poniedziałek, 30 czerwca 2014

Droga na Wimbledon - część pierswsza

Witam!

Dzisiaj Niśka nie ma szczególnej weny na pisanie Jona, na polu leje, w Londynie też, nie ma żadnych meczów, na centralnym zasłaniają dach (pewnie już skończyli, ale mimo wszytko jeden kort z takim sobie meczem mi nie wystarczy), wolałabym porysować sobie komiksy o mądrościach mądrego konia, ale zamiast tego spróbuję porysować komiksy o Jonie. Spróbuję. I biorę się do roboty. Zacznę normalnym opowiadaniem.

  Jon nie był profesjonalnym kierowcą czołgu - mój dom może to potwierdzić. Chciał mimo wszystko dostać się na Wimbledon jak najszybciej i starał się z całych sił, reszta ekipy jednak nie doceniała jego starań.
  Po godzinie drogi, kiedy znajdowali się w okolicach Łodzi, Becker postanowił się w końcu odezwać.
- Panie Kowalsky, pan źle jedzie.
Cisza.
- Panie Kowalsky! Pan musi skręcić w stronę Anglii!
Cisza.
- Panie Kowalsky! - wrzasnął Boris do ucha Jona. - Tak nie dojedziemy na Wimbledon!
Cisza.
  Becker stwierdził, że Jon musi znać inną drogę i dał sobie spokój. Godzinę później był jednak zmuszony interweniować.
- Panie Kowalsky! - wrzasnął i gwałtownie potrząsnął Jonem.
- Tak?
- Pan źle jedzie!
- Wiem.
- To czemu pan nie zawraca?! Jesteśmy na Ukrainie!
- Jakiej znowu Ukrainie?! - do rozmowy w dość niemiły sposób włączył się Nole i również zaczął potrząsać Jonem, aż w końcu nawet go dusić.
- No właśnie! Co pan sobie myśli, panie Kowalsky?! - Boris popierał najwidoczniej Novaka i prawdę mówiąc nic dziwnego w tym nie było.
- Myślę, że pana ukochany Novak zaraz mnie udusi... - odpowiedziało stworzenie i zemdlało.
  Jon obudził się godzinę później, kiedy jakimś cudem czołg dojeżdżał już do granicy z Niemcami, cały pobity i poturbowany.
- Panie Kowalsky? Panie Kowalsky?! Chyba mnie nie słyszy... Panie Kowalsky?!!!
- Zostaw go Boris, jeszcze cię pobije...
- I kto tu kogo bije?!
- W sumie to ma trochę racji, Nole. Mogliśmy nie używać tych granatów...
W tym momencie do czołgu wkroczyła osoba mało tam spodziewana. Na głowie miała coś w rodzaju mopa, którym ktoś wcześniej wycierał kupę, na twarzy kawałek plastiku za ciężkie pieniądze, ubrana była w worek na ziemniaki, na nogach miała buty za kolejne ciężkie pieniądze i nie były to bynajmniej glany, ojcowie jego sławne bohatery, a imię jego czterdzieści i cztery... Do czołgu weszła Niśka ze swoim wałkiem do ciasta, żeby zrobić tam poważną rozróbę.
- Niśka! - wykrzyknął Jon i mocno ją przytulił. Wytarła się w Novaka i rozpoczęła swoją przemowę.
- Ja, Niśka Maria S., przybyłam tu po odszkodowanie za zniszczenie mojego domu, które jest mi winien zapłacić Jon Kowalski, kierujący obecnie tym czołgiem i nieumiejący nim kierować. Obecnie nie mam gdzie mieszkać i żądam równowartości mojej posiadłości w gotówce. Teraz.
  Jon zabrał Beckera (którego najwyraźniej uznał za przyjaciela i człowieka zaufanego) na bok.
- Panie Becker, ona jest złem!...
- To po co ją pan przytulasz, panie Kowalsky? - przerwał mu Boris.
- Bo kiedyś ją lubiłem... Ale tego jest za dużo! Ona mnie wyrzuciła z domu, zesłała na Syberię, a teraz jeszcze chce odszkodowania!
