poniedziałek, 21 lipca 2014

Witam po przerwie!

Witam!

Nie było mnie tu ponad tydzień - ale chyba wspominałam, że tak będzie, nie? W każdym razie wróciłam i myślę nad nowym Jonem, który pojawi się jak tylko go napiszę. A może być ciężko, bo w domu jest za dużo ludzi, żebym mogła siedzieć w piżamie przed komputerem do południa. Na razie mogę tylko maznąć na szybko jakiś obrazek, niezwiązany zupełnie z opowiadaniem, które aktualnie stoi w miejscu. Zastanawiam się nad zmianą programu do rysowania ilustracji z ArtRage na Corel Paiter Lite. Robiłam już w nim obrazki do rozdziału, kiedy Niśka dołączyła do Jona, Novaka i Beckera w drodze na Wimbledon. Jest też opcja, żebym po protu zaczęła się starać w ArtRage. Postanowiłam też wprowadzić kilka zmian w wyglądzie Jona i na razie chyba na tym poprzestanę, bo jestem zbyt leniwa, żeby zrobić coś więcej.


Poza widocznymi i opisanymi zmianami zmieniłam też rozszerzenie przy zapisywaniu na .png, co powinno z lekka poprawić jakość ilustracji. Mimo wszystko Niśka pozostanie graficznym amatorem... prawdopodobnie na zawsze... Nevermind, idę sobie, komentowała dla państwa Niśka, bye.

czwartek, 10 lipca 2014

To jedziemy dalej Multiplą, 4 dni po zakończeniu Wimbledonu, ale co tam.

Witam!

Nie było mnie tu jakiś czas, naobiecywałam się kiedy to tego Jona nie napiszę... Ale jestem i piszę, chociaż miałam rysować Novaka i robić masę innych rzeczy niezwiązanych z blogiem... Zmuszam się do pisania i posiadania weny... A jej nie mam... Ale nieważne, piszemy dalej.


