Niestety, tak to już wyszło, że przed wyjazdem nie dałam rady dopisać Jona... Ale mam teraz pomysł na ciąg dalszy, więc w wolnym czasie powinnam go dopisać. Powinnam. Posta zaczynam pisać 19 sierpnia 2014 roku, ciekawe kiedy skończę...
Jest właśnie 8 października, a ja nadal nie znalazłam czasu na dokończenie podróży Multiplą. Stwierdziłam, że napiszę kilka zdań na odwal się... Nie, zmieniłam zdanie, Magda by mnie zabiła. No to w takim razie czekam dalej na znalezienie czasu.
Nie mam już tego pomysłu na ciąg dalszy, tak BTW. Ale muszę coś wymyślić... Dam radę!
Jest 31 grudnia, no kuźwa... Ale dzisiaj skończę!
Jon siedział chwilę na kamieniu. Dłuższą chwilę. W sumie to siedział tam kilka godzin, bo w tym czasie Jonas zdążył przerobić Multiplę na kuter, Novak zdążył kupić kuter, a Becker wsiąść do tegoż kutra. Jonem właściwie nikt się nie przejął, tak jak Jon nie przejął się nikim.
Myślał nad sensem życia. Nie znalazł go, więc zaczął myśleć o Niśce, ale po pierwszej sekundzie przestał - przecież o Niśce nikt nie myśli, ona jest forever alone. Rozpoczął więc rozmyślania o Genowefie, jego pierwszej prawdziwej i odwzajemnionej miłości. Nie wiedział, co się z nią w tamtej chwili działo... (spojler: Niśka zabiła ją za to, że była dziewczyną Jona; nie, Niśka nie kocha Jona, ona nie może znieść, że on miał kochającą dziewczynę, podczas gdy ona przez dość długi czas chodziła z rudym, który nigdy jej nie kochał, ale chciał być miły) Stwierdził, że to zbyt smutne, więc skończył myśleć (i tak myślał dużo jak na niego) i poszedł do reszty załogi, która była już w połowie kanału La Manche.
Chodzenie pod wodą nie jest proste, zwłaszcza kiedy trzeba wstrzymać oddech na kilka godzin i unikać ryb. Czego się jednak nie robi dla zapomnienia o straconej miłości? Odkrył jednak, że podczas tej wędrówki też myśli, więc zaczął liczyć ryby dookoła. W końcu wpadł na genialny pomysł: pojedzie na Wimbledon na rybie!
Jak pomyślał, tak też zrobił. Wskoczył na pierwszą lepszą rybę i popłynął. Sterowanie nie było proste, ryba nie była tak grzeczna jak kangur, ale zawsze lepsza od tej, która Jona kiedyś zjadła. W końcu jakoś udało mu się ją ujarzmić i dalszą część drogi przebyli dzikim rybim cwałem.
W pewnym momencie Jon ujrzał coś strasznego. Było czerwone i lekko przyrdzewiałe od wody morskiej. Miało cztery koła. Było, mówiąc krótko, Fiatem Multiplą, którą Jonas Fischer podróżował na Wimbledon.
Wspomniany tu Jonas Fischer nie miał zielonego pojęcia, po co płynie ledwo zipiącym najbrzydszym samochodem świata do Londynu na najbardziej prestiżowy turniej Wielkiego Szlema, który trwa już od tygodnia (*zakładamy, że jest lipiec, cicho). Przed nim płynął najlepszy tenisista świata wraz ze swoim powalonym trenerem, który i tak już nie miał możliwości wzięcia udziału w turnieju, a jednak po coś chciał się w tym Londynie znaleźć. Wszystko to nie mieściło się w jego mocno ograniczonym umyśle. A najgorszy był ten cały Jon. Jego po prostu nie dało się znieść. "Skąd się tacy ludzie, Scheiße, biorą? - myślał Fischer - Przecież nie da się być aż tak nienormalnym!"
Tymczasem Jon już wyprzedzał Multiplę, cały fioletowy z braku tlenu, i próbował nakłonić swoją rybę do wypłynięcia na powierzchnię. Matylda, bo tak ją nazwał, była dobrą rybą. W czasie podróży zaprzyjaźnili się, Jon nauczył się też trochę rybiego. Nie był to skomplikowany język, trzeba było tylko przyłożyć dużą wagę do akcentu.
Jonowi w końcu udało się wynurzyć. Zrobił to w dość nieodpowiednim miejscu, bo zaraz obok Multipli, w której przerażony Jonas dostał prawie że zawału. Jon momentalnie odfioletowiał i uśmiechnął się uprzejmie, choć nadal nieufnie, do Niemca.
- Scheiße, co ty tu robisz?! - wykrzyknął Jonas.