- Aha. Tak, tak, jasne, pa - Becker z uśmiechem schował telefon do kieszeni. - Żona dzwoniła. Co tam pan mówił, panie Kowalsky?
  W tym samym czasie Niśka postanowiła zabrać Novaka na drugi bok i wyznać mu swoją miłość.
- Czego ode mnie chcesz?
- Panie Djokovic, ja jestem pana wielką fanką!
- To świetnie. A teraz przepraszam, ale muszę nakarmić psa.
- Tutaj nie ma twojego psa, Novak...
- Skąd wiesz?
- Nie jestem ślepa...
- To na co ci okulary?
W tym jakże niezręcznym momencie zadzwonił niśkowy telefon, więc zadowolona poszła go odebrać gdzieś na trzecim boku.
  - Mówiłem, że ona jest złem! Panie Becker, ona jest złem w czystej postaci! Ona ma układy z szatanem! Ona słucha metalu!
- Metalu? Oby Rammsteinu, gdzie ona jest? - Becker skierował się na trzeci bok, gdzie Niśka prowadziła spokojną rozmowę z moim kotem, i szturchnął ją w ramię.
- Sorry kocie, muszę kończyć, pa. Słucham pana?
- Słuchasz metalu?
- Tak.
- Rammsteinu?
- Tak.
- Serio?
- Tak.
- A samochody lubisz?
- Tak.
- Ferrari na przykład?
- Tak.
- Możesz odpowiedzieć jakoś dłużej?
- Tak, oczywiście.
- To lubisz Porsche?
- Tak, oczywiście.
- Miśka!
- Jaka Miśka?! Ja mam na imię Niśka! Niś-ka! Tam jest "ny", żadne "my", tylko "ny"! Rozumiesz gościu?!
Przestraszony Becker udał się na drugi bok, gdzie siedział zdumiony moim zachowaniem Novak.
- To jest wariatka, tutaj trzeba przyznać Kowalsky'emu rację.
- Ależ Nole! Ona lubi samochody i metal! Czegoż chcieć więcej, kobieta-ideał!
- Za mały ma biust.
- Przyznasz chyba, że Marysia Sharapova ma nie większy, co? - to mówiąc Becker szturchnął Novaka z bardzo charakterystycznym dla wypowiadania takich zdań uśmiechem, co sprawiło, że Novak udał się na pierwszy bok, do Jona.
  - Odejdź ode mnie! - wrzasnął Jon na widok Novaka idącego w jego stronę. - Nie lubię cię!
- Wiem.
- To idź stąd!
Nole posłusznie oddalił się na czwarty bok, gdzie po chwili przyplątała się Niśka. Novak nie chciał z nią rozmawiać, więc odszedł na piąty bok. Ona poszła za nim. Poszedł na szósty bok - to samo. W końcu zaczęli się ganiać po całym czołgu.
- Możesz mnie przestać gonić, idiotko?!
- Tylko nie idiotko!
- To przestań mnie gonić! Choć i bez tego jesteś idiotką - dodał Novak ciszej, ale też na tyle głośno, żeby to usłyszała.
- A ja byłam twoją fanką! Myślałam, że jesteś miły i uprzejmy! - zdesperowana Niśka postanawia rozegrać jakąś dramatyczną scenę, żeby... w sumie to nie wiadomo po co, ale to już taka nieprzyjemna cecha Niśki.
- A to nie jestem?
- Jak by ci to powiedzieć, żeby cię nie urazić... No to może tak: nie.
Wściekły i smutny tenisista odszedł na bok numer n-ty, żeby zastanowić się nad swoim zachowaniem. Był to bardzo interesujący - i jakże skuteczny! - patent Beckera.
  Tymczasem czołg przemierzał spokojnie Niemiecką autostradę, blokując ruch początkowo tylko na niej, następnie na wszystkich połączonych z nią drogach, potem i w całych Niemczech, a na koniec w całej Europie. Policja nie mogła do nich dojechać, więc jechali dalej niczego nieświadomi. Dopóki na ich poszukiwania nie wyruszyły śmigłowce...