  Czerwony Fiat Multipla z najlepszym tenisistą świata za kierownicą jechał spokojnie jakąś wiejską drogą, wyśmiewany przez miejscowych Murzynów... Wait... Murzynów? Ach, przecież to Francja była, ojczyzna Tsongi i Monfilsa! Nie żebym coś miała do Francji... Nevermind.
  Czerwona Multipla jechała wiejską drogą przyciągając na siebie spojrzenia wszystkich mieszkańców jakiejś francuskiej wioski, co wcale nie radowało jadących nią ludzi. Novak z nerwów postanowił w końcu wcisnąć gaz i wyjechać stamtąd jak najszybciej, zatruwając przy tym świeże powietrze na tym zadupiu.
- Ło! Ale niebezpieczna prędkość! - odezwała się wielka znawczyni motoryzacji Niśka, kiedy Multipla z trudem dobijała do 30 km/h na francuskim żwirze.
- Chcesz to sama kieruj, jak taka mądra jesteś! - odciął się Novak i starał się jak tylko mógł, żeby ruszyć oporny (i z lekka się przegrzewający) samochód z większą prędkością.
- Nie mam prawa jazdy i jestem niepełnoletnia, przykro mi.
- Jak nie masz prawa jazdy, to co się tak wymądrzasz?!
- Spokój! - wrzasnął Becker, który do tej pory siedział cicho patrząc z głupawym uśmieszkiem na całą kłótnię. - Zmień bieg, Nole, bo to autko zaraz padnie.
Novak posłusznie zmienił bieg na wyższy, był jednak cokolwiek zawstydzony, że sam na to nie wpadł.
- A ja mogę pokierować? - zapytał Jon po chwili ogólnego milczenia.
- Nie.
- Czemu nie?
- Bo... - Boris postanowił nie kończyć i nie wdawać się w dalszą dyskusję z tym stworzeniem. - Nole, może teraz ja pokieruję?
- Ale gdzie chcesz kierować, skoro utknęliśmy w piasku na plaży?
- Gdzieś ty nas znowu wywiózł?!
- No wiesz, jechałem na Wimbledon... W linii prostej...
- I teraz chcesz przepłynąć przez ocean wpław, dobrze rozumiem?
- A co w tym trudnego? - wciął się do rozmowy Jon. - Ja już tak kiedyś zrobiłem.
Jego wypowiedź została pominięta w dalszej dyskusji, a raczej jej braku, bo każdy poszedł w swoją stronę coś załatwiać. Tylko Jon został sam i zaczął się szykować do wskoczenia do wody.
  - Heloł, Aj'm luking for sam help - odezwała się Niśka do jednego z czarnych Francuzów w wiosce. Co jak co, ale akurat oni wydają się spoko.
- Łot du ju łont?
- Aj nid help. Maj friends end mi mast goł tu Łimbledon, bat łi hewynt got eny bołt.
- Ju łont tu słim fru de ołszyn łif de bołt?
- Jes...
W tym momencie Niśka zdała sobie sprawę ze swojej głupoty i oddaliła się w poszukiwaniu Beckera, którego uważała mimo wszystko za najbardziej rozsądną osobę w towarzystwie.
  - Trzeba by przerobić ten samochód na poduszkowiec, tak jak to zrobili kiedyś w Top Gear... Ale trzeba też będzie ciągnąć za sobą stację benzynową... A tego w Top Gear nikt nie robił, więc się nie uda. Scheisse!
- O, Niśka! Może mi pomożesz?
- Myślałam, że to pan mi pomoże...
- Ale słuchaj - Boris przerwał na chwile, żeby spojrzeć na jej tyłek - musimy jakoś przerobić tę Multiplę, żeby mogła pływać.
- Panie, to nie jest Top Gear!
- Ale oni nawet w murzyńskiej wiosce są w stanie zrobić coś z niczego! - to mówiąc Boris obejrzał się na grupkę wieśniaków zebranych dookoła niego, Niśki i Multipli.
- W telewizji wszystko się da... - stwierdziła sceptycznie Niśka i poszła dalej.
  Przy brzegu morza spotkała Jona, który próbował zrobić ze słomy okularki do pływania. Niśka stwierdziła, że nie wypada mu w tym przeszkadzać i poszła szukać Novaka. Znalazła go kilka kilometrów na południe w jakimś porcie, gdzie negocjował z jakimś rybakiem wynajem kutra.
- To mogę odkupić go od pana i będzie miał pan ze mną spokój!
- Ten kuter to moja pamiątka rodzinna, nie sprzedam go za żadne pieniądze!
- Milion euro?
- Przecież pan nawet tyle nie masz, bo skąd? Nawet pan koszulki nie masz na sobie i tu kaloryferem świecisz!
Novak zamilknął na chwilę, żeby uleczyć swoje urażone ego. Jak ten facet może go nie znać?! I jak może mu wypominać brak ubrania, na który cierpiał przez tę idiotkę, która nie chciała się rozebrać?!
- Novak, możesz pozwolić do mnie na chwilę? - zapytała Niśka i zaraz tego pożałowała.
- Idź precz! Nie chcę cię znać! Nie chcę znać całego świata! Nie chcę żyć!
- Nie zachowuj się jak emo i chodź, Boris znalazł sposób jak nas stąd wydostać! - skłamała Niśka, Novak usłyszał jednak tylko pierwszą część jej wypowiedzi i pobiegł w stronę miasteczka. Chcąc nie chcąc musiała pobiec za nim, poprawiając uprzednio okulary, żeby przypadkiem się nie zabił.
  Nole zniknął w jakimś ciemnym i podejrzanym sklepiku, który dla Niśki wyglądał zbyt satanistycznie, żeby do niego weszła. Wyszedł jakieś pół godziny później ubrany na czarno... Właściwie to mało powiedziane! Miał na sobie czarne jeansy, czarną koszulkę (z napisem Metallica, więc to można mu wybaczyć), glany, mnóstwo czarnych bransoletek z błyszczącymi kolcami i ćwiekami oraz, co Niśkę przeraziło najbardziej, pętlę z grubej liny na szyi.
- Żegnaj, świecie! - powiedział tylko i podszedł do najbliższego drzewa.
- Novak, nie rób tego!
- Zrobię to!
- Mogę mieć do ciebie tylko ostatnie życzenie?
- Jeśli będzie takie samo...
- Nie będzie... No może trochę tak, ale bardzo pokrętnie... Znaczy nie będzie... Dasz mi numer Borisa?
- Weź cały mój telefon! I tak nie będzie mi już więcej potrzebny!
Niśka wzięła od Novaka pięknego Iphona, znalazła w kontaktach numer Beckera i nacisnęła zieloną słuchawkę (czy coś tam, nie znam się na Iphonach).
- Halo? Nole?
- PANIE BECKER! NIECH PAN TU PRZYJDZIE ZANIM NOVAK SIĘ ZABIJE! - wrzasnęła Niśka do telefonu, przez co Boris stracił słuch w jednym uchu.
  W tym czasie Jon kończył już plecenie okularków i zabierał się psychicznie do zanurkowania w morskiej toni. Skoczył w wielką falę, która poniosła go kilkadziesiąt metrów w stronę... brzegu. Skoczył raz jeszcze, ale znowu został wyrzucony na brzeg. Po kilku próbach postanowił poczekać na odpływ... Właściwie to się zmęczył i musiał odpocząć, bo przecież takie stworzenie jak on nie ma pojęcia o istnieniu przypływów i odpływów, nawet po przestudiowaniu atlasu świata podczas wyprawy do Laponii.
  - Niśka! Ja naprawdę bardzo lubię... lubiłem Novaka, ale nasz samochód zaraz zatonie!
- To czemu nie wyjedzie nim pan na brzeg?!
- Po pierwsze jest zakopany w piasku. A po drugie Novak ma kluczyki.
- To niech pan tu po nie przyjdzie!
- Ale samochód!...
- Multipli panu szkoda?! Rozumiem, Ferrari może być ważniejsze od tenisisty, którego doprowadza pan znowu na szczyt rankingu, ale żeby Multipla?!
- Każdy samochód jest ważny!
- Zaraz tak się to skończy, że zginie i Novak, i samochód! Tego pan chce?!
Zadyszana Niśka zrobiła małą przerwę na złapanie oddechu.
- Eee... To mam się w końcu zabijać czy nie? - zapytał ostrożnie Nole, który przysłuchując się rozmowie aż przestał przywiązywać linę do gałęzi.