- Nazywam się Jon, nie Scheiße - odparł spokojnie Jon.
- Scheiße to niemieckie przekleństwo.
- Nie jestem niemieckim przekleństwem!
- Ale nie o to... Zresztą nieważne - westchnął zażenowany Jonas i w tym momencie zauważył, że dopłynął do Dover.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytało stworzenie rozglądając się dookoła.
- W Anglii.
- Po co?
- Sam nie wiem.
Nadeszła chwila rozstania Jona z Matyldą. Oboje byli bardzo smutni (a może Matylda tylko się wydawała smutna, w końcu była rybą), ale musieli się rozstać. Powiedzieli sobie po rybiemu "do widzenia" i Matylda odpłynęła w siną dal... nie wiadomo czemu w stronę lądu.
- Czemu ta ryba płynie na brzeg? - zapytał właściwie sam siebie Jonas.
- To jest Matylda! - oburzył się Jon.
- W takim razie czemu Matylda płynie na brzeg?
- Nie wiem... Matylda! Kochanie! Nie w tę stronę! - zaczęło wydzierać się stworzenie po rybiemu.
Matylda tymczasem leżała już brzuchem do góry na plaży i nie miała zamiaru zawracać. Była już martwa, ale Jon i tak pobiegł do niej i zaczął ją reanimować.
- Proszę pana, ta ryba jest martwa - zwrócił mu uwagę przypadkowy przechodzień.
- Wcale nie! Matylda będzie żyć! - krzyczał Jon i zaczął robić jej usta-usta, zdradzając w tym momencie Genowefę... nie, chwila, Genowefa też już była martwa... - Lekarza! Zawołajcie lekarza! - wydzierał się Jon.
Niestety nie został wysłuchany i Przypadkowy Przechodzień zadzwonił na policję. Chwilę później Jon i Jonas byli już na komisariacie - Jon za bycie szaleńcem, a Jonas za zanieczyszczenie wody zardzewiałą Multiplą.
- Ale panie władzo... - próbował tłumaczyć się Jonas.
- Nie ma tutaj zabawy, panie Fischer. Zostanie pan w areszcie dopóki sąd nie rozpatrzy pana sprawy.
- Ale panie władzo...
W tym samym czasie Novak dobiegł już do kortu głównego i okazał strażnikowi plakietkę.
- Panie Djokovic, czemu pana nie było wcześniej? I czemu jest pan ubrany jak emo?
- To długa historia, kto gra w finale?
- Dimitrov i Nadal.
- Nadal?! O nie, nie, nie! Ja tam zaraz idę!
- Ale panie Djokovic! Proszę się uspokoić!
Novak nie miał jednak zamiaru słuchać strażnika ani nikogo innego. Skierował się prosto do szatni i jednym ciosem powalił Rafę Nadala na ziemię. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Zapewne z zazdrości. Sekundę później sam leżał na ziemi uderzony przez wujka Rafy, a 5 sekund później wujek Rafy poległ od ciosu Grigora Dimitrova.
- Za co to?! - oburzył się wujek Rafy.
- Za bicie przyjaciela mojej dziewczyny!
- Aha.
- Co tu się wyrabia?! - wykrzyknął strażnik łapiąc się za głowę. - Proszę natychmiast wstać, przeprosić się nawzajem i panów grających zapraszam już na kort!
Zawodnicy udali się posłusznie na kort, a reszta została odprowadzona na komisariat.
- O nie, to znowu ten Niemiec i to coś! - zawołał załamany Becker zamiast powiedzieć "dzień dobry".
- Panie Becker, my się już widzieliśmy chyba, nieprawdaż? - zapytał policjant najbardziej denerwującym głosem na jaki go było stać.
- Owszem, ale nie rozumiem, dlaczego widzimy się znowu.
- Bo pobił pan... Kogo on pobił?
- Nikogo - odpowiedzieli zgodnie wszyscy obecni na komisariacie.
- To co on tu robi? Weźcie go stąd, tych co się bili zamknijcie w więzieniu i dajcie mi święty spokój - komisarz miał już wyraźnie dość, więc jego podwładni tylko grzecznie wykonali jego rozkazy.
W ten oto sposób Becker i Novak znowu znaleźli się za kratami, tym razem bez Niśki. Gdzie była Niśka - tego nie wiedział nikt. Oprócz Niśki. Jako że Niśka pisze to opowiadanie, jest zmuszona napisać, gdzie w tym momencie była.
No więc Niśka była w Londynie. Dotarła tam promem dzięki uprzejmości jego kapitana. Za darmo. Następnie autostopem do samego miasta, a po mieście przemieszczała się pieszo. Dowiedziała się o aresztowaniu Novaka i Beckera dość szybko, a jako że był jej ukochanym tenisistą, postanowiła go jakoś uratować.
