Witam!
Nie było mnie tu dość długo i bardzo mi przykro z tego powodu (naprawdę mi przykro, choć pewnie ciężko w to uwierzyć). Na szczęście znalazłam chwilę czasu i postanowiłam napisać wreszcie kolejny rozdział, który, jak i kilka poprzednich, nie ma numeru.
Rozdział bez numeru
- Weź pan mi to wytłumacz jeszcze raz, nie rozumiem tego - powiedział hippis po kilkugodzinnym wykładzie Jona.
- Zrozumie pan podczas gry.
- Mam nadzieję, bo inaczej możesz się pan wynosić z obejścia.
Przestraszony tą groźbą Jon szybko pobiegł po rakiety i przy okazji omówił prawidłowy chwyt oraz pozycję do serwisu. O dziwo hippis coś zrozumiał i już w lepszym humorze zajął swoje miejsce na korcie. Rozpoczęła się pasjonująca rozgrywka... znaczy raczej coś beznadziejnego, na co brak mi niestety określenia.
Jon zaserwował pierwszy, żeby pokazać hippisowi, jak to się robi. Hippis odbił forhendem i od razu wbił Jonowi winnera. Jon miłym tenisowym zwyczajem przybił mu brawo i zaserwował po raz drugi, tym razem asa. Niezadowolony hippis powiedział sobie kilka niemiłych słów pod nosem i zabrał się za swój serwis. Na początek zrobił dwa podwójne błędy serwisowe, potem trochę się poprawił i udało im się trochę pograć.
Ogólnie nie wyglądało to najgorzej i Jon zaczynał się dziwić swojemu chlebodawcy, a właściwie rybodawcy, że tak dobrze mu idzie już w pierwszym meczu.
- Słuchaj no pan, jak tu jeszcze była telewizja, to oglądałem mecze tego no... jak mu tam... a! Roda Lejwera!
- Ale to musiało być dawno... Wtedy w ogóle była telewizja?
- Panie, ja wtedy w Ameryce mieszkałem, tam wszystko było.
- To dlaczego pan mieszka teraz tutaj?
- Nie interesuj się pan, bo pan z mieszkania wylecisz.
- Ale ja się tylko pytam...
- No to wyleciałeś pan z mieszkania.
- Ale proszę pana! Gdzie ja teraz się podzieję? Co ja ze sobą zrobię? Czy pan myśli, że biednemu tenisiście zesłanego przez złych ludzi na Syberię jest łatwo sobie tu poukładać życie?! - wykrzykiwał Jon językiem literackim, szkoda że wcześniej tak nie umiał...
- A bo ja to wiem... Ja przyjechałem sam i sobie wszystko poukładałem.
- Ale ja tu nie chciałem przyjechać!
- To wracaj pan do domu!
- Niby jak? Do pociągu mi nie wolno, tramwaju nie ma, nie mówiąc już o samolocie! I nawet pamiątek się nie da kupić, bo nie ma!
- Czegoś się tu pan spodziewał? Nowoczesnego dworca z pociągami pędzącymi z prędkością światła?!
- Tak!
- To masz pan problem, bo jesteś pan w Rosji, a w Rosji jest dziwnie.
- Jak bym nie zauważył... To ja sobie idę. Do widzenia!
- A idź pan! Do niewidzenia!
Jon zabrał torbę ze sprzętem i zapadając się w zaspy podążył w stronę cywilizacji - na zachód, a przynajmniej on tak sądził. Niestety się pomylił i po chwili zauważył, że szedł w miejscu. Wyruszył więc po raz drugi, tym razem sprawdzając, czy na pewno się porusza.
Po kilku dniach drogi doszedł do granicy z Kazachstanem. Z geografią miał jednak większe problemy... Postanowił ją przekroczyć i poszukać jakiegoś środka transportu, z którego będzie mógł skorzystać jadąc do domu. Pieniędzy nie miał za dużo, starczyło mu więc jedynie na rower-składak kupiony od jakiegoś starca na targu. Właściwie otrzymał go za piłkę tenisową, więc zostały mu jeszcze pieniądze na prowiant, którego trochę mu było potrzebne. Na straganie zakupił 5 kilo papryczek chilli i 5-litrową butlę z wodą utlenioną na popicie - na więcej mu nie starczyło.
Przygotowany do drogi Jon wyruszył w podróż na rowerze, z torbą z rakietami na plechach i koszem z żywnością na głowie. Wyglądało to cokolwiek zabawnie, zwłaszcza kiedy kosz spadał mu z głowy albo rower się psuł i musiał się co chwilę zatrzymywać. Pozostał jednak nieustraszony i pedałował zawzięcie, aż zrobił się głodny.
Ponieważ jego droga miała być dość długa, musiał oszczędzać żywność. Postanowił więc wziąć z kosza jedną papryczkę i podgryzać ją po drodze. Plan oczywiście nie wypalił... Choć w innym znaczeniu wypalił: wypalił Jonowi język. Przerażone stworzenie szybko sięgnęło po butlę z wodą i wypiło ją całą, pozbawiając się tym samym szans na przeżycie.
No to tyle na dziś i następne kilka tygodni, żegnam się, bye!

Na nastepne kilka tygodni?! Żartujesz sobie ze mnie, prawda? Powiedz, że ze mnie żartujesz. xD
OdpowiedzUsuń"Rozpoczęła się pasjonująca rozgrywka... znaczy raczej coś beznadziejnego, na co brak mi niestety określenia." może kupić ci na Gwiazdkę słownik synonimów słowa "beznadziejny"?
Doszłam do wniosku, że pan Hipis byl nieuczciwy... Jon nauczył go grać w tenisa, a on i tak go z domu wyrzucił! Ale on od początku mi się podejrzany wydawał... xD
Czekam z niecierpliwością na następny rozdział.
P.S. Ja, jako stworzeni całkowicie pozbawione jakiejkolwiek wiedzy o komputerze, proszę ciebie Niśko o pomoc w rozwiązaniu zagadki pod kryptonimem "Jak do cholery mogę... to... ustawić żeby informowało mnnie o nowym poście?" (przepraszam za słowa "cholera", ale było ono niezbędne do opisania mojego rozdrażnienia delikatnie mówiąc zaistniałą sytuacją xD)
To chyba Ty żartujesz! XD
UsuńChodzi mi o coś tak beznadziejnego, że nie określą tego żadne epitety. To coś jak... jak mecz dwóch Hiszpanów z końca pierwszej setki rankingu. XD
Hippisi są dziwni, czego się spodziewałaś? Poza tym potrzebny był zwrot akcji.
P.S.
Mimo że użyłaś takiego a nie innego słowa, to i tak nie jestem w stanie Ci pomóc, bo na blogerze znam się jeszcze gorzej od Ciebie. XD
Niiiiśkaaa! Jesteś moją ostatnią... wróć byłaś moją ostatnią nadzieją... xD
UsuńTak mi przykro... xD
Usuń