- Noo... - odezwał się Becker, który został zmuszony do większej refleksji. - Mam pomysł! Pójdę po Kowalsky'ego, on mi pomoże wyciągnąć samochód! A Novak to ten... To spróbuj go jakoś przekonać, że się ma nie zabijać, a jak uratuję Multiplę, to tam pójdę.
- A wie pan chociaż gdzie? - zapytała Niśka, ale było za późno, bo Becker się już rozłączył.
- Słuchaj Nole... Pomyśl o tych wszystkich swoich fanach, co oni sobie pomyślą?
- Ach, właśnie! Jeszcze słit focia na Facebooka i można się zabijać! Zrobisz mi zdjęcie?
  Tymczasem Boris rozpaczliwie próbował odkopać Multiplę z piasku, wołając równocześnie Jona. Po kilku minutach stwierdził, że na "kici-kici" jednak nie reaguje i rozpoczął próbę z gwizdaniem. W końcu poszedł szukać go osobiście i znalazł go na kamieniu 5 metrów od siebie.
- Panie Kowalsky, mógłby mi pan pomóc w ratowaniu naszego samochodu?
- Nie.
- Czemu nie?
- Nie lubię pana.
- Mnie też?! To kogo ty tutaj lubisz?!
- Nikogo.
  "Ciekawe, czy ktoś pamięta w ogóle, że ja tu jestem - myślał Jonas Fischer zwinięty w kłębek w swoim kostiumie opony. - I co? Skończę swój żywot jako człowiek-opona, który utopił się w Fiacie Multipli w czasie przypływu? I to bez wypłaty?! Marny ten mój los..." W tym momencie Niemiec uświadomił sobie, że dla ratowania życia może zdjąć swój kostium i wyjść z samochodu. Było to jednak o tyle utrudnione, że Multipla była zamknięta. "Skoro ten cały Jon był w stanie wybić kilka szyb na raz, to ja sobie z jedną muszę poradzić" - pomyślał, żeby dodać sobie otuchy mimo (nieuzasadnionej co prawda) świadomości, że szyby w takim samochodzie muszą być równie pancerne co ekran starej Nokii.
- Raz, dwa, trzy i... BUM! - wykrzyknął po wyplątaniu się ze swojego kostiumu i z całej siły uderzył w szybę, która pękła bez większych problemów. Siła uderzenia była tak duża, że Fischer wylądował kilka metrów dalej z głową w piasku. Ale ważne, że był wolny!
Zachwycony swoją siłą Jonas stwierdził, że jest w stanie podnieść Multiplę i przenieść ją w bezpieczne miejsce. Nie chciał bynajmniej pomagać Beckerowi, po prostu chciał udowodnić, że "Niemiec potrafi". I to nawet bez należytej wypłaty!
  - Nole, proszę, nie zabijaj się!
- Robisz to zdjęcie czy prawisz mi kazania?!
- Prawię ci kazania, nie widzisz?
Novak zastanowił się przez chwilę, jak ta Niśka może być aż tak głupia, po czym w milczeniu wrócił do wiązania pętli.
- A co w końcu z tym zdjęciem? I dlaczego przestałaś mnie przekonywać, żebym się zabił?
- Wiesz co, zabij się jak chcesz. Już ci robię zdjęcie. Co mam napisać pod postem?
- "Odchodzę, ale wiedzcie, że was kochałem, moi wierni i mniej wierni fani" Coś w tym rodzaju.
- To się uśmiechnij.
Po chwili uśmiechnięte zdjęcie emo-Novaka z pętlą na szyi mógł zobaczyć cały świat.
- Ale ty serio chcesz, żebym się zabił?
- No wiesz, zawsze mogę kibicować Rogerowi - powiedziała beztrosko Niśka kręcąc palcami końcówki włosów. - Albo Rafie, o! Rafie jeszcze lepiej!
"Moja wierna fanka chce się przerzucić na kibicowanie temu tyłko-dłubaczowi? To... to jeszcze większy powód do zabicia się!" - pomyślał Novak i zacisnął pętlę na szyi, zupełnie niezgodnie z oczekiwaniami Niśki.
- Możesz zabrać to krzesełko spod moich nóg? - zapytał ją błagalnym tonem.
- Ale wtedy wyjdzie na to, że ja cię zabiłam...
- Już mnie zabiłaś! Psychicznie! Zbieraj to krzesło!
- Myślałam, że... zresztą nieważne. Radź sobie sam.
Novak myślał chwilę nad sposobem samodzielnego wyjęcia krzesełka spod nóg, w końcu wpadł na genialny pomysł zeskoczenia z niego.
- Żegnaj, świecie! - wykrzyknął i skoczył.
  Odpływ był coraz bliżej. Becker był wyczerpany psychicznie. Jon był wyczerpany fizycznie. Ficher był wyczerpany fizycznie i psychicznie, ale nie dawał tego po sobie poznać i cały czas starał się podnieść Multiplę. W końcu nie wytrzymał.
- Może byście tak mi pomogli, verdammt!
- Do nas mówisz, opono przeklęta?! - zapytał z trwogą Jon odwracając się w stronę Multipli i zauważając Jonasa z różowych bokserkach.
- Ja jestem szczupły i nie mam żadnej opony! - próbował odciąć się Ficher. - To pomożecie mi?
- Ale w czym?
- W ratowaniu tego przeklętego samochodu, na którym wam tak bardzo zależy, a który powinien już dawno być na złomie?
- Nasza Multipla! - wykrzyknął Becker odzyskując nagle zdrowie psychiczne i popędził w stronę tonącego samochodu. - Kowalsky, pomógłbyś pan nam!
Chwilę później cała trójka była zaangażowana w wywlekanie Fiata na brzeg. Następną chwilę później Fiat został wywleczony na brzeg.
- No, to teraz mogę iść po kluczyki do Novaka. Tylko gdzie on jest?
  Novak leżał nieprzytomny pod gałęzią, która złamała się pod jego ciężarem i siłą skoku. Niśka starała się jakoś zdjąć ogromny konar ze swojego ulubionego tenisisty, przerwał jej jednak telefon Novaka.
- Niśka? Gdzie jest Novak? Idę już po te kluczyki.
- Trochę się pan spóźniłeś... W każdym razie jesteśmy w najbliższym miasteczku na południe od miejsca, gdzie pan teraz jesteś.
- Spóźniłem się? Co przez to rozu... On... Umarł?... - Boris rozłączył się i ruszył z płaczem w drogę.
  Na miejsce dotarł, gdy Niśka z pomocą jakiegoś przechodnia - również fana Novaka - uwolniła swojego idola z objęć gałęzi.
- On umarł? - zapytał Boris słabym głosem pochylając się nad Novakiem.
- Teraz to się pan nim martwisz?
- Wcześniej też się martwiłem! - odparł oburzony Becker.
- Wcześniej to się pan Multiplą martwił!
- A czym chcesz dojechać na ten Wimbledon?!
- Novak próbował załatwić nam kuter! A teraz leży tu półżywy!
W tym momencie Boris gorzko zapłakał. Jego łzy spływały na Novaka, który nagle magicznym sposobem się obudził.
- NOLE! Ty żyjesz! - uradował się jego trener i podbiegł go przytulić, potknął się jednak o gałąź.
- Niestety... - mruknął Nole, wstał i zabrał się za ponowne wiązanie pętli, tym razem na mocniejszej gałęzi.
  Podczas gdy Niśka i Becker próbowali odciągnąć Novaka od drugiej próby samobójczej, Jon poznawał się bliżej z człowiekiem-oponą.
- ... i jestem niemieckim agentem specjalnym, który przebrał się za oponę, żeby was śledzić. - tutaj Ficher bardzo przekonująco się uśmiechnął i popatrzył z nadzieją na Jona.
- Zostaw mnie w spokoju, opono podstępna! Ja nie ufam oponom!
- Ja nie jestem żadną oponą! Gott, gib mir Gedult! Viel Gedult!
- Niemieckim oponom nie ufam tym bardziej!
Zrezygnowany Jonas Fischer wstał i skierował swoje kroki na południe, gdzie, jak mu się wydawało, znajdowali się teraz Niśka, Boris i Novak. Jon został sam i zaczął się zastanawiać, co jest lepsze: towarzystwo niepewnego pochodzenia opony czy całkowity brak towarzystwa?