Była to ciemna, bezksiężycowa noc. Niśka w bojowym nastroju skradała się do więzienia. Wymalowała sobie twarz na czarno węglem, który ukradła jakiemuś ulicznemu artyście i potargała swoje ubranie (to akurat przechodząc przez krzaki, ale ciii). Tak przygotowana zbliżyła się do murów oplecionych starannie drutem kolczastym. Nie miała pojęcia jak przejdzie przez ten mur ani jak znajdzie celę Novaka. Zdecydowała się więc na klasyczny podkop łyżką do zupy, którą znowuż ukradła z restauracji.
W tym samym czasie Novak i Becker robili taki sam podkop, ale zamiast łyżki mieli widelce. Po tygodniu zdążyli dokopać się do fundamentów więzienia i zaczęli wydłubywać z nich cegły. Po następnym tygodniu udało im się zrobić na tyle dużą dziurę w fundamencie, żeby przez nią przejść i kopać dalej. Następny tydzień spędzili na kopaniu w górę i w końcu udało im się ujrzeć światło. Było to światło latarki ochroniarza.
- Co wy tu...
Strażnik nie zdążył dokończyć, bo został ogłuszony łyżką przez Niśkę, która sama przed chwilą skończyła podkop.
- Po raz pierwszy się cieszę, że widzę tę idiotkę! - wykrzyknął uradowany Novak.
- Ja się jeszcze cieszyłem jak widziałem ją pierwszy raz, fajna laska w sumie - dodał Becker.
- Możecie łaskawie uciekać, a nie zastanawiać się nad moją atrakcyjnością?
- Ej, tym razem nie mogłem cię złapać za tyłek... Wracamy do celi, niech nas wyciąga!
- A jaki to ma związek z jej tyłkiem?
- Właściwie żaden... Uciekamy!
Becker po uświadomieniu sobie bolesnej prawy w kilka sekund znalazł się po drugiej stronie płotu, nie korzystając nawet z niśkowego tunelu i kalecząc się na płocie. Niśka i Novak skorzystali kulturalnie z podkopu.
- Jak ty tu weszłaś nie zdobywając poważnych obrażeń? - zapytał Becker Niśkę, najwyraźniej nie widząc skąd wyszła.
- Zrobiłam podkop łyżką - odpowiedziała spokojnie, w duchu jednak ubolewała nad jego głupotą.
- Łyżką?! A my to widelcami musieliśmy!
- No! I musieliśmy przetrwać miesiąc nie jedząc zupy! - dodał jeszcze bardziej zbulwersowany od swojego trenera Novak.
W tym czasie Varg Leitenheiternneman zanosił do celi Novaka i Borisa cotygodniową porcję zupy.
- Kucharz się stara a im i tak nie pasuje... Zadzierają z prawem, a jacy wybredni! - myślał na głos zjadając porcję sprzed tygodnia, która stała w celi.
Varg był dość biednym Norwegiem, który szukał pracy za granicą. W kraju mógłby być profesorem na uniwersytecie, ale stwierdził, że stać go na coś lepszego. Tak został roznosicielem zupy w więzieniu.
- Tu jest dziura! - zauważył Varg wchodząc głębiej do celi. - I nie ma więźniów!
Norweg bez zastanowienia wskoczył do dziury. Po drugiej stronie zobaczył nieprzytomnego ochroniarza, nie zwrócił jednak na niego większej uwagi, bo ujrzał coś ciekawszego - kolejny podkop.
- Nie podstawili nam teraz Multipli, macie kasę na bilet autobusowy? - zapytała Niśka.
- Nie. A ja mam jeszcze pytanie, nie ratujemy tych dwóch dziwaków? - zapytał Nole okazując niewyobrażalną troskę, której po pierwsze nie można się spodziewać po nim, a tym bardziej jeśli chodzi o Jona. O Jona troszczyła się tylko Genowefa.
- Znając Jona, wyjdą sami jakimś magicznym sposobem - stwierdziła Niśka.
- A ja mam takie małe pytanko - odezwał się Becker. - Który z nich to Jon?
- Ten głupszy. W koszulce One Direction.
- Słucha rocka, to nie taki głupi!
- Chryste... - westchnęła Niśka i poszła zbierać pieniądze na bilet samolotowy do Warszawy.
- O co jej chodzi?
- Nie wiem, chodźmy uratować tego Jona czy jak mu tam.
Pierwszy tunelem szedł Novak, za nim podążał Becker.
- Aaaaaaaaa! - krzyknął Varg.
- Aaaaaaaaa! - krzyknął Nole.
- Kim pan jest? - zapytał przerażony Norweg.
