też myśli, więc zaczął liczyć ryby dookoła. W końcu wpadł na genialny pomysł: pojedzie na Wimbledon na rybie!
  Jak pomyślał, tak też zrobił. Wskoczył na pierwszą lepszą rybę i popłynął. Sterowanie nie było proste, ryba nie była tak grzeczna jak kangur, ale zawsze lepsza od tej, która Jona kiedyś zjadła. W końcu jakoś udało mu się ją ujarzmić i dalszą część drogi przebyli dzikim rybim cwałem.
  W pewnym momencie Jon ujrzał coś strasznego. Było czerwone i lekko przyrdzewiałe od wody morskiej. Miało cztery koła. Było, mówiąc krótko, Fiatem Multiplą, którą Jonas Fischer podróżował na Wimbledon.
  Wspomniany tu Jonas Fischer nie miał zielonego pojęcia, po co płynie ledwo zipiącym najbrzydszym samochodem świata do Londynu na najbardziej prestiżowy turniej Wielkiego Szlema, który trwa już od tygodnia (*zakładamy, że jest lipiec, cicho). Przed nim płynął najlepszy tenisista świata wraz ze swoim powalonym trenerem, który i tak już nie miał możliwości wzięcia udziału w turnieju, a jednak po coś chciał się w tym Londynie znaleźć. Wszystko to nie mieściło się w jego mocno ograniczonym umyśle. A najgorszy był ten cały Jon. Jego po prostu nie dało się znieść. "Skąd się tacy ludzie, Scheiße, biorą? - myślał Fischer - Przecież nie da się być aż tak nienormalnym!"
  Tymczasem Jon już wyprzedzał Multiplę, cały fioletowy z braku tlenu, i próbował nakłonić swoją rybę do wypłynięcia na powierzchnię. Matylda, bo tak ją nazwał, była dobrą rybą. W czasie podróży zaprzyjaźnili się, Jon nauczył się też trochę rybiego. Nie był to skomplikowany język, trzeba było tylko przyłożyć dużą wagę do akcentu.
  Jonowi w końcu udało się wynurzyć. Zrobił to w dość nieodpowiednim miejscu, bo zaraz obok Multipli, w której przerażony Jonas dostał prawie że zawału. Jon momentalnie odfioletowiał i uśmiechnął się uprzejmie, choć nadal nieufnie, do Niemca. 
- Scheiße, co ty tu robisz?! - wykrzyknął Jonas.
- Nazywam się Jon, nie Scheiße - odparł spokojnie Jon.
- Scheiße to niemieckie przekleństwo.
- Nie jestem niemieckim przekleństwem!
- Ale nie o to... Zresztą nieważne - westchnął zażenowany Jonas i w tym momencie zauważył, że dopłynął do Dover.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytało stworzenie rozglądając się dookoła.
- W Anglii.
- Po co?
- Sam nie wiem.
  Nadeszła chwila rozstania Jona z Matyldą. Oboje byli bardzo smutni (a może Matylda tylko się wydawała smutna, w końcu była rybą), ale musieli się rozstać. Powiedzieli sobie po rybiemu "do widzenia" i Matylda odpłynęła w siną dal... nie wiadomo czemu w stronę lądu.
- Czemu ta ryba płynie na brzeg? - zapytał właściwie sam siebie Jonas.
- To jest Matylda! - oburzył się Jon.
- W takim razie czemu Matylda płynie na brzeg?
- Nie wiem... Matylda! Kochanie! Nie w tę stronę! - zaczęło wydzierać się stworzenie po rybiemu.
Matylda tymczasem leżała już brzuchem do góry na plaży i nie miała zamiaru zawracać. Była już martwa, ale Jon i tak pobiegł do niej i zaczął ją reanimować.
- Proszę pana, ta ryba jest martwa - zwrócił mu uwagę przypadkowy przechodzień.
- Wcale nie! Matylda będzie żyć! - krzyczał Jon i zaczął robić jej usta-usta, zdradzając w tym momencie Genowefę... nie, chwila, Genowefa też już była martwa... - Lekarza! Zawołajcie lekarza! - wydzierał się Jon.
  Niestety nie został wysłuchany i Przypadkowy Przechodzień zadzwonił na policję. Chwilę później Jon i Jonas byli już na komisariacie - Jon za bycie szaleńcem, a Jonas za zanieczyszczenie wody zardzewiałą Multiplą.
- Ale panie władzo... - próbował tłumaczyć się Jonas.
- Nie ma tutaj zabawy, panie Fischer. Zostanie pan w areszcie dopóki sąd nie rozpatrzy pana sprawy.
- Ale panie władzo...
  W tym samym czasie Novak dobiegł już do kortu głównego i okazał strażnikowi plakietkę.
- Panie Djokovic, czemu pana nie było wcześniej? I czemu jest pan ubrany jak emo?
- To długa historia, kto gra w finale?
- Dimitrov i Nadal.
- Nadal?! O nie, nie, nie! Ja tam zaraz idę!
- Ale panie Djokovic! Proszę się uspokoić!
  Novak nie miał jednak zamiaru słuchać strażnika ani nikogo innego. Skierował się prosto do szatni i jednym ciosem powalił Rafę Nadala na ziemię. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Zapewne z zazdrości. Sekundę później sam leżał na ziemi uderzony przez wujka Rafy, a 5 sekund później wujek Rafy poległ od ciosu Grigora Dimitrova.
- Za co to?! - oburzył się wujek Rafy.
- Za bicie przyjaciela mojej dziewczyny!
- Aha.
- Co tu się wyrabia?! - wykrzyknął strażnik łapiąc się za głowę. - Proszę natychmiast wstać, przeprosić się nawzajem i panów grających zapraszam już na kort!
  Zawodnicy udali się posłusznie na kort, a reszta została odprowadzona na komisariat.
- O nie, to znowu ten Niemiec i to coś! - zawołał załamany Becker zamiast powiedzieć "dzień dobry".
- Panie Becker, my się już widzieliśmy chyba, nieprawdaż? - zapytał policjant najbardziej denerwującym głosem na jaki go było stać.
- Owszem, ale nie rozumiem, dlaczego widzimy się znowu.
- Bo pobił pan... Kogo on pobił?
- Nikogo - odpowiedzieli zgodnie wszyscy obecni na komisariacie.
- To co on tu robi? Weźcie go stąd, tych co się bili zamknijcie w więzieniu i dajcie mi święty spokój - komisarz miał już wyraźnie dość, więc jego podwładni tylko grzecznie wykonali jego rozkazy.
  W ten oto sposób Becker i Novak znowu znaleźli się za kratami, tym razem bez Niśki. Gdzie była Niśka - tego nie wiedział nikt. Oprócz Niśki. Jako że Niśka pisze to opowiadanie, jest zmuszona napisać, gdzie w tym momencie była.
  No więc Niśka była w Londynie. Dotarła tam promem dzięki uprzejmości jego kapitana. Za darmo. Następnie autostopem do samego miasta, a po mieście przemieszczała się pieszo. Dowiedziała się o aresztowaniu Novaka i Beckera dość szybko, a jako że był jej ukochanym tenisistą, postanowiła go jakoś uratować.
  Była to ciemna, bezksiężycowa noc. Niśka w bojowym nastroju skradała się do więzienia. Wymalowała sobie twarz na czarno węglem, który ukradła jakiemuś ulicznemu artyście i potargała swoje ubranie (to akurat przechodząc przez krzaki, ale ciii). Tak przygotowana zbliżyła się do murów oplecionych starannie drutem kolczastym. Nie miała pojęcia jak przejdzie przez ten mur ani jak znajdzie celę Novaka. Zdecydowała się więc na klasyczny podkop łyżką do zupy, którą znowuż ukradła z restauracji.