CIĄG DALSZY NASTĄPI




 No i to już koniec tego rozdziału i możliwe, że zakończenie dopiszę dopiero po powrocie znad morza, czyli w przyszłym tygodniu. Na razie to by było na tyle, komentowała dla państwa Niśka, bye!

niedziela, 6 lipca 2014

#Wimbledon #marzeń #Niśka #jest #podjarana

Witam!

Przepraszam za brak Jona, ale ostatnio nie miała w ogóle czasu na pisanie, nowy rozdział będzie najpewniej jutro (cały czas jest jeden rozdział bez komentarza, Magda!). Chciałam, żeby Novak, Boris, Jon. Niśka i Jonas dojechali na Wimbledon na finał, ale wypadł mi nieprzewidywany wyjazd z rodziną i nie miałam jak napisać, poza tym weny brak.


ALE I BEZ TEGO NOVAK JEST ZWYCIĘZCĄ WIMBLEDONU 2014!

#NOLE #WIMBLEDON #CHAMPION #2014 #ROGER #WITHOUT #8TH #TITLE #NIŚKA #FEELS #SO #HAPPY

Po ludzku: Novak pokonał Rogera w 5 setach (6:7, 6:4, 7:6, 5:7, 6:4), wygrał swój drugi wimbledoński tytuł, wrócił na pierwsze miejsce w Ej-Ti-Pi, dostał fajny puchar i niedługo bierze ślub.

