Niśka przestraszona, lecz z podniesioną głową powraca na swego bloga, by dokończyć pisanie tego opowiadania i stworzyć wreszcie jakieś, na które będzie miała więcej pomysłów. W każdym razie ma być lepiej. Powodzenia Niśko! Dobra, zaczynam pisanie.
Jon szedł spokojnym krokiem przez czarnobylskie łąki, podrygując tylko przez łomot swojego serca, które znajdowało się w tym momencie w jego prawej dłoni. Dookoła niego było mnóstwo czołgów, ale po złych doświadczeniach z przeszłości nie chciał do żadnego wsiadać.
Ale w tym momencie nadjechał ten jeden niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju czołg. Był pięknie pomalowany (w jakąś tabelkę, zdaniem Jona) i wprost przyćmiewał wszystkie inne swoim blaskiem. Jon musiał spróbować.
- Heloł, maj nejm is Dżon. Ken Aj goł łif ju? - zapytał swoim zwyczajem, kiedy facet w masce przeciwgazowej otworzył właz.
- Chwila, chwila... Jak masz na imię? Jon? - zapytał facet akcentując fonetyczną wymowę imienia Jon.
- Nie. Dżon. Dży - O - Ny - przeliterowało zdenerwowane już stworzenie.
- Masz bardzo chemiczne imię! Jesteś kationem czy anionem?
- Jestem człowiekiem! - skłamał Jon, jednakże i bez takiego został wpuszczony do środka.
- Patrzcie chłopcy, kogo wam przyprowadziłem! - wykrzyknął facet wprowadzając Jona do cokolwiek dziwnie wyglądającego wnętrza czołgu - no może nie dziwnej od czołgu gospodyń.
- No? Kogo?
- To jest Jon, chłopcy. Jon! - facet miał w glosie coraz więcej entuzjazmu, jego koledzy w oczach wręcz przeciwnie - patrzyli się na niego z minami "człowieku, czy ty masz na pewno dobrze założoną tę maskę?".
- Zdzisiu, czy tobie to czarnobylskie powietrze nie szkodzi? - odważył się jeden z panów siedzących dookoła różnych dymiących się mniej lub bardziej substancji.
- Nie sądzę, Heniu. Po prostu przyprowadziłem nam obiekt badań - odparł spokojnie Zdzisław.
- Obiekt badań? Co wy mi chcecie zrobić?! - Jon wyraźnie się przestraszył i jego serce, znajdujące się obecnie w okolicach lewego kolana, zabiło zdecydowanie mocniej, co zwaliło go wręcz z nóg.
- Czyli to jest jednak człowiek? - Henryk był wyraźnie zasmucony tym faktem i postanowił dalej nie interesować się gościem. Reszta ekipy zrobiła to samo.
Było ich czterech: Zdzisław, Henryk i jeszcze jakichś dwóch. Wszyscy mieli na sobie białe fartuchy i maski przeciwgazowe, żaden z nich nie wyglądał na normalnego. W czołgu było mnóstwo półek z różnymi butelkami, w których z kolei były różne substancje, które czwórka facetów wykorzystywała w różny sposób, kiedy siadali przy swoim magicznym stole. Stało na nim kilka naczyń połączonych, jakieś flakony, rurki, probówki i inne dziwne przedmioty. Na samym środku stołu paliło się fioletowe ognisko, a w całym pojeździe unosiły się chmury tęczowego dymu, a raczej opary substancji używanych przez Henia, Zdzisia i ich dwóch kolegów. Mówiąc krótko, Jon trafił do czołgu szalonych chemików i wcale nie był z tego względu zadowolony.
- Mogę już wyjść? - zapytał nieśmiało Zdzisia, kiedy ten podpalał jakąś niebieską substancję.
- Ale gdzie chcesz iść?
- Na zewnątrz.
- Po co?
- Żeby nie być tutaj.
- Aha.
- To mogę?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo nie przeprowadziliśmy na tobie jeszcze żadnych badań.
Usłyszawszy te słowa Jon po prostu wyszedł z czołgu i nie zamknął włazu dla podkreślenia swojej frustracji.
- Te, Jon, drzwi się zamyka! - krzyknął za nim Zdzisław, ale zdesperowane stworzenie postanowiło nie zwracać na niego uwagi. - Głuchy jesteś? Wróć tu i to zamknij!