  W tym samym czasie Novak i Becker robili taki sam podkop, ale zamiast łyżki mieli widelce. Po tygodniu zdążyli dokopać się do fundamentów więzienia i zaczęli wydłubywać z nich cegły. Po następnym tygodniu udało im się zrobić na tyle dużą dziurę w fundamencie, żeby przez nią przejść i kopać dalej. Następny tydzień spędzili na kopaniu w górę i w końcu udało im się ujrzeć światło. Było to światło latarki ochroniarza.
- Co wy tu...
Strażnik nie zdążył dokończyć, bo został ogłuszony łyżką przez Niśkę, która sama przed chwilą skończyła podkop.
- Po raz pierwszy się cieszę, że widzę tę idiotkę! - wykrzyknął uradowany Novak. 
- Ja się jeszcze cieszyłem jak widziałem ją pierwszy raz, fajna laska w sumie - dodał Becker. 
- Możecie łaskawie uciekać, a nie zastanawiać się nad moją atrakcyjnością? 
- Ej, tym razem nie mogłem cię złapać za tyłek... Wracamy do celi, niech nas wyciąga! 
- A jaki to ma związek z jej tyłkiem? 
- Właściwie żaden... Uciekamy! 
  Becker po uświadomieniu sobie bolesnej prawy w kilka sekund znalazł się po drugiej stronie płotu, nie korzystając nawet z niśkowego tunelu i kalecząc się na płocie. Niśka i Novak skorzystali kulturalnie z podkopu. 
- Jak ty tu weszłaś nie zdobywając poważnych obrażeń? - zapytał Becker Niśkę, najwyraźniej nie widząc skąd wyszła. 
- Zrobiłam podkop łyżką - odpowiedziała spokojnie, w duchu jednak ubolewała nad jego głupotą. 
- Łyżką?! A my to widelcami musieliśmy! 
- No! I musieliśmy przetrwać miesiąc nie jedząc zupy! - dodał jeszcze bardziej zbulwersowany od swojego trenera Novak. 
  W tym czasie Varg Leitenheiternneman zanosił do celi Novaka i Borisa cotygodniową porcję zupy. 
- Kucharz się stara a im i tak nie pasuje... Zadzierają z prawem, a jacy wybredni! - myślał na głos zjadając porcję sprzed tygodnia, która stała w celi. 
Varg był dość biednym Norwegiem, który szukał pracy za granicą. W kraju mógłby być profesorem na uniwersytecie, ale stwierdził, że stać go na coś lepszego. Tak został roznosicielem zupy w więzieniu. 
- Tu jest dziura! - zauważył Varg wchodząc głębiej do celi. - I nie ma więźniów! 
Norweg bez zastanowienia wskoczył do dziury. Po drugiej stronie zobaczył nieprzytomnego ochroniarza, nie zwrócił jednak na niego większej uwagi, bo ujrzał coś ciekawszego - kolejny podkop. 
  - Nie podstawili nam teraz Multipli, macie kasę na bilet autobusowy? - zapytała Niśka. 
- Nie. A ja mam jeszcze pytanie, nie ratujemy tych dwóch dziwaków? - zapytał Nole okazując niewyobrażalną troskę, której po pierwsze nie można się spodziewać po nim, a tym bardziej jeśli chodzi o Jona. O Jona troszczyła się tylko Genowefa. 
- Znając Jona, wyjdą sami jakimś magicznym sposobem - stwierdziła Niśka. 
- A ja mam takie małe pytanko - odezwał się Becker. - Który z nich to Jon? 
- Ten głupszy. W koszulce One Direction. 
- Słucha rocka, to nie taki głupi! 
- Chryste... - westchnęła Niśka i poszła zbierać pieniądze na bilet samolotowy do Warszawy. 
- O co jej chodzi?
- Nie wiem, chodźmy uratować tego Jona czy jak mu tam.
  Pierwszy tunelem szedł Novak, za nim podążał Becker.
- Aaaaaaaaa! - krzyknął Varg. 
- Aaaaaaaaa! - krzyknął Nole. 
- Kim pan jest? - zapytał przerażony Norweg. 
- Novak Djokovic. 
- Matko! Jestem wielkim fanem! Mogę prosić autograf? 
- Nie. Kim pan w ogóle jest? 
- Pana fanem. 
- A nazwisko pan ma? 
- No mam.
- A jakie? - dopytał Novak po dłuższej chwili milczenia.
Leitenheiternneman. Varg Leitenheiternneman. 
- Miło mi, panie Lajten-coś tam. Gdzie pan idzie? 
- Śladami zbiegłych więźniów. 
- Yyy... 
- Wy nimi jesteście? 
- No tak...
- Zupa wam nie smakowała? 
- Jaka zupa? 
- Dostawialiscie zupę co tydzień. 
- Co?! Boris, zwracamy. Czuję się oszukany. 
- Mogę iść z wami? - spytał ostrożnie Varg. 
- Nie wiem po co, ale chodź pan. 
  Niedługo potem cała trójka stała pod murem i zastanawiali się co robić. Novak i Becker byli zbiegłymi więźniami i powinni się ukrywać (nie wzięli pod uwagę, że ich kara właśnie minęła). Varg powinien być w pracy.
- Ucieknijmy do mojej rodzinnej Norwegii! - zasugerował Varg. 
- Czemu tam? 
- Bo tak. 
  Niśka jako uliczna artysta szybko zarobiła na bilet. Niestety na lotnisku okazało się, że wystarczy tylko na bilet do Norwegii. "Blisko Szwecji - pomyślała Niśka - jedziem tam!".
- Możemy udawać twój bagaż? - zapytał ją Novak. 
- Co?
- Chcemy się dostać do Norwegii i nie mamy pieniędzy. Możemy udawać Twój bagaż. 
- Zarobiłam na bilet w pół godziny rysując portrety japońskich turystów. Udawajcie zespół muzyczny i też sobie zróbcie. 
- Toż to genialny pomysł! 
Chwilę później cała trójka bawiła się w zespół black metalowy na ulicy. 
  - Może by tak stąd uciec? - zaproponował Jon Jonasowi. Ich kara kończyła się dzień później. 
- Dobry pomysł. Ale najpierw niech nam dadzą zupę. 
- Hej, panie strażniku, dostaniemy dziś zupę? 
- Varg, gdzie zupa? - krzyknął strażnik w głąb korytarza. - Varg!
Strażnik poszedł szukać roznosiciela zupy w celi Novaka i Borisa. Zamiast tego znalazł dziurę. Poszedł śladem drogich perfum tenisisty i niedługo trafił za ogrodzenie więzienia. Idąc dalej śladem perfum trafił w miejsce, gdzie black metalowe trio dawało nieudolny koncert. Zapach perfum prowadził go na lotnisko, więc tylko wrzucił pieniążek do puszki i poszedł dalej.
  Dzięki datkowi strażnika zespół mógł już kupić bilety. Zwinęli cały swój kram i pobiegli kupić bilety. Godzinę później lecieli już do Norwegii siedząc obok wielce nieszczęśliwej z tego względu Niśki.
  Tymczasem Jon i Jonas przeciskali się przez kraty. Jonowi szło to znacznie lepiej i po godzinie została mu tylko głowa. Ściągnął mocno mózg i chwilę później był wolny. Jonas nie miał tak łatwo, więc Jon otworzył zamek używając palca zamiast klucza i otworzył Niemcowi drzwi od celi. 
- To co robimy?
- Chodźmy na zupę! - zakomendował Jonas i udał się za zapachem jedzenia. Jon podążył za nim. 
  W kuchni nie zastali nikogo poza zupą. Zabrali garnek ze sobą i wrócili do celi. Po drodze zobaczyli dziurę u Novaka. 
- To podkop czy kretowisko? - zapytał Jon. - Boję się kretów... 
- Podkop idioto, wchodź tam i nie marudź. 
Po wydostaniu się poza teren więzienia zjedli trochę zupy i udali się za zapachem perfum Novaka. 
- Nie mamy pieniędzy na samolot, jak możemy inaczej się dostać do Norwegii? - zapytał Niemiec. 
- Popłyńmy na rybie - Jon otarł łzy na wspomnienie Matyldy - Za dwa dni będziemy na miejscu. 
- Ale... 
Nie było jednak czasu na "ale", rozpoczęła się najwieksza podróż w życiu Jonasa. Nie wiedział po co ma jechać akurat do Norwegii, ale zapach perfum tenisisty wyraźnie mu to podpowiadał. Postarał się przezwyciężyć strach i poszedł za Jonem nad morze. 