Zaraz maznę jakiś obrazek okazjonalny i go tu wstawię, bo post bez obrazka to nie post.


Do człowieka to niepodobne, do Novaka tym bardziej, ale Niśka za bardzo nie ma dzisiaj siły na rysowanie jakichś powalających grafik komputerowych... I żegnam się z wami, komentowała dla państwa Niśka, bye.

środa, 2 lipca 2014

Droga na Wimbledon część trzecia (co taki banalny tytuł?)

Witam!

Dlaczego ja każdy post zaczynam i kończę tak samo?! W każdym razie piszę nowy rozdział. I po raz pierwszy chyba mam jako taki plan. Choć właściwie tylko na początek... Ale jakiś mam! Więc idę pisać.

  "Tyle poświęcenia, tak mało pieniędzy - myślał Jonas Fischer zwinięty w kłębek w bagażniku czerwonego Fiata Multipli. - Gnieść się w bagażniku najbrzydszego samochodu na świecie kierowanego przez trójkę wariatów z nieprzytomnym zzieleniałym tworem to chyba trochę za dużo jak na takie pieniądze... I to jeszcze z katarem! A ten tenisista... Wydawać by się mogło, że oni powinni mieć dobry wzrok, a ten idiota mnie nawet nie zauważył... Ten rudy dziadek wygląda na jakiegoś zboczeńca, tak się patrzy na tę laskę z wałkiem do ciasta... A ona nawet ładna nie jest... Ciekawe, jakiej narodowości jest ten dziadek... Na pewno nie jest Niemcem! - myślał dalej Jonas bardzo obrażając w tym momencie swojego rodaka. - Niemiec by się tak nie ślinił na jakąś dziewczynkę z Polski. W ogóle to gdzie jest ta Polska?..."
  Przemyślenia Fischera przerwał jęk Jona, który właśnie się przebudzał. Niemiec z przerażeniem zwinął się jeszcze ciaśniej w kłębek.
- Mmm... Niśka to ma fajny tyłek... Mmm... - Jon najwyraźniej zbyt mocno walnął się w głowę i majaczył.
- Aua! - wykrzyknął kopnięty przez Jona Fischer i kichnął.
Teraz przestał nawet oddychać, żeby bardziej się nie pogrążać.
  - Słyszeliście to? - zapytała Niśka siedząca nieszczęśliwie na tylnym siedzeniu.
- Nie. Co  mieliśmy słyszeć?
- Kichnięcie. I "aua". I ktoś mruczał, że mam fajny tyłek...
- Może Boris? - zasugerował Novak i spotkał się z wielkim oburzeniem swojego trenera.
- Pewnie ten twój Jon się obudził... Trzeba by go wyciągnąć z tego bagażnika.
Novak, cokolwiek niezbyt szczęśliwy, zatrzymał Multiplę na poboczu i wysiadł z niej, żeby poinformować Jona, że może jechać w samochodzie obok Niśki.
- Na co nam opona do ciężarówki? - zapytał Nole sam siebie, kiedy otworzył klapę i zauważył, że Jon gniecie się w bagażniku z wielką (ale jakże niekształtną!) oponą. W tym samym momencie Jonas uświadomił sobie, dlaczego tenisista go nie zauważył. - Kowalsky! Pakuj się do tyłu obok Niśki!
- Co? Gdzie? Jak? - zapytał Jon, któremu wrócił już naturalny koloryt, ale nadal nie miał pojęcia, co się dzieje.
- Masz iść na tylne siedzenie.
- Ale ja nie chcę!
Novak bez słowa wziął Jona za rękę, wywlókł go z bagażnika i wrzucił na fotel obok mnie. Kiedy wrócił zamknąć bagażnik, odniósł wrażenie, że opona się poruszyła i odetchnęła z ulgą. "Widocznie nawiedzona Multipla... Jak każda..." - stwierdził i wrócił za kierownicę.
  Następny postój odbył się dopiero na stacji benzynowej, tam też odbyła się kolejna dyskusja.
- Ja tam nie chcę iść! Ten pan mnie nie lubi! - wrzeszczał Jon jak małe dziecko, kiedy zobaczył swojego francuskiego znajomego - osiłka, który rzucił w niego kiedyś kamieniem i zrobił mu "wgniecenie na masce".
- Przed chwilą sam mówiłeś, że chce ci się sikać!
- Już nie...
Dopiero teraz wszyscy zauważyli wielką mokrą plamę na spodenkach Jona.
- A ja myślałem, że osikałeś tę oponę... - powiedział Novak patrząc na oponę, która w rzeczy samej zrobiła się mokra. Fischer widocznie też miał potrzebę.
- Dobra, nieważne, chodźmy wreszcie coś zjeść! - zawołali chórem Becker i Niśka i skierowali się w stronę stacji, dziwnie się na siebie patrząc po takiej oznace telepatii.
- Czekajcie na mnie! - krzyknął Nole i pobiegł za nimi, pośpiesznie zamykając drzwi w samochodzie i przytrzaskując Jonowi stopę, która jak gdyby nigdy nic odpadła i upadła na ziemię.
  - Psss... Ty, Jon! - odezwał się Fischer szeptem mając nadzieję, że stworzenie go usłyszy. - Pomógłbyś mi!
- Nie rozmawiam z obcymi oponami - odpowiedział asertywnie Jon.
- Ale to ja... - kichnięcie - Jonas Fischer!
- Nie znam pana. Pan jest oponą, a ja nie znam żadnego człowieka-opony.
- Przesłuchiwałem was w helikopterze.
- Aha. I tak nie ufam oponom.
Zdenerwowany Fischer zdjął kostium opony i stanął w pełnej okazałości przed Jonem, uświadamiając sobie przy okazji, że poza kostiumem opony i różowymi bokserkami nie miał na sobie żadnego ubrania.
- Aaa! Zboczeniec! - wrzasnęło przerażone stworzenie i wybijając po drodze wszystkie szyby wbiegło do znajdującego się przy stacji baru, żeby schronić się bezpiecznie na głowie Novaka.
- Złaź ze mnie idioto!
- Ale... ale tam jest ta opona! I ona jest człowiekiem! Nagim!
- Zjedz coś, bo zaczynasz majaczyć... I gdzie ty masz stopę? - zdziwiła się, choć oczywiście nie bardzo, Niśka.
- On mi przytrzasnął! - tutaj Jon wskazał oskarżycielsko na Novaka.
- A teraz wskakujesz mu na głowę, bo czujesz się przy nim bezpiecznie? - Becker sam nie wierzył w to, co przez ostatnie dni widział i słyszał.
- Dobra, koniec kłótni. Jemy coś, idziemy do samochodu i jedziemy na ten Wimbledon, bo nie ma czasu! - ogłosił super-kierownik Niśka.
- Tak jest, generale! Pani pójdzie przodem - rzekł szarmancko Boris, przepuszczając Niśkę w drzwiach, żeby popatrzeć się na jej tyłek. Co on ma z tym tyłkiem?!
Koniec końców, cała ekipa zebrała się przy Multipli, w której siedział prawie nagi Zakatarzony Pan. Zamknął się od środka, ale na widok min Niśki, Beckera i Novaka szybko otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz.
- Co pan robi w naszym samochodzie?
- To nie jest wasz samochód.
- Znalezione nie kradzione.
- Pozwólcie, że opowiem wam całą tę historię - odezwał się Fischer splatając palce. - Nazywam się Jonas Fischer i jestem niemieckim agentem specjalnym, który został zatrudniony do złapania waszej czwórki jadącej tym przeklętym czołgiem. Może jak go oddam na złom to trochę zarobię... Prawdę mówiąc nie wiem, po co miałem was zamykać w więzieniu... Dobrze, wiem, pieniądze... No więc chciałem zamknąć was dla większej wypłaty, ale wy sobie uciekliście, więc szef kazał mi coś zrobić... - tutaj przerwał, żeby w końcu wziąć oddech. - Otworzyłem wam furtkę, podstawiłem Multiplę...
- A czemu akurat Multiplę? - przerwał mu Nole.
- Bo nikt by się nie zdziwił, że ktoś porzucił taki samochód, czyż nie mam racji?
- No fakt. No i co pan dalej zrobiłeś?
- Schowałem się w moim przebraniu w bagażniku i czekałem, aż się złapiecie na przynętę. I się złapaliście.
- A dlaczego teraz nie jesteś w przebraniu?
- Bo chciałem, żeby ten cały Jon mi pomógł. Ale nie, on uciekł! I to jeszcze bez jednej stopy!
- A to akurat nic dziwnego. Tylko czemu się zamknąłeś w tym samochodzie?
- Przyszedł tu taki umięśniony facet i stwierdził, że ten Jon kiedyś obrażał jego synka. Ja powiedziałem, że nie znam żadnego Jona, a on wtedy chciał mnie pobić. No to się schowałem i tu siedzę, a on gdzieś poszedł.
- To pan niech też pójdzie, bo nam się śpieszy.
- A gdzie wy jedziecie?
- Na Wimbledon.
- Co to jest?
Wszyscy podsumowali to tylko westchnięciem i facepalmem.
- A mogę tam jechać z wami?
- My szpiegów nie przewozimy, sorry - stwierdziła Niśka i podniosła leżącą na ziemi stopę Jona.
- Ale ja się zmienię! Będę dobry!
- Co pan tam mówił? - zapytała, ale nadal była skupiona na oglądaniu stopy. - Nie wypadałoby tego jakoś przyczepić?
- To daj - powiedział Jon i przyłożył swoją stopę do reszty nogi, do której jakimś sposobem nagle się przyrosła.
- To mogę jechać z wami?!
- Nie.
- Czemu nie?
- Bo jesteś szpiegiem!
- Ale ja już tyle z wami jechałem!
- To przebieraj się pan za oponę i pakuj się do bagażnika! - orzekła stanowczo Niśka, a Zakatarzony Pan kichnąwszy dwukrotnie, poszedł spełnić jej rozkaz. Chyba jej tyłek dobrze na wszystkich działa...