- Prosimy wszystkie osoby przebywające w czołgu w kolorze piłeczki tenisowej o wyjście na zewnątrz z podniesionymi rękami i o porzucenie wszelkiej broni! - odezwał się głos z nieba, wyglądało na to, że miał lekki katar.
- Panie Kowalsky! Co pan narobił?! - zdenerwował się Becker i potrząsnął Jonem.
- Ja? Nic! Ja teraz nie kieruję tym czołgiem!
- No racja... A kto kieruje?... Novak! Novak? Jak mogłeś nam to zrobić?!
- Moja to wina, że ten czołg tak powoli jedzie?!
- To mogłeś nie jechać autostradą!
- PROSIMY WSZYSTKICH O OPUSZCZENIE CZOŁGU. W PRZECIWNYM RAZIE BĘDZIEMY ZMUSZENI STRZELAĆ - zakatarzony pan odezwał się już bardziej stanowczo i załoga czołgu postanowiła się naradzić, a następnie wyjść z pojazdu.
- Niech pierwszy pójdzie ktoś znany! - zaproponowała Niśka. - Najlepiej Novak.
- Niech pierwszy pójdzie największy idiota! - zaproponował Becker i zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno będzie to Jon.
- Niech pierwszy pójdzie ten, kto nas najbardziej wyzywa od idiotów i wariatów! - zaproponowała z kolei Niśka.
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który nie rozumie, że jest idiotą!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który ma najbardziej ubogi zasób słownictwa!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który nie rozumie celowych powtórzeń!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który nie umie wymyślić nic sensownego na swoją obronę!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który próbuje bezsensownie przedłużać tę kłótnię!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który ją zaczął!
  Podczas gdy Niśka i Becker kontynuowali swoją kłótnię, Novak i Jon wyszli ostrożnie z czołgu.
- CZY W POJEŹDZIE ZNAJDUJE SIĘ KTOŚ JESZCZE? - zapytał Zakatarzony Pan.
- Tak - odpowiedział Novak, niepewny, czy ktoś go w ogóle usłyszał.
- DLACZEGO WIĘC NIE WYSZEDŁ?
- Aktualnie kłóci się z jakąś walniętą dziewczynką.
- CZYLI SĄ TAM DWIE OSOBY?
- Nie wiem, czy ta dziewczynka liczy się jako osoba...
W tym momencie Nole przewrócił się nieprzytomny po uderzeniu wałkiem do ciasta w głowę.
- CO SIĘ PANU STAŁO? - zapytał najbardziej troskliwie jak umiał Zakatarzony Pan.
- Ta wariatka walnęła go wałkiem do ciasta! - wykrzyknął Becker.
- Właśnie! - potwierdził Jon.
- Należało mu się! - stwierdziła Niśka.
- A KTO KIEROWAŁ TYM CZOŁGIEM?
- Novak! - odpowiedziała reszta ekipy chórem.
- ON I TA DZIEWCZYNKA LĄDUJĄ ZA KRATKAMI. NIE UKRYWAMY, ŻE CHCEMY ZAMKNĄĆ WAS WSZYSTKICH, WIĘC MUSIMY ZNALEŹĆ JAKIEŚ WASZE PRZEWINIENIA.
- On ciągle mnie wyzywa i mi grozi!
- A on rozwalił dom tej wariatki!
- TO ŚWIETNIE. ŁADUJCIE SIĘ WSZYSCY DO HELIKOPTERA.
  Wszyscy (oprócz Novaka, którego trzeba było wnieść) posłusznie weszli do helikoptera akurat wtedy, kiedy Zakatarzony Pan wydmuchiwał nos. Więc jednak miała katar!
- PROSIMY O ZAPIĘCIE PASÓW...
- Człowieku, mówże normalnie, bo mi już głowa pęka!
- Ach, dobrze, już. Więc prosimy o zapięcie pasów i życzymy miłej podróży. W jedną stronę... - dodał mrocznym głosem i kichnął.