Niestety bez obrazków, będą później, za to macie tu moje selfie z Jonem. Ciąg dalszy o Jonie w Norwegii też będzie. Może nawet szybko. Na razie jednak się żegnam, komentowała dla państwa Niśka.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Witam po przerwie!

Witam!

Nie było mnie tu ponad tydzień - ale chyba wspominałam, że tak będzie, nie? W każdym razie wróciłam i myślę nad nowym Jonem, który pojawi się jak tylko go napiszę. A może być ciężko, bo w domu jest za dużo ludzi, żebym mogła siedzieć w piżamie przed komputerem do południa. Na razie mogę tylko maznąć na szybko jakiś obrazek, niezwiązany zupełnie z opowiadaniem, które aktualnie stoi w miejscu. Zastanawiam się nad zmianą programu do rysowania ilustracji z ArtRage na Corel Paiter Lite. Robiłam już w nim obrazki do rozdziału, kiedy Niśka dołączyła do Jona, Novaka i Beckera w drodze na Wimbledon. Jest też opcja, żebym po protu zaczęła się starać w ArtRage. Postanowiłam też wprowadzić kilka zmian w wyglądzie Jona i na razie chyba na tym poprzestanę, bo jestem zbyt leniwa, żeby zrobić coś więcej.


Poza widocznymi i opisanymi zmianami zmieniłam też rozszerzenie przy zapisywaniu na .png, co powinno z lekka poprawić jakość ilustracji. Mimo wszystko Niśka pozostanie graficznym amatorem... prawdopodobnie na zawsze... Nevermind, idę sobie, komentowała dla państwa Niśka, bye.

czwartek, 10 lipca 2014

To jedziemy dalej Multiplą, 4 dni po zakończeniu Wimbledonu, ale co tam.

Witam!

Nie było mnie tu jakiś czas, naobiecywałam się kiedy to tego Jona nie napiszę... Ale jestem i piszę, chociaż miałam rysować Novaka i robić masę innych rzeczy niezwiązanych z blogiem... Zmuszam się do pisania i posiadania weny... A jej nie mam... Ale nieważne, piszemy dalej.