Jon go już jednak nie słuchał, widział bowiem to, czego szukał od zawsze - czołg tenisowy. Pobiegł za nim utykając na prawą nogę - jego serce było teraz w prawej stopie i powoli przemieszczało się w górę, co sprawiało biednemu stworzeniu wielkie trudności w poruszaniu - ale woli walki nie tracił i wiedział, że tylko w tym jednym jedynym czołgu znajdzie zrozumienie.
- Czego chcesz? - zapytał jakiś miły pan otwierając mu właz. Wyglądał na dobrego człowieka, który nie zrobi Jonowi wielkiej krzywdy.
- Chciałem wejść i pojechać z wami. Jestem tenisistą.
- Możesz to udowodnić? - to mówiąc Miły Pan dał Jonowi rakietę i piłeczkę tenisową.
Stworzenie poczuło nagły przypływ energii, wynikający może z tego, że jego serce wreszcie było na swoim miejscu i nie zamierzał się z niego ruszyć, a może i z tego, że w końcu znalazł się w swoim żywiole.
Zaserwował. Trafił w jakiegoś żołnierza, który odpowiedział ogniem. Miły Pan złapał Jona za włosy i wciągnął do środka, ratując go przed podziurawieniem.
- Jak się nazywasz i które masz miejsce w rankingu?
- Nazywam się Jon Kowalski i zajmuję pi miejsce w rankingu Ej-Ti-Pi.
- Ach, tak, słyszałem.
Teraz dopiero Jon zauważył, z kim rozmawia. Była to legenda tenisa, Boris Becker.
- Podpisze mi pan autograf? - wypalił Jon jak ustrzelony przez niego żołnierz z karabinu maszynowego.
- Nie ma teraz czasu, jedziemy na wojnę!
- Właśnie, co to za wojna?
- No z Rosją.
- Byłem tam... - w tym momencie stworzenie zasłabło. Przypomniało sobie kury, gryzący dym, płonący kurnik, pierwsze czołgi... Tego było dla niego zdecydowanie za dużo.
- Żyjesz? - zapytał jakiś głos, który Jon kiedyś już słyszał, ale nie był sobie w stanie uświadomić gdzie.
- To bardzo prawdopodobne - odpowiedział i starał się otworzyć oczy.
Dookoła Jona zebrał się cały sztab trenerski Novaka Djokovica z samym Novakiem Djokovicem na czele. Wszyscy starali się jakoś obudzić biedne stworzenie bijąc je po twarzy, szczypiąc i oblewając wodą. W końcu im się udało, kosztowało ich to jednak sporo wysiłku, a efekt końcowy i tak najlepszy nie był.
- Kim państwo są? - zapytał Jon, który nadal widział wszystko jak przez mgłę.
- Ja jestem Novak Djokovic.
- Nie lubię pana. Wolę Federera.
W Novaku wezbrał gniew. Nie znosił, kiedy ktoś mówił, że jego wrogowie są lepsi. Była to cokolwiek zmaza na jego honorze, choć obiektywnie rzecz biorąc oni byli lepsi. No dobrze, wywyższanie nad Novaka Andy'ego Murray'a albo kogokolwiek innego niż Rafa Nadal albo Roger Federer było absurdalne. Ale tenisista ten musiał się z tym liczyć mając za pocieszenie tyle, że są na świecie ludzie, którzy widzą, że Rafa ciągle drapie się po tyłku, a Roger nigdy się nie uśmiecha.
- Proszę pana, wszystko z panem dobrze? Nie chciałem sprawić panu przykrości ani tym bardziej wywołać u pana zawału serca...
- Jak on może lubić kogoś innego ode mnie? Przecież nie jestem od nich w niczym gorszy, a nawet ładniejszy i skromniejszy! - w tym momencie Novak uświadomił sobie, że myśli na głos i podsumował wszystko szerokim uśmiechem.
"Ten Djokovic to musi być prawdziwym wariatem..." - myślało stworzenie tracące resztki sympatii do tego tenisisty. Musiało jednak zostać w jego czołgu, była to jego jedyna nadzieja na przedostanie się do cywilizacji w stosunkowo przyjaznej atmosferze.
- Panie Kowalsky, może pan pozwolić tu na chwilkę? - zapytał Becker Jona, który właśnie sobie uświadomił, że wszyscy tutaj zwracają się do niego po polsku. "Rosja" - pomyślał tylko i podreptał za trenerem Novaka do jakiegoś ciemnego kąta.
- Tak?