TO BE CONTINUED


Dzisiaj słabo... Ale lepszego pomysłu nie miałam... I te ilustracje... Ale spokojnie, będzie ciąg dalszy i ciąg lepszy. A dzisiaj już się żegnam, komentowała dla państwa Niśka, bye!

wtorek, 1 lipca 2014

Jedziemy dalej z tym koksem, czyli podróż na Wimbledon część druga

Witam!

Niśka przybywa dziś z nowym rozdziałem Jona, chociaż nie ma kompletnie pomysłu i najchętniej poczekałaby na przypływ weny, ale potrwałoby to pewnie z miesiąc (albo i więcej), więc po prostu siądę przy komputerze i coś napiszę.

  - Przepraszam pana najmocniej - zaczęła nieśmiało Niśka - Dlaczego chce nas pan wszystkich zamknąć?
- Taka praca - odpowiedział Zakatarzony Pan z idealnym spokojem.
- Jaka praca? - zapytał Nole, który właśnie się obudził i starał się odzyskać świadomość. - Gdzie my jesteśmy?!
- W helikopterze. Transportujemy pana i pana przyjaciół do więzienia za zakorkowanie całej Europy.
- Że co?! Oni nie są moimi przyjaciółmi!
- Czyli ja nie jestem twoim przyjacielem? - zapytał Becker i odszedł na bok, żeby móc spokojnie popłakać w kącie.
- I ja też? - zapytał Jon, który nie wiadomo czemu chciał być przyjacielem swojego wroga, po czym dołączył do Beckera.
- No dobrze, ja to nie jestem... - stwierdziła Niśka, ale dla dotrzymania towarzystwa reszcie udała się płakać na bok.
  Novak nie miał pojęcia, co się dzieje, ale jako że został sam, Zakatarzony Pan mógł go spokojnie przesłuchać.
- Jak się pan nazywa?
- Novak Djokovic.
- Pana narodowość?
- Serbska.
- Data urodzenia?
- 22 maja 1987 roku.
- O, to jak moja mamusia! Miejsce urodzenia?
- Belgrad.
- Gdzie to jest?
- Domyślił by się pan...
- Adolfie, gdzie jest Belgrad? - zapytał Zakatarzony Pan pilota śmigłowca.
- Nie wiem. - pilot odwrócił się do niego ukazując swoje oblicze, a właściwie charakterystyczny wąsik, pasujący również do imienia. - Może w Polsce?
- Co znowu w Polsce? Czego wy wszyscy chcecie od Polski?! - zaczęła awanturować się Niśka.
- Nie polepsza pani swojej sytuacji krzycząc na nas...
- Nie obchodzi mnie to! I tak jakoś wyjdę z tego więzienia! A wy wszyscy macie po prostu jakiś problem ze zrozumieniem, że Polacy to też ludzie!
- Polacy? Ludzie? Ta dziewczynka naprawdę ma coś z głową. Powinniśmy chyba lecieć do psychiatryka... - stwierdził Adolf i uśmiechnął się pod wąsem. - Ale już za późno, jesteśmy już koło więzienia. Miłych wakacji!
  Nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy cała ekipa wylądowała w jakiejś zimnej, ciemnej, kamiennej, wilgotnej, zapleśniałej, obskurnej celi w jakimś niemieckim więzieniu.
- Co my tu robimy? Ma ktoś latarkę? - zapytał szeptem Becker.
- Owszem - odparła Niśka mrocznym głosem, włączyła latarkę w telefonie i przystawiła ją sobie do brody.
- A łom?
- Nie, ale mam wałek do ciasta.
- Och, to świetnie! Zróbmy szarlotkę! - zawołał Novak, jak to przystało na gwiazdora wsadzonego za kratki.
- Może lepiej podkop?
- Wałkiem?
- Nie! Jonem!
- Mną?! - do rozmowy w końcu włączył się Jon.
- No... Bo jako tak dziwne stworzenie jesteś w stanie jakimś magicznym sposobem nas stąd wyciągnąć - wytłumaczyła mu Niśka i usiadła w oczekiwaniu na jakieś jego działanie. Czekała długo.
  Mózg biednego stworzenia był bardzo przegrzany. Nie chciało ono zawieść jednej z nielicznych jakimś cudem je akceptujących osób. Myślało długo, aż w końcu wymyśliło.
- Tutaj jest okno!
- Naprawdę? Cóż to za odkrycie! - Novak w całym swoim gwiazdorstwie stał się przesadnie sarkastyczny.
- Ale można by przez nie wyjść.
- I na pewno przeciśniemy się przez te kraty.
- Ja dam radę! - zaoferował się Jon i w rzeczy samej mógł dać radę.
Reszta zespołu założyła ręce i stała z drwiącymi uśmieszkami na twarzach w bezpiecznej odległości od Jona, który zabierał się do pracy. Stworzenie ze skupienia zrobiło się już z lekka fioletowe. Nikt nie miał jednak zamiaru mu w żaden sposób pomagać.
  Jon zgrabnym uderzeniem głową wybił szybę pancerną w oknie. Z niewiadomych powodów zrobił się w tym momencie zielony, ale nikogo nadal to nie obchodziło. Dopóki Jon nie padł nieprzytomny na podłogę. Tak, teraz też nikt się nim nie przejmował, wszyscy gapili się na niego przez chwilę w osłupieniu, ale potem do akcji łamania krat przystąpił wspaniały duet: Boris Becker i Wałek do Ciasta.
  Boris uderzył w kraty Wałkiem z całej siły. Wałek poległ w tej bitwie, lecz na szczęście kraty również, więc wszyscy mogli wyjść na zewnątrz.
- Dlaczego nikt nie zauważył, że uciekamy? - zapytała Niśka gramoląc się na górę z pomocą Beckera, który musiał koniecznie dotknąć jej pośladków.
- Cicho. Ściany mają uszy i przenoszą plotki - odpowiedział jej pomocnik przykładając palec do ust, przez co Niśka nie miała odpowiedniego przytrzymania i łomotem spadła na podłogę. - No widzisz! Jedno pytanie, a tyle nieszczęścia!
- Teraz niech pan będzie cicho panie Becker. I niech mi pan znowu pomoże.
  Po kilku minutach Niśka siedziała już na świeżym powietrzu i pomagała wciągać podsadzanego przez Novaka Borisa na górę. Po chwili Becker leżał już na trawie obok Niśki, a Nole zgrabnie wyskoczył na zewnątrz.
- A co z Jonem?
- Niech tam zostanie.
- Bądź co bądź, to on rozwalił szybę... - Niśka sama nie wierzyła, że jest skłonna powiedzieć coś dobrego o Jonie.
Novak bez słowa, ale z wyraźnym niezadowoleniem na twarzy, wskoczył z powrotem do celi i zaczął się zastanawiać, jak można wyciągnąć stamtąd bezwładne stworzenie.
- Ma ktoś linę?
- Tak, zawsze noszę przy sobie linę, żeby móc wyciągać swoich znajomych przez okienka jakiegoś niemieckiego więzienia - odwdzięczyła się Niśka za wszystkie sarkazmy Novaka.
- To może byś tak poświęciła jakąś część swojego ubioru? - zapytał Becker z uwodzicielskim uśmiechem.
- Nie. Wy macie te dresy, jakby wam zimno było...
- No bo jest - przerwał jej Novak.
- Ale bez nich też wam nie będzie!
- Ty wiesz, ile taki dres kosztował?! Rozbieraj się! - wykrzyknął Nole i zdał sobie sprawę, jak dziwnie musiało to zabrzmieć.
- Ciekawe tylko, jak chcesz zrobić porządną linę z koszulki na ramiączkach i krótkich spodenek? - Niśka udała, że pedofilskie podteksty jej nie obchodzą.
- No to masz pewnie jeszcze na sobie coś więcej... - zasugerował Becker. - Nie no, żartowałem. Novak, zdejmuj ten dres!
Novak posłusznie ściągnął bluzę, z bólem serca przedarł ją i przywiązał do Jona.
- Za krótka!
W odpowiedzi Becker rzucił mu swoją bluzę.
- Nadal za krótka!
- Nie patrzcie się tak na mnie, nic wam nie dam.
Zrezygnowany Novak zdjął koszulkę, co u Niśki wywołało bardzo przyjemny dreszcz, i przywiązał ją do "liny".
- Mogłeś zdjąć spodnie - stwierdziła już trochę po fakcie Niśka. - Starczyłoby na więcej i nie musiał byś ich rozpruwać.
Novak pominął jej wypowiedź milczeniem i podał jej linę.
- Ciągnijcie i nie gadajcie.
- A może nam pomożesz?
- To nie trzeba go przytrzymywać czy coś?
- Może i trzeba... Ale my go sami nie wyciągniemy - stwierdził Becker.
Tak właśnie Niśka wylądowała z powrotem w celi, gdzie musiała pilnować, żeby zielony Jon nie obijał się za bardzo o ściany.
  Stworzenie zostało w ten sposób wyciągnięte na zewnątrz bardzo szybko i miało na sobie tylko kilka siniaków, które z zielenią komponowały się idealnie w kolorystykę Wimbledonu.W środku została jednak Niśka, a do jej podsadzania zgłosił się oczywiście Boris. Że Niśka ma niby taki fajny tyłek? Ciągnięta w górę przez Novaka i macana przez Beckera po pośladkach szybko znalazła się na trawie obok Jona. Do celi wskoczył znowu Novak, żeby podsadzić swojego trenera, w końcu wyszedł też sam i wszyscy oprócz Jona byli gotowi do drogi.
  - Co z nim zrobimy? - zapytał Becker, który, jak się okazało, najbardziej chciał zostawić biedne stworzenie na pastwę losu.
- Jak już go wyciągnęliśmy - tutaj Novak zrobił pauzę na znaczące spojrzenie się na Niśkę - to trzeba będzie go jakoś zabrać ze sobą.
- Słusznie - potwierdziła Niśka udając, że nie zauważa ani trochę złości w głosie swojego ukochanego tenisisty. Jon był więc ciągnięty przez półnagiego Novaka po trawie, betonie, znowu trawie i znowu betonie aż do płotu, za którym stał sobie jak gdyby nigdy nic samochód marzeń - Fiat Multipla.
- Ten samochód jest porzucony? - zapytał Becker dość retorycznie.
- A kto by chciał takim jeździć, panie Becker? Porzucony na pewno, nawet kluczyki i zapasowe opony obok leżą!
- To teraz trzeba tylko jakoś przejść przez ten płot z drutem kolczastym, tak?
- Na to wychodzi - odpowiedziała Niśka i głośno przełknęła ślinę.
  W tym czasie Novak zdążył już zasiąść za kierownicą Multipli i załadować Jona do bagażnika.
- Jak ty to tak...?
- Nie wiem jak wy, ale ja wyszedłem przez furtkę.
Zdumiona reszta zespołu szybko wybiegła poza obszar więzienia, wsiadła do Multipli i pojechała na Wimbledon. Byli nieświadomi tylko jednej ważnej sprawy, ale sami nie chcieliby jej sobie uświadamiać.