- Novak Djokovic.
- Matko! Jestem wielkim fanem! Mogę prosić autograf?
- Nie. Kim pan w ogóle jest?
- Pana fanem.
- A nazwisko pan ma?
- No mam.
- A jakie? - dopytał Novak po dłuższej chwili milczenia.
- Leitenheiternneman. Varg Leitenheiternneman.
- Miło mi, panie Lajten-coś tam. Gdzie pan idzie?
- Śladami zbiegłych więźniów.
- Yyy...
- Wy nimi jesteście?
- No tak...
- Zupa wam nie smakowała?
- Jaka zupa?
- Dostawialiscie zupę co tydzień.
- Co?! Boris, zwracamy. Czuję się oszukany.
- Mogę iść z wami? - spytał ostrożnie Varg.
- Nie wiem po co, ale chodź pan.
Niedługo potem cała trójka stała pod murem i zastanawiali się co robić. Novak i Becker byli zbiegłymi więźniami i powinni się ukrywać (nie wzięli pod uwagę, że ich kara właśnie minęła). Varg powinien być w pracy.
- Ucieknijmy do mojej rodzinnej Norwegii! - zasugerował Varg.
- Czemu tam?
- Bo tak.
Niśka jako uliczna artysta szybko zarobiła na bilet. Niestety na lotnisku okazało się, że wystarczy tylko na bilet do Norwegii. "Blisko Szwecji - pomyślała Niśka - jedziem tam!".
- Możemy udawać twój bagaż? - zapytał ją Novak.
- Co?
- Chcemy się dostać do Norwegii i nie mamy pieniędzy. Możemy udawać Twój bagaż.
- Zarobiłam na bilet w pół godziny rysując portrety japońskich turystów. Udawajcie zespół muzyczny i też sobie zróbcie.
- Toż to genialny pomysł!
Chwilę później cała trójka bawiła się w zespół black metalowy na ulicy.
- Może by tak stąd uciec? - zaproponował Jon Jonasowi. Ich kara kończyła się dzień później.
- Dobry pomysł. Ale najpierw niech nam dadzą zupę.
- Hej, panie strażniku, dostaniemy dziś zupę?
- Varg, gdzie zupa? - krzyknął strażnik w głąb korytarza. - Varg!
Strażnik poszedł szukać roznosiciela zupy w celi Novaka i Borisa. Zamiast tego znalazł dziurę. Poszedł śladem drogich perfum tenisisty i niedługo trafił za ogrodzenie więzienia. Idąc dalej śladem perfum trafił w miejsce, gdzie black metalowe trio dawało nieudolny koncert. Zapach perfum prowadził go na lotnisko, więc tylko wrzucił pieniążek do puszki i poszedł dalej.
Dzięki datkowi strażnika zespół mógł już kupić bilety. Zwinęli cały swój kram i pobiegli kupić bilety. Godzinę później lecieli już do Norwegii siedząc obok wielce nieszczęśliwej z tego względu Niśki.
Tymczasem Jon i Jonas przeciskali się przez kraty. Jonowi szło to znacznie lepiej i po godzinie została mu tylko głowa. Ściągnął mocno mózg i chwilę później był wolny. Jonas nie miał tak łatwo, więc Jon otworzył zamek używając palca zamiast klucza i otworzył Niemcowi drzwi od celi.
- To co robimy?
- Chodźmy na zupę! - zakomendował Jonas i udał się za zapachem jedzenia. Jon podążył za nim.
W kuchni nie zastali nikogo poza zupą. Zabrali garnek ze sobą i wrócili do celi. Po drodze zobaczyli dziurę u Novaka.
- To podkop czy kretowisko? - zapytał Jon. - Boję się kretów...
- Podkop idioto, wchodź tam i nie marudź.
Po wydostaniu się poza teren więzienia zjedli trochę zupy i udali się za zapachem perfum Novaka.
- Nie mamy pieniędzy na samolot, jak możemy inaczej się dostać do Norwegii? - zapytał Niemiec.
- Popłyńmy na rybie - Jon otarł łzy na wspomnienie Matyldy - Za dwa dni będziemy na miejscu.
- Ale...
Nie było jednak czasu na "ale", rozpoczęła się najwieksza podróż w życiu Jonasa. Nie wiedział po co ma jechać akurat do Norwegii, ale zapach perfum tenisisty wyraźnie mu to podpowiadał. Postarał się przezwyciężyć strach i poszedł za Jonem nad morze.
Niestety bez obrazków, będą później, za to macie tu moje selfie z Jonem. Ciąg dalszy o Jonie w Norwegii też będzie. Może nawet szybko. Na razie jednak się żegnam, komentowała dla państwa Niśka.