  Czerwony Fiat Multipla z najlepszym tenisistą świata za kierownicą jechał spokojnie jakąś wiejską drogą, wyśmiewany przez miejscowych Murzynów... Wait... Murzynów? Ach, przecież to Francja była, ojczyzna Tsongi i Monfilsa! Nie żebym coś miała do Francji... Nevermind.
  Czerwona Multipla jechała wiejską drogą przyciągając na siebie spojrzenia wszystkich mieszkańców jakiejś francuskiej wioski, co wcale nie radowało jadących nią ludzi. Novak z nerwów postanowił w końcu wcisnąć gaz i wyjechać stamtąd jak najszybciej, zatruwając przy tym świeże powietrze na tym zadupiu.
- Ło! Ale niebezpieczna prędkość! - odezwała się wielka znawczyni motoryzacji Niśka, kiedy Multipla z trudem dobijała do 30 km/h na francuskim żwirze.
- Chcesz to sama kieruj, jak taka mądra jesteś! - odciął się Novak i starał się jak tylko mógł, żeby ruszyć oporny (i z lekka się przegrzewający) samochód z większą prędkością.
- Nie mam prawa jazdy i jestem niepełnoletnia, przykro mi.
- Jak nie masz prawa jazdy, to co się tak wymądrzasz?!
- Spokój! - wrzasnął Becker, który do tej pory siedział cicho patrząc z głupawym uśmieszkiem na całą kłótnię. - Zmień bieg, Nole, bo to autko zaraz padnie.
Novak posłusznie zmienił bieg na wyższy, był jednak cokolwiek zawstydzony, że sam na to nie wpadł.
- A ja mogę pokierować? - zapytał Jon po chwili ogólnego milczenia.
- Nie.
- Czemu nie?
- Bo... - Boris postanowił nie kończyć i nie wdawać się w dalszą dyskusję z tym stworzeniem. - Nole, może teraz ja pokieruję?
- Ale gdzie chcesz kierować, skoro utknęliśmy w piasku na plaży?
- Gdzieś ty nas znowu wywiózł?!
- No wiesz, jechałem na Wimbledon... W linii prostej...
- I teraz chcesz przepłynąć przez ocean wpław, dobrze rozumiem?
- A co w tym trudnego? - wciął się do rozmowy Jon. - Ja już tak kiedyś zrobiłem.
Jego wypowiedź została pominięta w dalszej dyskusji, a raczej jej braku, bo każdy poszedł w swoją stronę coś załatwiać. Tylko Jon został sam i zaczął się szykować do wskoczenia do wody.
  - Heloł, Aj'm luking for sam help - odezwała się Niśka do jednego z czarnych Francuzów w wiosce. Co jak co, ale akurat oni wydają się spoko.
- Łot du ju łont?
- Aj nid help. Maj friends end mi mast goł tu Łimbledon, bat łi hewynt got eny bołt.
- Ju łont tu słim fru de ołszyn łif de bołt?
- Jes...
W tym momencie Niśka zdała sobie sprawę ze swojej głupoty i oddaliła się w poszukiwaniu Beckera, którego uważała mimo wszystko za najbardziej rozsądną osobę w towarzystwie.
  - Trzeba by przerobić ten samochód na poduszkowiec, tak jak to zrobili kiedyś w Top Gear... Ale trzeba też będzie ciągnąć za sobą stację benzynową... A tego w Top Gear nikt nie robił, więc się nie uda. Scheisse!
- O, Niśka! Może mi pomożesz?
- Myślałam, że to pan mi pomoże...
- Ale słuchaj - Boris przerwał na chwile, żeby spojrzeć na jej tyłek - musimy jakoś przerobić tę Multiplę, żeby mogła pływać.
- Panie, to nie jest Top Gear!
- Ale oni nawet w murzyńskiej wiosce są w stanie zrobić coś z niczego! - to mówiąc Boris obejrzał się na grupkę wieśniaków zebranych dookoła niego, Niśki i Multipli.
- W telewizji wszystko się da... - stwierdziła sceptycznie Niśka i poszła dalej.
  Przy brzegu morza spotkała Jona, który próbował zrobić ze słomy okularki do pływania. Niśka stwierdziła, że nie wypada mu w tym przeszkadzać i poszła szukać Novaka. Znalazła go kilka kilometrów na południe w jakimś porcie, gdzie negocjował z jakimś rybakiem wynajem kutra.
- To mogę odkupić go od pana i będzie miał pan ze mną spokój!
- Ten kuter to moja pamiątka rodzinna, nie sprzedam go za żadne pieniądze!
- Milion euro?
- Przecież pan nawet tyle nie masz, bo skąd? Nawet pan koszulki nie masz na sobie i tu kaloryferem świecisz!
Novak zamilknął na chwilę, żeby uleczyć swoje urażone ego. Jak ten facet może go nie znać?! I jak może mu wypominać brak ubrania, na który cierpiał przez tę idiotkę, która nie chciała się rozebrać?!
- Novak, możesz pozwolić do mnie na chwilę? - zapytała Niśka i zaraz tego pożałowała.
- Idź precz! Nie chcę cię znać! Nie chcę znać całego świata! Nie chcę żyć!
- Nie zachowuj się jak emo i chodź, Boris znalazł sposób jak nas stąd wydostać! - skłamała Niśka, Novak usłyszał jednak tylko pierwszą część jej wypowiedzi i pobiegł w stronę miasteczka. Chcąc nie chcąc musiała pobiec za nim, poprawiając uprzednio okulary, żeby przypadkiem się nie zabił.
  Nole zniknął w jakimś ciemnym i podejrzanym sklepiku, który dla Niśki wyglądał zbyt satanistycznie, żeby do niego weszła. Wyszedł jakieś pół godziny później ubrany na czarno... Właściwie to mało powiedziane! Miał na sobie czarne jeansy, czarną koszulkę (z napisem Metallica, więc to można mu wybaczyć), glany, mnóstwo czarnych bransoletek z błyszczącymi kolcami i ćwiekami oraz, co Niśkę przeraziło najbardziej, pętlę z grubej liny na szyi.
- Żegnaj, świecie! - powiedział tylko i podszedł do najbliższego drzewa.
- Novak, nie rób tego!
- Zrobię to!
- Mogę mieć do ciebie tylko ostatnie życzenie?
- Jeśli będzie takie samo...
- Nie będzie... No może trochę tak, ale bardzo pokrętnie... Znaczy nie będzie... Dasz mi numer Borisa?
- Weź cały mój telefon! I tak nie będzie mi już więcej potrzebny!
Niśka wzięła od Novaka pięknego Iphona, znalazła w kontaktach numer Beckera i nacisnęła zieloną słuchawkę (czy coś tam, nie znam się na Iphonach).
- Halo? Nole?
- PANIE BECKER! NIECH PAN TU PRZYJDZIE ZANIM NOVAK SIĘ ZABIJE! - wrzasnęła Niśka do telefonu, przez co Boris stracił słuch w jednym uchu.
  W tym czasie Jon kończył już plecenie okularków i zabierał się psychicznie do zanurkowania w morskiej toni. Skoczył w wielką falę, która poniosła go kilkadziesiąt metrów w stronę... brzegu. Skoczył raz jeszcze, ale znowu został wyrzucony na brzeg. Po kilku próbach postanowił poczekać na odpływ... Właściwie to się zmęczył i musiał odpocząć, bo przecież takie stworzenie jak on nie ma pojęcia o istnieniu przypływów i odpływów, nawet po przestudiowaniu atlasu świata podczas wyprawy do Laponii.
  - Niśka! Ja naprawdę bardzo lubię... lubiłem Novaka, ale nasz samochód zaraz zatonie!
- To czemu nie wyjedzie nim pan na brzeg?!
- Po pierwsze jest zakopany w piasku. A po drugie Novak ma kluczyki.
- To niech pan tu po nie przyjdzie!
- Ale samochód!...
- Multipli panu szkoda?! Rozumiem, Ferrari może być ważniejsze od tenisisty, którego doprowadza pan znowu na szczyt rankingu, ale żeby Multipla?!
- Każdy samochód jest ważny!
- Zaraz tak się to skończy, że zginie i Novak, i samochód! Tego pan chce?!
Zadyszana Niśka zrobiła małą przerwę na złapanie oddechu.
- Eee... To mam się w końcu zabijać czy nie? - zapytał ostrożnie Nole, który przysłuchując się rozmowie aż przestał przywiązywać linę do gałęzi.