No i to tyle na dziś, komentowała dla państwa Niśka, bye!

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Droga na Wimbledon - część pierswsza

Witam!

Dzisiaj Niśka nie ma szczególnej weny na pisanie Jona, na polu leje, w Londynie też, nie ma żadnych meczów, na centralnym zasłaniają dach (pewnie już skończyli, ale mimo wszytko jeden kort z takim sobie meczem mi nie wystarczy), wolałabym porysować sobie komiksy o mądrościach mądrego konia, ale zamiast tego spróbuję porysować komiksy o Jonie. Spróbuję. I biorę się do roboty. Zacznę normalnym opowiadaniem.

  Jon nie był profesjonalnym kierowcą czołgu - mój dom może to potwierdzić. Chciał mimo wszystko dostać się na Wimbledon jak najszybciej i starał się z całych sił, reszta ekipy jednak nie doceniała jego starań.
  Po godzinie drogi, kiedy znajdowali się w okolicach Łodzi, Becker postanowił się w końcu odezwać.
- Panie Kowalsky, pan źle jedzie.
Cisza.
- Panie Kowalsky! Pan musi skręcić w stronę Anglii!
Cisza.
- Panie Kowalsky! - wrzasnął Boris do ucha Jona. - Tak nie dojedziemy na Wimbledon!
Cisza.
  Becker stwierdził, że Jon musi znać inną drogę i dał sobie spokój. Godzinę później był jednak zmuszony interweniować.
- Panie Kowalsky! - wrzasnął i gwałtownie potrząsnął Jonem.
- Tak?
- Pan źle jedzie!
- Wiem.
- To czemu pan nie zawraca?! Jesteśmy na Ukrainie!
- Jakiej znowu Ukrainie?! - do rozmowy w dość niemiły sposób włączył się Nole i również zaczął potrząsać Jonem, aż w końcu nawet go dusić.
- No właśnie! Co pan sobie myśli, panie Kowalsky?! - Boris popierał najwidoczniej Novaka i prawdę mówiąc nic dziwnego w tym nie było.
- Myślę, że pana ukochany Novak zaraz mnie udusi... - odpowiedziało stworzenie i zemdlało.
  Jon obudził się godzinę później, kiedy jakimś cudem czołg dojeżdżał już do granicy z Niemcami, cały pobity i poturbowany.
- Panie Kowalsky? Panie Kowalsky?! Chyba mnie nie słyszy... Panie Kowalsky?!!!
- Zostaw go Boris, jeszcze cię pobije...
- I kto tu kogo bije?!
- W sumie to ma trochę racji, Nole. Mogliśmy nie używać tych granatów...
W tym momencie do czołgu wkroczyła osoba mało tam spodziewana. Na głowie miała coś w rodzaju mopa, którym ktoś wcześniej wycierał kupę, na twarzy kawałek plastiku za ciężkie pieniądze, ubrana była w worek na ziemniaki, na nogach miała buty za kolejne ciężkie pieniądze i nie były to bynajmniej glany, ojcowie jego sławne bohatery, a imię jego czterdzieści i cztery... Do czołgu weszła Niśka ze swoim wałkiem do ciasta, żeby zrobić tam poważną rozróbę.
- Niśka! - wykrzyknął Jon i mocno ją przytulił. Wytarła się w Novaka i rozpoczęła swoją przemowę.
- Ja, Niśka Maria S., przybyłam tu po odszkodowanie za zniszczenie mojego domu, które jest mi winien zapłacić Jon Kowalski, kierujący obecnie tym czołgiem i nieumiejący nim kierować. Obecnie nie mam gdzie mieszkać i żądam równowartości mojej posiadłości w gotówce. Teraz.
  Jon zabrał Beckera (którego najwyraźniej uznał za przyjaciela i człowieka zaufanego) na bok.
- Panie Becker, ona jest złem!...
- To po co ją pan przytulasz, panie Kowalsky? - przerwał mu Boris.
- Bo kiedyś ją lubiłem... Ale tego jest za dużo! Ona mnie wyrzuciła z domu, zesłała na Syberię, a teraz jeszcze chce odszkodowania!
- Aha. Tak, tak, jasne, pa - Becker z uśmiechem schował telefon do kieszeni. - Żona dzwoniła. Co tam pan mówił, panie Kowalsky?
  W tym samym czasie Niśka postanowiła zabrać Novaka na drugi bok i wyznać mu swoją miłość.
- Czego ode mnie chcesz?
- Panie Djokovic, ja jestem pana wielką fanką!
- To świetnie. A teraz przepraszam, ale muszę nakarmić psa.
- Tutaj nie ma twojego psa, Novak...
- Skąd wiesz?
- Nie jestem ślepa...
- To na co ci okulary?
W tym jakże niezręcznym momencie zadzwonił niśkowy telefon, więc zadowolona poszła go odebrać gdzieś na trzecim boku.
  - Mówiłem, że ona jest złem! Panie Becker, ona jest złem w czystej postaci! Ona ma układy z szatanem! Ona słucha metalu!
- Metalu? Oby Rammsteinu, gdzie ona jest? - Becker skierował się na trzeci bok, gdzie Niśka prowadziła spokojną rozmowę z moim kotem, i szturchnął ją w ramię.
- Sorry kocie, muszę kończyć, pa. Słucham pana?
- Słuchasz metalu?
- Tak.
- Rammsteinu?
- Tak.
- Serio?
- Tak.
- A samochody lubisz?
- Tak.
- Ferrari na przykład?
- Tak.
- Możesz odpowiedzieć jakoś dłużej?
- Tak, oczywiście.
- To lubisz Porsche?
- Tak, oczywiście.
- Miśka!
- Jaka Miśka?! Ja mam na imię Niśka! Niś-ka! Tam jest "ny", żadne "my", tylko "ny"! Rozumiesz gościu?!
Przestraszony Becker udał się na drugi bok, gdzie siedział zdumiony moim zachowaniem Novak.
- To jest wariatka, tutaj trzeba przyznać Kowalsky'emu rację.
- Ależ Nole! Ona lubi samochody i metal! Czegoż chcieć więcej, kobieta-ideał!
- Za mały ma biust.