CIĄG DALSZY NASTĄPI




No i to tyle na dziś, żegnam się z państwem, komentowała dla państwa Niśka, teraz czas na reklamy, a raczej na pójście spać... W każdym razie, bye!

niedziela, 29 czerwca 2014

Wow.

Witam!

Niśka dawno nie widziała tak dużej liczby wyświetleń (może dlatego, że od dawna nie wchodziła na bloga, ale cicho) i bardzo ją to cieszy. Dzisiaj spróbuję zabrać się za zmianę wyglądu bloga na bardziej wakacyjny... Ups, na polu leje. Ale nie, będzie ładnie. Naprawdę. Słoneczko, chmurki... Ciemne chmurki! Znaczy takie białe i niewinne chciałam powiedzieć... Z Niśką jest naprawdę bardzo źle. Po raz pierwszy wyzna publicznie, że jest porąbana. A teraz pora na reklamy. Znaczy... Niśka po prostu się nudzi, bo nie ma o kim myśleć... Może tylko rysować głupie obrazki, które nawet nie mają z rzeczywistością nic do czynienia. Przykład zamieszczam niżej i prawdę mówiąc nie mam pojęcia, co mnie skłoniło, żeby to narysować...


Zresztą nieważne... Co do Jona, to spróbuję wymyślić coś ciekawego, żeby Magda nadal mogła się głupio uśmiechać przy czytaniu, a cała reszta mówiła, że "bardzo fajne". W każdym razie biorę się do roboty, bo trochę późno się robi, a ja siedzę i piszę głupoty.


Na dzisiaj to tyle (plus zmiana wystroju, ale to później), jutro postaram się zrobić opowiadanie. A tymczasem zwyczajowo mówię bye!

sobota, 28 czerwca 2014

No to ten... Kolejny rozdział piszę... Ehm...

Witam!

Niśka przestraszona, lecz z podniesioną głową powraca na swego bloga, by dokończyć pisanie tego opowiadania i stworzyć wreszcie jakieś, na które będzie miała więcej pomysłów. W każdym razie ma być lepiej. Powodzenia Niśko! Dobra, zaczynam pisanie.

  Jon szedł spokojnym krokiem przez czarnobylskie łąki, podrygując tylko przez łomot swojego serca, które znajdowało się w tym momencie w jego prawej dłoni. Dookoła niego było mnóstwo czołgów, ale po złych doświadczeniach z przeszłości nie chciał do żadnego wsiadać.
  Ale w tym momencie nadjechał ten jeden niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju czołg. Był pięknie pomalowany (w jakąś tabelkę, zdaniem Jona) i wprost przyćmiewał wszystkie inne swoim blaskiem. Jon musiał spróbować.
- Heloł, maj nejm is Dżon. Ken Aj goł łif ju? - zapytał swoim zwyczajem, kiedy facet w masce przeciwgazowej otworzył właz.
- Chwila, chwila... Jak masz na imię? Jon? - zapytał facet akcentując fonetyczną wymowę imienia Jon.
-  Nie. Dżon. Dży - O - Ny - przeliterowało zdenerwowane już stworzenie.
- Masz bardzo chemiczne imię! Jesteś kationem czy anionem?
- Jestem człowiekiem! - skłamał Jon, jednakże i bez takiego został wpuszczony do środka.
- Patrzcie chłopcy, kogo wam przyprowadziłem! - wykrzyknął facet wprowadzając Jona do cokolwiek dziwnie wyglądającego wnętrza czołgu - no może nie dziwnej od czołgu gospodyń.
- No? Kogo?
- To jest Jon, chłopcy. Jon! - facet miał w glosie coraz więcej entuzjazmu, jego koledzy w oczach wręcz przeciwnie - patrzyli się na niego z minami "człowieku, czy ty masz na pewno dobrze założoną tę maskę?".
- Zdzisiu, czy tobie to czarnobylskie powietrze nie szkodzi? - odważył się jeden z panów siedzących dookoła różnych dymiących się mniej lub bardziej substancji.
- Nie sądzę, Heniu. Po prostu przyprowadziłem nam obiekt badań - odparł spokojnie Zdzisław.
- Obiekt badań? Co wy mi chcecie zrobić?! - Jon wyraźnie się przestraszył i jego serce, znajdujące się obecnie w okolicach lewego kolana, zabiło zdecydowanie mocniej, co zwaliło go wręcz z nóg.
- Czyli to jest jednak człowiek? - Henryk był wyraźnie zasmucony tym faktem i postanowił dalej nie interesować się gościem. Reszta ekipy zrobiła to samo.
  Było ich czterech: Zdzisław, Henryk i jeszcze jakichś dwóch. Wszyscy mieli na sobie białe fartuchy i maski przeciwgazowe, żaden z nich nie wyglądał na normalnego. W czołgu było mnóstwo półek z różnymi butelkami, w których z kolei były różne substancje, które czwórka facetów wykorzystywała w różny sposób, kiedy siadali przy swoim magicznym stole. Stało na nim kilka naczyń połączonych, jakieś flakony, rurki, probówki i inne dziwne przedmioty. Na samym środku stołu paliło się fioletowe ognisko, a w całym pojeździe unosiły się chmury tęczowego dymu, a raczej opary substancji używanych przez Henia, Zdzisia i ich dwóch kolegów. Mówiąc krótko, Jon trafił do czołgu szalonych chemików i wcale nie był z tego względu zadowolony.