- Noo... - odezwał się Becker, który został zmuszony do większej refleksji. - Mam pomysł! Pójdę po Kowalsky'ego, on mi pomoże wyciągnąć samochód! A Novak to ten... To spróbuj go jakoś przekonać, że się ma nie zabijać, a jak uratuję Multiplę, to tam pójdę.
- A wie pan chociaż gdzie? - zapytała Niśka, ale było za późno, bo Becker się już rozłączył.
- Słuchaj Nole... Pomyśl o tych wszystkich swoich fanach, co oni sobie pomyślą?
- Ach, właśnie! Jeszcze słit focia na Facebooka i można się zabijać! Zrobisz mi zdjęcie?
  Tymczasem Boris rozpaczliwie próbował odkopać Multiplę z piasku, wołając równocześnie Jona. Po kilku minutach stwierdził, że na "kici-kici" jednak nie reaguje i rozpoczął próbę z gwizdaniem. W końcu poszedł szukać go osobiście i znalazł go na kamieniu 5 metrów od siebie.
- Panie Kowalsky, mógłby mi pan pomóc w ratowaniu naszego samochodu?
- Nie.
- Czemu nie?
- Nie lubię pana.
- Mnie też?! To kogo ty tutaj lubisz?!
- Nikogo.
  "Ciekawe, czy ktoś pamięta w ogóle, że ja tu jestem - myślał Jonas Fischer zwinięty w kłębek w swoim kostiumie opony. - I co? Skończę swój żywot jako człowiek-opona, który utopił się w Fiacie Multipli w czasie przypływu? I to bez wypłaty?! Marny ten mój los..." W tym momencie Niemiec uświadomił sobie, że dla ratowania życia może zdjąć swój kostium i wyjść z samochodu. Było to jednak o tyle utrudnione, że Multipla była zamknięta. "Skoro ten cały Jon był w stanie wybić kilka szyb na raz, to ja sobie z jedną muszę poradzić" - pomyślał, żeby dodać sobie otuchy mimo (nieuzasadnionej co prawda) świadomości, że szyby w takim samochodzie muszą być równie pancerne co ekran starej Nokii.
- Raz, dwa, trzy i... BUM! - wykrzyknął po wyplątaniu się ze swojego kostiumu i z całej siły uderzył w szybę, która pękła bez większych problemów. Siła uderzenia była tak duża, że Fischer wylądował kilka metrów dalej z głową w piasku. Ale ważne, że był wolny!
Zachwycony swoją siłą Jonas stwierdził, że jest w stanie podnieść Multiplę i przenieść ją w bezpieczne miejsce. Nie chciał bynajmniej pomagać Beckerowi, po prostu chciał udowodnić, że "Niemiec potrafi". I to nawet bez należytej wypłaty!
  - Nole, proszę, nie zabijaj się!
- Robisz to zdjęcie czy prawisz mi kazania?!
- Prawię ci kazania, nie widzisz?
Novak zastanowił się przez chwilę, jak ta Niśka może być aż tak głupia, po czym w milczeniu wrócił do wiązania pętli.
- A co w końcu z tym zdjęciem? I dlaczego przestałaś mnie przekonywać, żebym się zabił?
- Wiesz co, zabij się jak chcesz. Już ci robię zdjęcie. Co mam napisać pod postem?
- "Odchodzę, ale wiedzcie, że was kochałem, moi wierni i mniej wierni fani" Coś w tym rodzaju.
- To się uśmiechnij.
Po chwili uśmiechnięte zdjęcie emo-Novaka z pętlą na szyi mógł zobaczyć cały świat.
- Ale ty serio chcesz, żebym się zabił?
- No wiesz, zawsze mogę kibicować Rogerowi - powiedziała beztrosko Niśka kręcąc palcami końcówki włosów. - Albo Rafie, o! Rafie jeszcze lepiej!
"Moja wierna fanka chce się przerzucić na kibicowanie temu tyłko-dłubaczowi? To... to jeszcze większy powód do zabicia się!" - pomyślał Novak i zacisnął pętlę na szyi, zupełnie niezgodnie z oczekiwaniami Niśki.
- Możesz zabrać to krzesełko spod moich nóg? - zapytał ją błagalnym tonem.
- Ale wtedy wyjdzie na to, że ja cię zabiłam...
- Już mnie zabiłaś! Psychicznie! Zbieraj to krzesło!
- Myślałam, że... zresztą nieważne. Radź sobie sam.
Novak myślał chwilę nad sposobem samodzielnego wyjęcia krzesełka spod nóg, w końcu wpadł na genialny pomysł zeskoczenia z niego.
- Żegnaj, świecie! - wykrzyknął i skoczył.
  Odpływ był coraz bliżej. Becker był wyczerpany psychicznie. Jon był wyczerpany fizycznie. Ficher był wyczerpany fizycznie i psychicznie, ale nie dawał tego po sobie poznać i cały czas starał się podnieść Multiplę. W końcu nie wytrzymał.
- Może byście tak mi pomogli, verdammt!
- Do nas mówisz, opono przeklęta?! - zapytał z trwogą Jon odwracając się w stronę Multipli i zauważając Jonasa z różowych bokserkach.
- Ja jestem szczupły i nie mam żadnej opony! - próbował odciąć się Ficher. - To pomożecie mi?
- Ale w czym?
- W ratowaniu tego przeklętego samochodu, na którym wam tak bardzo zależy, a który powinien już dawno być na złomie?
- Nasza Multipla! - wykrzyknął Becker odzyskując nagle zdrowie psychiczne i popędził w stronę tonącego samochodu. - Kowalsky, pomógłbyś pan nam!
Chwilę później cała trójka była zaangażowana w wywlekanie Fiata na brzeg. Następną chwilę później Fiat został wywleczony na brzeg.
- No, to teraz mogę iść po kluczyki do Novaka. Tylko gdzie on jest?
  Novak leżał nieprzytomny pod gałęzią, która złamała się pod jego ciężarem i siłą skoku. Niśka starała się jakoś zdjąć ogromny konar ze swojego ulubionego tenisisty, przerwał jej jednak telefon Novaka.
- Niśka? Gdzie jest Novak? Idę już po te kluczyki.
- Trochę się pan spóźniłeś... W każdym razie jesteśmy w najbliższym miasteczku na południe od miejsca, gdzie pan teraz jesteś.
- Spóźniłem się? Co przez to rozu... On... Umarł?... - Boris rozłączył się i ruszył z płaczem w drogę.
  Na miejsce dotarł, gdy Niśka z pomocą jakiegoś przechodnia - również fana Novaka - uwolniła swojego idola z objęć gałęzi.
- On umarł? - zapytał Boris słabym głosem pochylając się nad Novakiem.
- Teraz to się pan nim martwisz?
- Wcześniej też się martwiłem! - odparł oburzony Becker.
- Wcześniej to się pan Multiplą martwił!
- A czym chcesz dojechać na ten Wimbledon?!
- Novak próbował załatwić nam kuter! A teraz leży tu półżywy!
W tym momencie Boris gorzko zapłakał. Jego łzy spływały na Novaka, który nagle magicznym sposobem się obudził.
- NOLE! Ty żyjesz! - uradował się jego trener i podbiegł go przytulić, potknął się jednak o gałąź.
- Niestety... - mruknął Nole, wstał i zabrał się za ponowne wiązanie pętli, tym razem na mocniejszej gałęzi.
  Podczas gdy Niśka i Becker próbowali odciągnąć Novaka od drugiej próby samobójczej, Jon poznawał się bliżej z człowiekiem-oponą.
- ... i jestem niemieckim agentem specjalnym, który przebrał się za oponę, żeby was śledzić. - tutaj Ficher bardzo przekonująco się uśmiechnął i popatrzył z nadzieją na Jona.
- Zostaw mnie w spokoju, opono podstępna! Ja nie ufam oponom!
- Ja nie jestem żadną oponą! Gott, gib mir Gedult! Viel Gedult!
- Niemieckim oponom nie ufam tym bardziej!
Zrezygnowany Jonas Fischer wstał i skierował swoje kroki na południe, gdzie, jak mu się wydawało, znajdowali się teraz Niśka, Boris i Novak. Jon został sam i zaczął się zastanawiać, co jest lepsze: towarzystwo niepewnego pochodzenia opony czy całkowity brak towarzystwa?

