Witam!
Dzisiaj przybywam z kolejnym rozdziałem, który ma wyjaśnić kilka spraw w temacie Jona. Może i nie mam czasu na pisanie, ale gdyby pewna osoba (nie będę wymieniać z nazwiska, bo go nie znam) miała mi zrobić jakąś krzywdę lub na złość mi zepsuć mój plan w naszych tajnych działaniach... <powyższe zdanie zostaje z mojego rozkazu objęte cenzurą, również dla wymienionej w nim osoby>
Rozdział... yyy... znaczy, no... który to rozdział?
Kiedy Genowefa opuściła moje skromne domostwo, Jon zaczął odzyskiwać świadomość. Niestety... Zasmucona tym faktem udałam się do kuchni w celu dokończenia kolacji, wyprowadziłam Jona i Kota na pole, a potem dałam im jeść. Choć właściwie tylko Jon jadł na polu, Kota się tak źle nie traktuje.
Noc w obawie przed Szirem Jon spędził na drzewie, które przewróciło się rano pod jego ciężarem. I tak wcześniej czy później musiało się to stać, a teraz mogło dodatkowo przygnieść Jona. Ta wspaniała informacja wystarczyła, żebym zbiegła na dół i sprawdziła, czy mi się to nie śniło.
Niestety śniło się tylko w połowie, bo fakt - drzewo leżało na ziemi, a pod nim leżał Jon, ale był żywy. Nie miałam zamiaru go stamtąd wyciągać, więc poszłam zjeść spokojnie śniadanie. Po posiłku postanowiłam jednak iść do sąsiada, żeby może coś z tym zrobił. I ewentualnie wyciągnął Jona spod drzewa.
Sąsiad przyszedł z piłą i o mało nie pokroił Jona, nie patrząc na to, gdzie tnie. Na nieszczęście Jon znowu przeżył (czyżby miał życia jak koty?) i jakoś wygrzebał się ze stosu połamanych gałęzi.
- Wyprowadzam się - oświadczył i poszedł do domu.
- Wyprowadzasz się z pola do domu?
- Nie, ja tylko idę po swoje pamiątki.
- Tylko tak się składa, że twoje pamiątki już pewnie dawno zostały sprzedane jakimś dzieciom, których nie stać na własną wyprawę za granicę.
Jon miał łzy w oczach. Trudno, trzeba było nie kupować tyle badziewia, to by się nie miało tyle do stracenia. Zapłakane stworzenie zabrało więc tylko swoją torbę Wilsona i poszło w świat. Daleko jednak nie zaszło, bo nie umiało otworzyć furtki.
Postanowiłam być dla niego miła i mu otworzyć, zorientowałam się jednak w porę, że należałoby to uzgodnić z jego kuratorem. Wykonałam więc szybki telefon i dostałam odpowiedź. Zadowolona z niej być nie mogłam, bo od tego czasu Jon miał zajmować kanapę w moim pokoju.
Poszłam do łazienki zwymiotować i wróciłam do ogrodu, żeby podziękować sąsiadowi i przedstawić Jonowi rozporządzenie kuratora. Miałam cichą nadzieję, że się na mnie tak bardzo obraził, że nie będzie się chciał z powrotem wprowadzić do domu.
Oczywiście było całkowicie odwrotnie, 18,(3)-latek bardzo chętnie ulokował się w moim pokoju i zajął sobie miejsce w szafie. Moja ulubiona koszulka została przykryta jego workiem na ziemniaki, który nazywał piżamą, a na świeżo wypranych dżinsach ułożył swoją torbę.
Teraz nie umiałam się powstrzymać i w końcu go walnęłam. Ciężko sobie wyobrazić, jak wielką ulgę mi to przyniosło! Ale przypomniałam sobie słowa kuratora i żeby samej nie znaleźć się pod jego opieką, postanowiłam być dla Jona miła i wyrozumiała. Przygotowałam więc dla niego pościel i jakieś miejsce w szafie (przy okazji zabierając swoje rzeczy gdzie indziej, a niektóre do prania).
Wszystko było świetnie aż do wieczora, kiedy się okazało, że Jon boi się ciemności i lampek nocnych. Kiedy miałam już kazać mu się wynosić, postanowiłam pokazać mu, że za oknem jest latarnia.
- Ale to jak lampka nocna - stwierdził Jon.
Starając się nie wybuchnąć zasunęłam rolety, które nie powodowały w pokoju ciemności, a z drugiej strony nic nikomu nie świeciło. Zadowolony Jon położył się spać.
Miałam już nadzieję na pierwszą dobrze przespaną noc, ale tradycyjnie musiało się coś wydarzyć. Tym razem wszystko było winą Kota, który postanowił przetestować kanapę jako miejsce do spania. Ja nietrudno się domyślić, Jon podskoczył z przerażenia i próbował wyskoczyć przez okno, ale na szczęście nie udało mu się przebić przez roletę.
Nie miałam najmniejszej ochoty na prezentowanie kolejnego wykładu o tym, że koty są milutkie, więc zaprosiłam drapieżne zwierzę do siebie i poszliśmy spać. Kot jak to Kot musiał postawić na swoim i przez całą noc musiałam pilnować, żeby nie poszedł na kanapę. Trochę by mi było szkoda tych rolet...
Jestem z siebie dumna, udało mi się skończyć na drugi dzień. Rozdział raczej taki sobie, ale nie mam szczególnej ochoty go poprawiać, na razie się żegnam, bye!

Yyy... cenzura nie działa. xD
OdpowiedzUsuńW każdym razie masz czas czy nie masz nie jest tutaj ważne. Ja potrzebuje czegoś abym mogła się roześmiać (np. dzwonienie do kuratora czy można otworzyć furtkę) i czegoś do rozmyślania (jakim cudem Jon siedząc na drzewie znalazł się pod nim gdy drzewo przewrocilo sie?).
Tak w ogóle rozdział jak zwykle super. Czekam na następny. :)
Wczoraj na przykład czasu nie miałam, toteż jak widać nie miałaś się z czego śmiać i nad czym się zastanawiać. Dzisiaj też raczej nie będzie...
UsuńCo do rozważania o Jonie i drzewie, to przecież na nim spał i je przeważył, więc spadło na niego. Zresztą to moja logika. XD
Yyy... no fakt w sumie jak spał na gałęzi to teoretycznie drzewo mogło po części spaść na niego... Niezłe... xD
UsuńPracuję na piątkę z fizyki, więc wiesz... xD
UsuńHaha... Ja na fizykę muszę zrobić siłomierz. Ta szkoła jest dziwna...
UsuńU mnie w szkole zrobienie siłomierza jest dla osób chętnych. xD
UsuńDzisiaj dowiedziałam się, że jutro nasza pani od fizyki niestety nie będzie mogła przyjść do szkoły... Jaka szkoda... Kiedy następny rozdział?
UsuńPostaram się dzisiaj, choć nie mam weny i ochoty, a jeszcze całe tony papieru muszę zmarnować na zadania z matmy.
Usuń