  - Mogę już wyjść? - zapytał nieśmiało Zdzisia, kiedy ten podpalał jakąś niebieską substancję.
- Ale gdzie chcesz iść?
- Na zewnątrz.
- Po co?
- Żeby nie być tutaj.
- Aha.
- To mogę?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo nie przeprowadziliśmy na tobie jeszcze żadnych badań.
Usłyszawszy te słowa Jon po prostu wyszedł z czołgu i nie zamknął włazu dla podkreślenia swojej frustracji.
- Te, Jon, drzwi się zamyka! - krzyknął za nim Zdzisław, ale zdesperowane stworzenie postanowiło nie zwracać na niego uwagi. - Głuchy jesteś? Wróć tu i to zamknij!
Jon go już jednak nie słuchał, widział bowiem to, czego szukał od zawsze - czołg tenisowy. Pobiegł za nim utykając na prawą nogę - jego serce było teraz w prawej stopie i powoli przemieszczało się w górę, co sprawiało biednemu stworzeniu wielkie trudności w poruszaniu - ale woli walki nie tracił i wiedział, że tylko w tym jednym jedynym czołgu znajdzie zrozumienie.
  - Czego chcesz? - zapytał jakiś miły pan otwierając mu właz. Wyglądał na dobrego człowieka, który nie zrobi Jonowi wielkiej krzywdy.
- Chciałem wejść i pojechać z wami. Jestem tenisistą.
- Możesz to udowodnić? - to mówiąc Miły Pan dał Jonowi rakietę i piłeczkę tenisową.
Stworzenie poczuło nagły przypływ energii, wynikający może z tego, że jego serce wreszcie było na swoim miejscu i nie zamierzał się z niego ruszyć, a może i z tego, że w końcu znalazł się w swoim żywiole.
  Zaserwował. Trafił w jakiegoś żołnierza, który odpowiedział ogniem. Miły Pan złapał Jona za włosy i wciągnął do środka, ratując go przed podziurawieniem.
- Jak się nazywasz i które masz miejsce w rankingu?
- Nazywam się Jon Kowalski i zajmuję pi miejsce w rankingu Ej-Ti-Pi.
- Ach, tak, słyszałem.
Teraz dopiero Jon zauważył, z kim rozmawia. Była to legenda tenisa, Boris Becker.
- Podpisze mi pan autograf? - wypalił Jon jak ustrzelony przez niego żołnierz z karabinu maszynowego.
- Nie ma teraz czasu, jedziemy na wojnę!
- Właśnie, co to za wojna?
- No z Rosją.
- Byłem tam... - w tym momencie stworzenie zasłabło. Przypomniało sobie kury, gryzący dym, płonący kurnik, pierwsze czołgi... Tego było dla niego zdecydowanie za dużo.