CIĄG DALSZY NASTĄPI




 No i to już koniec tego rozdziału i możliwe, że zakończenie dopiszę dopiero po powrocie znad morza, czyli w przyszłym tygodniu. Na razie to by było na tyle, komentowała dla państwa Niśka, bye!

niedziela, 6 lipca 2014

#Wimbledon #marzeń #Niśka #jest #podjarana

Witam!

Przepraszam za brak Jona, ale ostatnio nie miała w ogóle czasu na pisanie, nowy rozdział będzie najpewniej jutro (cały czas jest jeden rozdział bez komentarza, Magda!). Chciałam, żeby Novak, Boris, Jon. Niśka i Jonas dojechali na Wimbledon na finał, ale wypadł mi nieprzewidywany wyjazd z rodziną i nie miałam jak napisać, poza tym weny brak.


ALE I BEZ TEGO NOVAK JEST ZWYCIĘZCĄ WIMBLEDONU 2014!

#NOLE #WIMBLEDON #CHAMPION #2014 #ROGER #WITHOUT #8TH #TITLE #NIŚKA #FEELS #SO #HAPPY

Po ludzku: Novak pokonał Rogera w 5 setach (6:7, 6:4, 7:6, 5:7, 6:4), wygrał swój drugi wimbledoński tytuł, wrócił na pierwsze miejsce w Ej-Ti-Pi, dostał fajny puchar i niedługo bierze ślub.

Zaraz maznę jakiś obrazek okazjonalny i go tu wstawię, bo post bez obrazka to nie post.


Do człowieka to niepodobne, do Novaka tym bardziej, ale Niśka za bardzo nie ma dzisiaj siły na rysowanie jakichś powalających grafik komputerowych... I żegnam się z wami, komentowała dla państwa Niśka, bye.

środa, 2 lipca 2014

Droga na Wimbledon część trzecia (co taki banalny tytuł?)

Witam!

Dlaczego ja każdy post zaczynam i kończę tak samo?! W każdym razie piszę nowy rozdział. I po raz pierwszy chyba mam jako taki plan. Choć właściwie tylko na początek... Ale jakiś mam! Więc idę pisać.

  "Tyle poświęcenia, tak mało pieniędzy - myślał Jonas Fischer zwinięty w kłębek w bagażniku czerwonego Fiata Multipli. - Gnieść się w bagażniku najbrzydszego samochodu na świecie kierowanego przez trójkę wariatów z nieprzytomnym zzieleniałym tworem to chyba trochę za dużo jak na takie pieniądze... I to jeszcze z katarem! A ten tenisista... Wydawać by się mogło, że oni powinni mieć dobry wzrok, a ten idiota mnie nawet nie zauważył... Ten rudy dziadek wygląda na jakiegoś zboczeńca, tak się patrzy na tę laskę z wałkiem do ciasta... A ona nawet ładna nie jest... Ciekawe, jakiej narodowości jest ten dziadek... Na pewno nie jest Niemcem! - myślał dalej Jonas bardzo obrażając w tym momencie swojego rodaka. - Niemiec by się tak nie ślinił na jakąś dziewczynkę z Polski. W ogóle to gdzie jest ta Polska?..."
  Przemyślenia Fischera przerwał jęk Jona, który właśnie się przebudzał. Niemiec z przerażeniem zwinął się jeszcze ciaśniej w kłębek.
- Mmm... Niśka to ma fajny tyłek... Mmm... - Jon najwyraźniej zbyt mocno walnął się w głowę i majaczył.
- Aua! - wykrzyknął kopnięty przez Jona Fischer i kichnął.
Teraz przestał nawet oddychać, żeby bardziej się nie pogrążać.
  - Słyszeliście to? - zapytała Niśka siedząca nieszczęśliwie na tylnym siedzeniu.
- Nie. Co  mieliśmy słyszeć?
- Kichnięcie. I "aua". I ktoś mruczał, że mam fajny tyłek...
- Może Boris? - zasugerował Novak i spotkał się z wielkim oburzeniem swojego trenera.
- Pewnie ten twój Jon się obudził... Trzeba by go wyciągnąć z tego bagażnika.
Novak, cokolwiek niezbyt szczęśliwy, zatrzymał Multiplę na poboczu i wysiadł z niej, żeby poinformować Jona, że może jechać w samochodzie obok Niśki.
- Na co nam opona do ciężarówki? - zapytał Nole sam siebie, kiedy otworzył klapę i zauważył, że Jon gniecie się w bagażniku z wielką (ale jakże niekształtną!) oponą. W tym samym momencie Jonas uświadomił sobie, dlaczego tenisista go nie zauważył. - Kowalsky! Pakuj się do tyłu obok Niśki!
- Co? Gdzie? Jak? - zapytał Jon, któremu wrócił już naturalny koloryt, ale nadal nie miał pojęcia, co się dzieje.
- Masz iść na tylne siedzenie.
- Ale ja nie chcę!
Novak bez słowa wziął Jona za rękę, wywlókł go z bagażnika i wrzucił na fotel obok mnie. Kiedy wrócił zamknąć bagażnik, odniósł wrażenie, że opona się poruszyła i odetchnęła z ulgą. "Widocznie nawiedzona Multipla... Jak każda..." - stwierdził i wrócił za kierownicę.
  Następny postój odbył się dopiero na stacji benzynowej, tam też odbyła się kolejna dyskusja.
- Ja tam nie chcę iść! Ten pan mnie nie lubi! - wrzeszczał Jon jak małe dziecko, kiedy zobaczył swojego francuskiego znajomego - osiłka, który rzucił w niego kiedyś kamieniem i zrobił mu "wgniecenie na masce".
- Przed chwilą sam mówiłeś, że chce ci się sikać!
- Już nie...
Dopiero teraz wszyscy zauważyli wielką mokrą plamę na spodenkach Jona.
- A ja myślałem, że osikałeś tę oponę... - powiedział Novak patrząc na oponę, która w rzeczy samej zrobiła się mokra. Fischer widocznie też miał potrzebę.
- Dobra, nieważne, chodźmy wreszcie coś zjeść! - zawołali chórem Becker i Niśka i skierowali się w stronę stacji, dziwnie się na siebie patrząc po takiej oznace telepatii.
- Czekajcie na mnie! - krzyknął Nole i pobiegł za nimi, pośpiesznie zamykając drzwi w samochodzie i przytrzaskując Jonowi stopę, która jak gdyby nigdy nic odpadła i upadła na ziemię.
  - Psss... Ty, Jon! - odezwał się Fischer szeptem mając nadzieję, że stworzenie go usłyszy. - Pomógłbyś mi!
- Nie rozmawiam z obcymi oponami - odpowiedział asertywnie Jon.
- Ale to ja... - kichnięcie - Jonas Fischer!
- Nie znam pana. Pan jest oponą, a ja nie znam żadnego człowieka-opony.
- Przesłuchiwałem was w helikopterze.
- Aha. I tak nie ufam oponom.
Zdenerwowany Fischer zdjął kostium opony i stanął w pełnej okazałości przed Jonem, uświadamiając sobie przy okazji, że poza kostiumem opony i różowymi bokserkami nie miał na sobie żadnego ubrania.
- Aaa! Zboczeniec! - wrzasnęło przerażone stworzenie i wybijając po drodze wszystkie szyby wbiegło do znajdującego się przy stacji baru, żeby schronić się bezpiecznie na głowie Novaka.
- Złaź ze mnie idioto!
- Ale... ale tam jest ta opona! I ona jest człowiekiem! Nagim!
- Zjedz coś, bo zaczynasz majaczyć... I gdzie ty masz stopę? - zdziwiła się, choć oczywiście nie bardzo, Niśka.
- On mi przytrzasnął! - tutaj Jon wskazał oskarżycielsko na Novaka.
- A teraz wskakujesz mu na głowę, bo czujesz się przy nim bezpiecznie? - Becker sam nie wierzył w to, co przez ostatnie dni widział i słyszał.
- Dobra, koniec kłótni. Jemy coś, idziemy do samochodu i jedziemy na ten Wimbledon, bo nie ma czasu! - ogłosił super-kierownik Niśka.
- Tak jest, generale! Pani pójdzie przodem - rzekł szarmancko Boris, przepuszczając Niśkę w drzwiach, żeby popatrzeć się na jej tyłek. Co on ma z tym tyłkiem?!
Koniec końców, cała ekipa zebrała się przy Multipli, w której siedział prawie nagi Zakatarzony Pan. Zamknął się od środka, ale na widok min Niśki, Beckera i Novaka szybko otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz.
- Co pan robi w naszym samochodzie?
- To nie jest wasz samochód.
- Znalezione nie kradzione.
- Pozwólcie, że opowiem wam całą tę historię - odezwał się Fischer splatając palce. - Nazywam się Jonas Fischer i jestem niemieckim agentem specjalnym, który został zatrudniony do złapania waszej czwórki jadącej tym przeklętym czołgiem. Może jak go oddam na złom to trochę zarobię... Prawdę mówiąc nie wiem, po co miałem was zamykać w więzieniu... Dobrze, wiem, pieniądze... No więc chciałem zamknąć was dla większej wypłaty, ale wy sobie uciekliście, więc szef kazał mi coś zrobić... - tutaj przerwał, żeby w końcu wziąć oddech. - Otworzyłem wam furtkę, podstawiłem Multiplę...
- A czemu akurat Multiplę? - przerwał mu Nole.
- Bo nikt by się nie zdziwił, że ktoś porzucił taki samochód, czyż nie mam racji?
- No fakt. No i co pan dalej zrobiłeś?
- Schowałem się w moim przebraniu w bagażniku i czekałem, aż się złapiecie na przynętę. I się złapaliście.
- A dlaczego teraz nie jesteś w przebraniu?
- Bo chciałem, żeby ten cały Jon mi pomógł. Ale nie, on uciekł! I to jeszcze bez jednej stopy!
- A to akurat nic dziwnego. Tylko czemu się zamknąłeś w tym samochodzie?
- Przyszedł tu taki umięśniony facet i stwierdził, że ten Jon kiedyś obrażał jego synka. Ja powiedziałem, że nie znam żadnego Jona, a on wtedy chciał mnie pobić. No to się schowałem i tu siedzę, a on gdzieś poszedł.
- To pan niech też pójdzie, bo nam się śpieszy.
- A gdzie wy jedziecie?
- Na Wimbledon.
- Co to jest?
Wszyscy podsumowali to tylko westchnięciem i facepalmem.
- A mogę tam jechać z wami?
- My szpiegów nie przewozimy, sorry - stwierdziła Niśka i podniosła leżącą na ziemi stopę Jona.
- Ale ja się zmienię! Będę dobry!
- Co pan tam mówił? - zapytała, ale nadal była skupiona na oglądaniu stopy. - Nie wypadałoby tego jakoś przyczepić?
- To daj - powiedział Jon i przyłożył swoją stopę do reszty nogi, do której jakimś sposobem nagle się przyrosła.
- To mogę jechać z wami?!
- Nie.
- Czemu nie?
- Bo jesteś szpiegiem!
- Ale ja już tyle z wami jechałem!
- To przebieraj się pan za oponę i pakuj się do bagażnika! - orzekła stanowczo Niśka, a Zakatarzony Pan kichnąwszy dwukrotnie, poszedł spełnić jej rozkaz. Chyba jej tyłek dobrze na wszystkich działa...