- Panie Kowalsky, pan nie może tak obrażać mojego podopiecznego. To bardzo rani jego ego...
Jon wyobraził sobie nóż wbity w cień Djokovica, jakoby ten cień miał być jego ego, i mimowolnie się uśmiechnął.
- Musi pan więc udawać przynajmniej, że nie ma pan żadnego "ale" do Novaka, w przeciwnym razie...
Jon patrzył w sufit zachwycony swoją wizją i bynajmniej nie zwracał uwagi na dyplomatyczne starania Borisa.
- Panie Kowalsky! Jeżeli nie będzie pan miły dla Novaka, zostanie pan momentalnie wyrzucony z pojazdu i nie będzie nas obchodzić, co się wtedy z panem stanie.
- Dobrze, dobrze - stworzenie zafascynowane swoją wizją udawało, że nie przejęło się tymi słowami. Mimo piękności swoich imaginacji wolało jednak posłuchać Beckera, bo włóczenie się po Czarnobylu nie było ani trochę przyjemne.
Nagle czołg się zatrzymał.
- Co się stało? - zapytał Becker resztę zespołu, która właśnie wychodziła z czołgu.
- Znaleźliśmy świeże powietrze!
Jon i Boris momentalnie dołączyli do reszty.
- Gdzie jesteśmy?
- W Polsce. W Sosnowcu dokładnie.
- W Sosnowcu?! Tutaj nie ma świeżego powietrza! - wykrzyknął Jon i rozkazał wszystkim wrócić do czołgu.
- Panie Kowalsky, co pan kombinuje?
- Po prostu was ratuję! Musimy pojechać do Dąbrowy Górniczej, tam mieszka moja dobra znajoma!
Kilka minut później pod moim domem zatrzymał się cały korowód czołgów. Oderwałam się od komputera i wyjrzałam przez okno. Nie wyglądało to obiecująco, więc wróciłam do komputera.
- Chyba nie ma jej w domu. W takim razie jedźmy na wojnę - orzekł Jon i zabrał się za sterowanie czołgiem, wysadzając przy okazji mój dom w powietrze, był to jednak mało znaczący szczegół.
W tym momencie do czołgu ktoś zapukał.
- Gazetę przyniosłem - powiedział mały chłopczyk stojący przed włazem.
- Co nowego na froncie?
- Pokój podpisali, wojny nie ma.
- Jak to nie ma?!
- Normalnie.
- To po co... po co te wszystkie czołgi, przelana krew et cetera, et cetera, et cetera?
- Panie Becker, proponuję panu się uspokoić i pojechać stąd jak najszybciej, bo biegnie tu właśnie jakaś wściekła dziewczynka z wałkiem do ciasta.
- Dobrze załogo, jedziemy gdzieś indziej. Gdzie chcecie jechać?
- Może by tak na Wimbledon? Jesteśmy cokolwiek tydzień spóźnieni...
Jon tak zachwycił się wizją truskawek ze śmietaną, oglądania Federera w jego żywiole, zwiedzaniem Londynu, a może i samodzielną grą, że sam pokierował czołgiem, w nieodpowiednią stronę co prawda, ale tak to już bywa, kiedy jest się między Rosją a Sosnowcem.
THE END
Opowiadanie takie sobie... Ale cóż... W najbliższym czasie postaram się wykombinować coś o drodze Jona i zespołu Novaka na Wimbledon, tymczasem jest już późna noc, więc idę spać i się z państwem żegnam, komentował dla państwa... Znaczy idę sobie i postaram się niedługo wrócić, bye!



PRZED PRZECZYTANIEM:
OdpowiedzUsuńRozsiadłam się w fotelu i z wielkim bananem na ustach wpisałam adres twojego bloga.
W CZASIE CZYTANIA:
Na mojej twarzy kolejno malowało się: szczęście, zdziwienie, przerażenie, jeszcze większe przerażenie, radość, chęć mordu, jeszcze większa chęć mordu i już do końca chęć mordu (Jona oczywiście).
PO PRZECZYTANIU:
Mam jedno jedyne pytanie... DLACZEGO NOVAKA NIE BYŁO NA WIMBLEDONIE?! ŁEEEEEEEEE!!! xD
No wiesz... Becker jako trener trochę się panoszy... I wolał wojnę... Ale spokojnie, powinni tam jakoś dojechać. To jak w 80 dni dookoła świata, muszą zdążyć. xD
OdpowiedzUsuń