  - Żyjesz? - zapytał jakiś głos, który Jon kiedyś już słyszał, ale nie był sobie w stanie uświadomić gdzie.
- To bardzo prawdopodobne - odpowiedział i starał się otworzyć oczy.
Dookoła Jona zebrał się cały sztab trenerski Novaka Djokovica z samym Novakiem Djokovicem na czele. Wszyscy starali się jakoś obudzić biedne stworzenie bijąc je po twarzy, szczypiąc i oblewając wodą. W końcu im się udało, kosztowało ich to jednak sporo wysiłku, a efekt końcowy i tak najlepszy nie był.
- Kim państwo są? - zapytał Jon, który nadal widział wszystko jak przez mgłę.
- Ja jestem Novak Djokovic.
- Nie lubię pana. Wolę Federera.
W Novaku wezbrał gniew. Nie znosił, kiedy ktoś mówił, że jego wrogowie są lepsi. Była to cokolwiek zmaza na jego honorze, choć obiektywnie rzecz biorąc oni byli lepsi. No dobrze, wywyższanie nad Novaka Andy'ego Murray'a albo kogokolwiek innego niż Rafa Nadal albo Roger Federer było absurdalne. Ale tenisista ten musiał się z tym liczyć mając za pocieszenie tyle, że są na świecie ludzie, którzy widzą, że Rafa ciągle drapie się po tyłku, a Roger nigdy się nie uśmiecha.
- Proszę pana, wszystko z panem dobrze? Nie chciałem sprawić panu przykrości ani tym bardziej wywołać u pana zawału serca...
- Jak on może lubić kogoś innego ode mnie? Przecież nie jestem od nich w niczym gorszy, a nawet ładniejszy i skromniejszy! - w tym momencie Novak uświadomił sobie, że myśli na głos i podsumował wszystko szerokim uśmiechem.
  "Ten Djokovic to musi być prawdziwym wariatem..." - myślało stworzenie tracące resztki sympatii do tego tenisisty. Musiało jednak zostać w jego czołgu, była to jego jedyna nadzieja na przedostanie się do cywilizacji w stosunkowo przyjaznej atmosferze.
- Panie Kowalsky, może pan pozwolić tu na chwilkę? - zapytał Becker Jona, który właśnie sobie uświadomił, że wszyscy tutaj zwracają się do niego po polsku. "Rosja" - pomyślał tylko i podreptał za trenerem Novaka do jakiegoś ciemnego kąta.
- Tak?
- Panie Kowalsky, pan nie może tak obrażać mojego podopiecznego. To bardzo rani jego ego...
Jon wyobraził sobie nóż wbity w cień Djokovica, jakoby ten cień miał być jego ego, i mimowolnie się uśmiechnął.
- Musi pan więc udawać przynajmniej, że nie ma pan żadnego "ale" do Novaka, w przeciwnym razie...
Jon patrzył w sufit zachwycony swoją wizją i bynajmniej nie zwracał uwagi na dyplomatyczne starania Borisa.
- Panie Kowalsky! Jeżeli nie będzie pan miły dla Novaka, zostanie pan momentalnie wyrzucony z pojazdu i nie będzie nas obchodzić, co się wtedy z panem stanie.
- Dobrze, dobrze - stworzenie zafascynowane swoją wizją udawało, że nie przejęło się tymi słowami. Mimo piękności swoich imaginacji wolało jednak posłuchać Beckera, bo włóczenie się po Czarnobylu nie było ani trochę przyjemne.
  Nagle czołg się zatrzymał.
- Co się stało? - zapytał Becker resztę zespołu, która właśnie wychodziła z czołgu.
- Znaleźliśmy świeże powietrze!
Jon i Boris momentalnie dołączyli do reszty.
- Gdzie jesteśmy?
- W Polsce. W Sosnowcu dokładnie.
- W Sosnowcu?! Tutaj nie ma świeżego powietrza! - wykrzyknął Jon i rozkazał wszystkim wrócić do czołgu.
- Panie Kowalsky, co pan kombinuje?
- Po prostu was ratuję! Musimy pojechać do Dąbrowy Górniczej, tam mieszka moja dobra znajoma!
  Kilka minut później pod moim domem zatrzymał się cały korowód czołgów. Oderwałam się od komputera i wyjrzałam przez okno. Nie wyglądało to obiecująco, więc wróciłam do komputera.
  - Chyba nie ma jej w domu. W takim razie jedźmy na wojnę - orzekł Jon i zabrał się za sterowanie czołgiem, wysadzając przy okazji mój dom w powietrze, był to jednak mało znaczący szczegół.
W tym momencie do czołgu ktoś zapukał.
- Gazetę przyniosłem - powiedział mały chłopczyk stojący przed włazem.
- Co nowego na froncie?
- Pokój podpisali, wojny nie ma.
- Jak to nie ma?!
- Normalnie.
- To po co... po co te wszystkie czołgi, przelana krew et cetera, et cetera, et cetera?
- Panie Becker, proponuję panu się uspokoić i pojechać stąd jak najszybciej, bo biegnie tu właśnie jakaś wściekła dziewczynka z wałkiem do ciasta.
- Dobrze załogo, jedziemy gdzieś indziej. Gdzie chcecie jechać?
- Może by tak na Wimbledon? Jesteśmy cokolwiek tydzień spóźnieni...
Jon tak zachwycił się wizją truskawek ze śmietaną, oglądania Federera w jego żywiole, zwiedzaniem Londynu, a może i samodzielną grą, że sam pokierował czołgiem, w nieodpowiednią stronę co prawda, ale tak to już bywa, kiedy jest się między Rosją a Sosnowcem.

THE END


Opowiadanie takie sobie... Ale cóż... W najbliższym czasie postaram się wykombinować coś o drodze Jona i zespołu Novaka na Wimbledon, tymczasem jest już późna noc, więc idę spać i się z państwem żegnam, komentował dla państwa... Znaczy idę sobie i postaram się niedługo wrócić, bye!