TO BE CONTINUED


Dzisiaj słabo... Ale lepszego pomysłu nie miałam... I te ilustracje... Ale spokojnie, będzie ciąg dalszy i ciąg lepszy. A dzisiaj już się żegnam, komentowała dla państwa Niśka, bye!

wtorek, 1 lipca 2014

Jedziemy dalej z tym koksem, czyli podróż na Wimbledon część druga

Witam!

Niśka przybywa dziś z nowym rozdziałem Jona, chociaż nie ma kompletnie pomysłu i najchętniej poczekałaby na przypływ weny, ale potrwałoby to pewnie z miesiąc (albo i więcej), więc po prostu siądę przy komputerze i coś napiszę.

  - Przepraszam pana najmocniej - zaczęła nieśmiało Niśka - Dlaczego chce nas pan wszystkich zamknąć?
- Taka praca - odpowiedział Zakatarzony Pan z idealnym spokojem.
- Jaka praca? - zapytał Nole, który właśnie się obudził i starał się odzyskać świadomość. - Gdzie my jesteśmy?!
- W helikopterze. Transportujemy pana i pana przyjaciół do więzienia za zakorkowanie całej Europy.
- Że co?! Oni nie są moimi przyjaciółmi!
- Czyli ja nie jestem twoim przyjacielem? - zapytał Becker i odszedł na bok, żeby móc spokojnie popłakać w kącie.
- I ja też? - zapytał Jon, który nie wiadomo czemu chciał być przyjacielem swojego wroga, po czym dołączył do Beckera.
- No dobrze, ja to nie jestem... - stwierdziła Niśka, ale dla dotrzymania towarzystwa reszcie udała się płakać na bok.
  Novak nie miał pojęcia, co się dzieje, ale jako że został sam, Zakatarzony Pan mógł go spokojnie przesłuchać.
- Jak się pan nazywa?
- Novak Djokovic.
- Pana narodowość?
- Serbska.
- Data urodzenia?
- 22 maja 1987 roku.
- O, to jak moja mamusia! Miejsce urodzenia?
- Belgrad.
- Gdzie to jest?
- Domyślił by się pan...
- Adolfie, gdzie jest Belgrad? - zapytał Zakatarzony Pan pilota śmigłowca.
- Nie wiem. - pilot odwrócił się do niego ukazując swoje oblicze, a właściwie charakterystyczny wąsik, pasujący również do imienia. - Może w Polsce?
- Co znowu w Polsce? Czego wy wszyscy chcecie od Polski?! - zaczęła awanturować się Niśka.
- Nie polepsza pani swojej sytuacji krzycząc na nas...
- Nie obchodzi mnie to! I tak jakoś wyjdę z tego więzienia! A wy wszyscy macie po prostu jakiś problem ze zrozumieniem, że Polacy to też ludzie!
- Polacy? Ludzie? Ta dziewczynka naprawdę ma coś z głową. Powinniśmy chyba lecieć do psychiatryka... - stwierdził Adolf i uśmiechnął się pod wąsem. - Ale już za późno, jesteśmy już koło więzienia. Miłych wakacji!
  Nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy cała ekipa wylądowała w jakiejś zimnej, ciemnej, kamiennej, wilgotnej, zapleśniałej, obskurnej celi w jakimś niemieckim więzieniu.
- Co my tu robimy? Ma ktoś latarkę? - zapytał szeptem Becker.
- Owszem - odparła Niśka mrocznym głosem, włączyła latarkę w telefonie i przystawiła ją sobie do brody.
- A łom?
- Nie, ale mam wałek do ciasta.
- Och, to świetnie! Zróbmy szarlotkę! - zawołał Novak, jak to przystało na gwiazdora wsadzonego za kratki.
- Może lepiej podkop?
- Wałkiem?
- Nie! Jonem!
- Mną?! - do rozmowy w końcu włączył się Jon.
- No... Bo jako tak dziwne stworzenie jesteś w stanie jakimś magicznym sposobem nas stąd wyciągnąć - wytłumaczyła mu Niśka i usiadła w oczekiwaniu na jakieś jego działanie. Czekała długo.
  Mózg biednego stworzenia był bardzo przegrzany. Nie chciało ono zawieść jednej z nielicznych jakimś cudem je akceptujących osób. Myślało długo, aż w końcu wymyśliło.
- Tutaj jest okno!
- Naprawdę? Cóż to za odkrycie! - Novak w całym swoim gwiazdorstwie stał się przesadnie sarkastyczny.
- Ale można by przez nie wyjść.
- I na pewno przeciśniemy się przez te kraty.
- Ja dam radę! - zaoferował się Jon i w rzeczy samej mógł dać radę.
Reszta zespołu założyła ręce i stała z drwiącymi uśmieszkami na twarzach w bezpiecznej odległości od Jona, który zabierał się do pracy. Stworzenie ze skupienia zrobiło się już z lekka fioletowe. Nikt nie miał jednak zamiaru mu w żaden sposób pomagać.
  Jon zgrabnym uderzeniem głową wybił szybę pancerną w oknie. Z niewiadomych powodów zrobił się w tym momencie zielony, ale nikogo nadal to nie obchodziło. Dopóki Jon nie padł nieprzytomny na podłogę. Tak, teraz też nikt się nim nie przejmował, wszyscy gapili się na niego przez chwilę w osłupieniu, ale potem do akcji łamania krat przystąpił wspaniały duet: Boris Becker i Wałek do Ciasta.
  Boris uderzył w kraty Wałkiem z całej siły. Wałek poległ w tej bitwie, lecz na szczęście kraty również, więc wszyscy mogli wyjść na zewnątrz.
- Dlaczego nikt nie zauważył, że uciekamy? - zapytała Niśka gramoląc się na górę z pomocą Beckera, który musiał koniecznie dotknąć jej pośladków.
- Cicho. Ściany mają uszy i przenoszą plotki - odpowiedział jej pomocnik przykładając palec do ust, przez co Niśka nie miała odpowiedniego przytrzymania i łomotem spadła na podłogę. - No widzisz! Jedno pytanie, a tyle nieszczęścia!
- Teraz niech pan będzie cicho panie Becker. I niech mi pan znowu pomoże.
  Po kilku minutach Niśka siedziała już na świeżym powietrzu i pomagała wciągać podsadzanego przez Novaka Borisa na górę. Po chwili Becker leżał już na trawie obok Niśki, a Nole zgrabnie wyskoczył na zewnątrz.
- A co z Jonem?
- Niech tam zostanie.
- Bądź co bądź, to on rozwalił szybę... - Niśka sama nie wierzyła, że jest skłonna powiedzieć coś dobrego o Jonie.
Novak bez słowa, ale z wyraźnym niezadowoleniem na twarzy, wskoczył z powrotem do celi i zaczął się zastanawiać, jak można wyciągnąć stamtąd bezwładne stworzenie.
- Ma ktoś linę?
- Tak, zawsze noszę przy sobie linę, żeby móc wyciągać swoich znajomych przez okienka jakiegoś niemieckiego więzienia - odwdzięczyła się Niśka za wszystkie sarkazmy Novaka.
- To może byś tak poświęciła jakąś część swojego ubioru? - zapytał Becker z uwodzicielskim uśmiechem.
- Nie. Wy macie te dresy, jakby wam zimno było...
- No bo jest - przerwał jej Novak.
- Ale bez nich też wam nie będzie!
- Ty wiesz, ile taki dres kosztował?! Rozbieraj się! - wykrzyknął Nole i zdał sobie sprawę, jak dziwnie musiało to zabrzmieć.
- Ciekawe tylko, jak chcesz zrobić porządną linę z koszulki na ramiączkach i krótkich spodenek? - Niśka udała, że pedofilskie podteksty jej nie obchodzą.
- No to masz pewnie jeszcze na sobie coś więcej... - zasugerował Becker. - Nie no, żartowałem. Novak, zdejmuj ten dres!
Novak posłusznie ściągnął bluzę, z bólem serca przedarł ją i przywiązał do Jona.
- Za krótka!
W odpowiedzi Becker rzucił mu swoją bluzę.
- Nadal za krótka!
- Nie patrzcie się tak na mnie, nic wam nie dam.
Zrezygnowany Novak zdjął koszulkę, co u Niśki wywołało bardzo przyjemny dreszcz, i przywiązał ją do "liny".
- Mogłeś zdjąć spodnie - stwierdziła już trochę po fakcie Niśka. - Starczyłoby na więcej i nie musiał byś ich rozpruwać.
Novak pominął jej wypowiedź milczeniem i podał jej linę.
- Ciągnijcie i nie gadajcie.
- A może nam pomożesz?
- To nie trzeba go przytrzymywać czy coś?
- Może i trzeba... Ale my go sami nie wyciągniemy - stwierdził Becker.
Tak właśnie Niśka wylądowała z powrotem w celi, gdzie musiała pilnować, żeby zielony Jon nie obijał się za bardzo o ściany.
  Stworzenie zostało w ten sposób wyciągnięte na zewnątrz bardzo szybko i miało na sobie tylko kilka siniaków, które z zielenią komponowały się idealnie w kolorystykę Wimbledonu.W środku została jednak Niśka, a do jej podsadzania zgłosił się oczywiście Boris. Że Niśka ma niby taki fajny tyłek? Ciągnięta w górę przez Novaka i macana przez Beckera po pośladkach szybko znalazła się na trawie obok Jona. Do celi wskoczył znowu Novak, żeby podsadzić swojego trenera, w końcu wyszedł też sam i wszyscy oprócz Jona byli gotowi do drogi.
  - Co z nim zrobimy? - zapytał Becker, który, jak się okazało, najbardziej chciał zostawić biedne stworzenie na pastwę losu.
- Jak już go wyciągnęliśmy - tutaj Novak zrobił pauzę na znaczące spojrzenie się na Niśkę - to trzeba będzie go jakoś zabrać ze sobą.
- Słusznie - potwierdziła Niśka udając, że nie zauważa ani trochę złości w głosie swojego ukochanego tenisisty. Jon był więc ciągnięty przez półnagiego Novaka po trawie, betonie, znowu trawie i znowu betonie aż do płotu, za którym stał sobie jak gdyby nigdy nic samochód marzeń - Fiat Multipla.
- Ten samochód jest porzucony? - zapytał Becker dość retorycznie.
- A kto by chciał takim jeździć, panie Becker? Porzucony na pewno, nawet kluczyki i zapasowe opony obok leżą!
- To teraz trzeba tylko jakoś przejść przez ten płot z drutem kolczastym, tak?
- Na to wychodzi - odpowiedziała Niśka i głośno przełknęła ślinę.
  W tym czasie Novak zdążył już zasiąść za kierownicą Multipli i załadować Jona do bagażnika.
- Jak ty to tak...?
- Nie wiem jak wy, ale ja wyszedłem przez furtkę.
Zdumiona reszta zespołu szybko wybiegła poza obszar więzienia, wsiadła do Multipli i pojechała na Wimbledon. Byli nieświadomi tylko jednej ważnej sprawy, ale sami nie chcieliby jej sobie uświadamiać.





No i to tyle na dziś, komentowała dla państwa Niśka, bye!

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Droga na Wimbledon - część pierswsza

Witam!

Dzisiaj Niśka nie ma szczególnej weny na pisanie Jona, na polu leje, w Londynie też, nie ma żadnych meczów, na centralnym zasłaniają dach (pewnie już skończyli, ale mimo wszytko jeden kort z takim sobie meczem mi nie wystarczy), wolałabym porysować sobie komiksy o mądrościach mądrego konia, ale zamiast tego spróbuję porysować komiksy o Jonie. Spróbuję. I biorę się do roboty. Zacznę normalnym opowiadaniem.

  Jon nie był profesjonalnym kierowcą czołgu - mój dom może to potwierdzić. Chciał mimo wszystko dostać się na Wimbledon jak najszybciej i starał się z całych sił, reszta ekipy jednak nie doceniała jego starań.
  Po godzinie drogi, kiedy znajdowali się w okolicach Łodzi, Becker postanowił się w końcu odezwać.
- Panie Kowalsky, pan źle jedzie.
Cisza.
- Panie Kowalsky! Pan musi skręcić w stronę Anglii!
Cisza.
- Panie Kowalsky! - wrzasnął Boris do ucha Jona. - Tak nie dojedziemy na Wimbledon!
Cisza.
  Becker stwierdził, że Jon musi znać inną drogę i dał sobie spokój. Godzinę później był jednak zmuszony interweniować.
- Panie Kowalsky! - wrzasnął i gwałtownie potrząsnął Jonem.
- Tak?
- Pan źle jedzie!
- Wiem.
- To czemu pan nie zawraca?! Jesteśmy na Ukrainie!
- Jakiej znowu Ukrainie?! - do rozmowy w dość niemiły sposób włączył się Nole i również zaczął potrząsać Jonem, aż w końcu nawet go dusić.
- No właśnie! Co pan sobie myśli, panie Kowalsky?! - Boris popierał najwidoczniej Novaka i prawdę mówiąc nic dziwnego w tym nie było.
- Myślę, że pana ukochany Novak zaraz mnie udusi... - odpowiedziało stworzenie i zemdlało.
  Jon obudził się godzinę później, kiedy jakimś cudem czołg dojeżdżał już do granicy z Niemcami, cały pobity i poturbowany.
- Panie Kowalsky? Panie Kowalsky?! Chyba mnie nie słyszy... Panie Kowalsky?!!!
- Zostaw go Boris, jeszcze cię pobije...
- I kto tu kogo bije?!
- W sumie to ma trochę racji, Nole. Mogliśmy nie używać tych granatów...
W tym momencie do czołgu wkroczyła osoba mało tam spodziewana. Na głowie miała coś w rodzaju mopa, którym ktoś wcześniej wycierał kupę, na twarzy kawałek plastiku za ciężkie pieniądze, ubrana była w worek na ziemniaki, na nogach miała buty za kolejne ciężkie pieniądze i nie były to bynajmniej glany, ojcowie jego sławne bohatery, a imię jego czterdzieści i cztery... Do czołgu weszła Niśka ze swoim wałkiem do ciasta, żeby zrobić tam poważną rozróbę.
- Niśka! - wykrzyknął Jon i mocno ją przytulił. Wytarła się w Novaka i rozpoczęła swoją przemowę.
- Ja, Niśka Maria S., przybyłam tu po odszkodowanie za zniszczenie mojego domu, które jest mi winien zapłacić Jon Kowalski, kierujący obecnie tym czołgiem i nieumiejący nim kierować. Obecnie nie mam gdzie mieszkać i żądam równowartości mojej posiadłości w gotówce. Teraz.
  Jon zabrał Beckera (którego najwyraźniej uznał za przyjaciela i człowieka zaufanego) na bok.
- Panie Becker, ona jest złem!...
- To po co ją pan przytulasz, panie Kowalsky? - przerwał mu Boris.
- Bo kiedyś ją lubiłem... Ale tego jest za dużo! Ona mnie wyrzuciła z domu, zesłała na Syberię, a teraz jeszcze chce odszkodowania!
- Aha. Tak, tak, jasne, pa - Becker z uśmiechem schował telefon do kieszeni. - Żona dzwoniła. Co tam pan mówił, panie Kowalsky?
  W tym samym czasie Niśka postanowiła zabrać Novaka na drugi bok i wyznać mu swoją miłość.
- Czego ode mnie chcesz?
- Panie Djokovic, ja jestem pana wielką fanką!
- To świetnie. A teraz przepraszam, ale muszę nakarmić psa.
- Tutaj nie ma twojego psa, Novak...
- Skąd wiesz?
- Nie jestem ślepa...
- To na co ci okulary?
W tym jakże niezręcznym momencie zadzwonił niśkowy telefon, więc zadowolona poszła go odebrać gdzieś na trzecim boku.
  - Mówiłem, że ona jest złem! Panie Becker, ona jest złem w czystej postaci! Ona ma układy z szatanem! Ona słucha metalu!
- Metalu? Oby Rammsteinu, gdzie ona jest? - Becker skierował się na trzeci bok, gdzie Niśka prowadziła spokojną rozmowę z moim kotem, i szturchnął ją w ramię.
- Sorry kocie, muszę kończyć, pa. Słucham pana?
- Słuchasz metalu?
- Tak.
- Rammsteinu?
- Tak.
- Serio?
- Tak.
- A samochody lubisz?
- Tak.
- Ferrari na przykład?
- Tak.
- Możesz odpowiedzieć jakoś dłużej?
- Tak, oczywiście.
- To lubisz Porsche?
- Tak, oczywiście.
- Miśka!
- Jaka Miśka?! Ja mam na imię Niśka! Niś-ka! Tam jest "ny", żadne "my", tylko "ny"! Rozumiesz gościu?!
Przestraszony Becker udał się na drugi bok, gdzie siedział zdumiony moim zachowaniem Novak.
- To jest wariatka, tutaj trzeba przyznać Kowalsky'emu rację.
- Ależ Nole! Ona lubi samochody i metal! Czegoż chcieć więcej, kobieta-ideał!
- Za mały ma biust.
- Przyznasz chyba, że Marysia Sharapova ma nie większy, co? - to mówiąc Becker szturchnął Novaka z bardzo charakterystycznym dla wypowiadania takich zdań uśmiechem, co sprawiło, że Novak udał się na pierwszy bok, do Jona.
  - Odejdź ode mnie! - wrzasnął Jon na widok Novaka idącego w jego stronę. - Nie lubię cię!
- Wiem.
- To idź stąd!
Nole posłusznie oddalił się na czwarty bok, gdzie po chwili przyplątała się Niśka. Novak nie chciał z nią rozmawiać, więc odszedł na piąty bok. Ona poszła za nim. Poszedł na szósty bok - to samo. W końcu zaczęli się ganiać po całym czołgu.
- Możesz mnie przestać gonić, idiotko?!
- Tylko nie idiotko!
- To przestań mnie gonić! Choć i bez tego jesteś idiotką - dodał Novak ciszej, ale też na tyle głośno, żeby to usłyszała.
- A ja byłam twoją fanką! Myślałam, że jesteś miły i uprzejmy! - zdesperowana Niśka postanawia rozegrać jakąś dramatyczną scenę, żeby... w sumie to nie wiadomo po co, ale to już taka nieprzyjemna cecha Niśki.
- A to nie jestem?
- Jak by ci to powiedzieć, żeby cię nie urazić... No to może tak: nie.
Wściekły i smutny tenisista odszedł na bok numer n-ty, żeby zastanowić się nad swoim zachowaniem. Był to bardzo interesujący - i jakże skuteczny! - patent Beckera.
  Tymczasem czołg przemierzał spokojnie Niemiecką autostradę, blokując ruch początkowo tylko na niej, następnie na wszystkich połączonych z nią drogach, potem i w całych Niemczech, a na koniec w całej Europie. Policja nie mogła do nich dojechać, więc jechali dalej niczego nieświadomi. Dopóki na ich poszukiwania nie wyruszyły śmigłowce...
- Prosimy wszystkie osoby przebywające w czołgu w kolorze piłeczki tenisowej o wyjście na zewnątrz z podniesionymi rękami i o porzucenie wszelkiej broni! - odezwał się głos z nieba, wyglądało na to, że miał lekki katar.
- Panie Kowalsky! Co pan narobił?! - zdenerwował się Becker i potrząsnął Jonem.
- Ja? Nic! Ja teraz nie kieruję tym czołgiem!
- No racja... A kto kieruje?... Novak! Novak? Jak mogłeś nam to zrobić?!
- Moja to wina, że ten czołg tak powoli jedzie?!
- To mogłeś nie jechać autostradą!
- PROSIMY WSZYSTKICH O OPUSZCZENIE CZOŁGU. W PRZECIWNYM RAZIE BĘDZIEMY ZMUSZENI STRZELAĆ - zakatarzony pan odezwał się już bardziej stanowczo i załoga czołgu postanowiła się naradzić, a następnie wyjść z pojazdu.
- Niech pierwszy pójdzie ktoś znany! - zaproponowała Niśka. - Najlepiej Novak.
- Niech pierwszy pójdzie największy idiota! - zaproponował Becker i zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno będzie to Jon.
- Niech pierwszy pójdzie ten, kto nas najbardziej wyzywa od idiotów i wariatów! - zaproponowała z kolei Niśka.
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który nie rozumie, że jest idiotą!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który ma najbardziej ubogi zasób słownictwa!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który nie rozumie celowych powtórzeń!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który nie umie wymyślić nic sensownego na swoją obronę!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który próbuje bezsensownie przedłużać tę kłótnię!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który ją zaczął!
  Podczas gdy Niśka i Becker kontynuowali swoją kłótnię, Novak i Jon wyszli ostrożnie z czołgu.
- CZY W POJEŹDZIE ZNAJDUJE SIĘ KTOŚ JESZCZE? - zapytał Zakatarzony Pan.
- Tak - odpowiedział Novak, niepewny, czy ktoś go w ogóle usłyszał.
- DLACZEGO WIĘC NIE WYSZEDŁ?
- Aktualnie kłóci się z jakąś walniętą dziewczynką.
- CZYLI SĄ TAM DWIE OSOBY?
- Nie wiem, czy ta dziewczynka liczy się jako osoba...
W tym momencie Nole przewrócił się nieprzytomny po uderzeniu wałkiem do ciasta w głowę.
- CO SIĘ PANU STAŁO? - zapytał najbardziej troskliwie jak umiał Zakatarzony Pan.
- Ta wariatka walnęła go wałkiem do ciasta! - wykrzyknął Becker.
- Właśnie! - potwierdził Jon.
- Należało mu się! - stwierdziła Niśka.
- A KTO KIEROWAŁ TYM CZOŁGIEM?
- Novak! - odpowiedziała reszta ekipy chórem.
- ON I TA DZIEWCZYNKA LĄDUJĄ ZA KRATKAMI. NIE UKRYWAMY, ŻE CHCEMY ZAMKNĄĆ WAS WSZYSTKICH, WIĘC MUSIMY ZNALEŹĆ JAKIEŚ WASZE PRZEWINIENIA.
- On ciągle mnie wyzywa i mi grozi!
- A on rozwalił dom tej wariatki!
- TO ŚWIETNIE. ŁADUJCIE SIĘ WSZYSCY DO HELIKOPTERA.
  Wszyscy (oprócz Novaka, którego trzeba było wnieść) posłusznie weszli do helikoptera akurat wtedy, kiedy Zakatarzony Pan wydmuchiwał nos. Więc jednak miała katar!
- PROSIMY O ZAPIĘCIE PASÓW...
- Człowieku, mówże normalnie, bo mi już głowa pęka!
- Ach, dobrze, już. Więc prosimy o zapięcie pasów i życzymy miłej podróży. W jedną stronę... - dodał mrocznym głosem i kichnął.

CIĄG DALSZY NASTĄPI




No i to tyle na dziś, żegnam się z państwem, komentowała dla państwa Niśka, teraz czas na reklamy, a raczej na pójście spać... W każdym razie, bye!