- Przyznasz chyba, że Marysia Sharapova ma nie większy, co? - to mówiąc Becker szturchnął Novaka z bardzo charakterystycznym dla wypowiadania takich zdań uśmiechem, co sprawiło, że Novak udał się na pierwszy bok, do Jona.
  - Odejdź ode mnie! - wrzasnął Jon na widok Novaka idącego w jego stronę. - Nie lubię cię!
- Wiem.
- To idź stąd!
Nole posłusznie oddalił się na czwarty bok, gdzie po chwili przyplątała się Niśka. Novak nie chciał z nią rozmawiać, więc odszedł na piąty bok. Ona poszła za nim. Poszedł na szósty bok - to samo. W końcu zaczęli się ganiać po całym czołgu.
- Możesz mnie przestać gonić, idiotko?!
- Tylko nie idiotko!
- To przestań mnie gonić! Choć i bez tego jesteś idiotką - dodał Novak ciszej, ale też na tyle głośno, żeby to usłyszała.
- A ja byłam twoją fanką! Myślałam, że jesteś miły i uprzejmy! - zdesperowana Niśka postanawia rozegrać jakąś dramatyczną scenę, żeby... w sumie to nie wiadomo po co, ale to już taka nieprzyjemna cecha Niśki.
- A to nie jestem?
- Jak by ci to powiedzieć, żeby cię nie urazić... No to może tak: nie.
Wściekły i smutny tenisista odszedł na bok numer n-ty, żeby zastanowić się nad swoim zachowaniem. Był to bardzo interesujący - i jakże skuteczny! - patent Beckera.
  Tymczasem czołg przemierzał spokojnie Niemiecką autostradę, blokując ruch początkowo tylko na niej, następnie na wszystkich połączonych z nią drogach, potem i w całych Niemczech, a na koniec w całej Europie. Policja nie mogła do nich dojechać, więc jechali dalej niczego nieświadomi. Dopóki na ich poszukiwania nie wyruszyły śmigłowce...
- Prosimy wszystkie osoby przebywające w czołgu w kolorze piłeczki tenisowej o wyjście na zewnątrz z podniesionymi rękami i o porzucenie wszelkiej broni! - odezwał się głos z nieba, wyglądało na to, że miał lekki katar.
- Panie Kowalsky! Co pan narobił?! - zdenerwował się Becker i potrząsnął Jonem.
- Ja? Nic! Ja teraz nie kieruję tym czołgiem!
- No racja... A kto kieruje?... Novak! Novak? Jak mogłeś nam to zrobić?!
- Moja to wina, że ten czołg tak powoli jedzie?!
- To mogłeś nie jechać autostradą!
- PROSIMY WSZYSTKICH O OPUSZCZENIE CZOŁGU. W PRZECIWNYM RAZIE BĘDZIEMY ZMUSZENI STRZELAĆ - zakatarzony pan odezwał się już bardziej stanowczo i załoga czołgu postanowiła się naradzić, a następnie wyjść z pojazdu.
- Niech pierwszy pójdzie ktoś znany! - zaproponowała Niśka. - Najlepiej Novak.
- Niech pierwszy pójdzie największy idiota! - zaproponował Becker i zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno będzie to Jon.
- Niech pierwszy pójdzie ten, kto nas najbardziej wyzywa od idiotów i wariatów! - zaproponowała z kolei Niśka.
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który nie rozumie, że jest idiotą!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który ma najbardziej ubogi zasób słownictwa!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który nie rozumie celowych powtórzeń!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który nie umie wymyślić nic sensownego na swoją obronę!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który próbuje bezsensownie przedłużać tę kłótnię!
- Niech pierwszy wyjdzie ten, który ją zaczął!
  Podczas gdy Niśka i Becker kontynuowali swoją kłótnię, Novak i Jon wyszli ostrożnie z czołgu.
- CZY W POJEŹDZIE ZNAJDUJE SIĘ KTOŚ JESZCZE? - zapytał Zakatarzony Pan.
- Tak - odpowiedział Novak, niepewny, czy ktoś go w ogóle usłyszał.
- DLACZEGO WIĘC NIE WYSZEDŁ?
- Aktualnie kłóci się z jakąś walniętą dziewczynką.
- CZYLI SĄ TAM DWIE OSOBY?
- Nie wiem, czy ta dziewczynka liczy się jako osoba...
W tym momencie Nole przewrócił się nieprzytomny po uderzeniu wałkiem do ciasta w głowę.
- CO SIĘ PANU STAŁO? - zapytał najbardziej troskliwie jak umiał Zakatarzony Pan.
- Ta wariatka walnęła go wałkiem do ciasta! - wykrzyknął Becker.
- Właśnie! - potwierdził Jon.
- Należało mu się! - stwierdziła Niśka.
- A KTO KIEROWAŁ TYM CZOŁGIEM?
- Novak! - odpowiedziała reszta ekipy chórem.
- ON I TA DZIEWCZYNKA LĄDUJĄ ZA KRATKAMI. NIE UKRYWAMY, ŻE CHCEMY ZAMKNĄĆ WAS WSZYSTKICH, WIĘC MUSIMY ZNALEŹĆ JAKIEŚ WASZE PRZEWINIENIA.
- On ciągle mnie wyzywa i mi grozi!
- A on rozwalił dom tej wariatki!
- TO ŚWIETNIE. ŁADUJCIE SIĘ WSZYSCY DO HELIKOPTERA.
  Wszyscy (oprócz Novaka, którego trzeba było wnieść) posłusznie weszli do helikoptera akurat wtedy, kiedy Zakatarzony Pan wydmuchiwał nos. Więc jednak miała katar!
- PROSIMY O ZAPIĘCIE PASÓW...
- Człowieku, mówże normalnie, bo mi już głowa pęka!
- Ach, dobrze, już. Więc prosimy o zapięcie pasów i życzymy miłej podróży. W jedną stronę... - dodał mrocznym głosem i kichnął.

CIĄG DALSZY NASTĄPI




No i to tyle na dziś, żegnam się z państwem, komentowała dla państwa Niśka, teraz czas na reklamy, a raczej na pójście spać... W każdym razie, bye!

niedziela, 29 czerwca 2014

Wow.

Witam!

Niśka dawno nie widziała tak dużej liczby wyświetleń (może dlatego, że od dawna nie wchodziła na bloga, ale cicho) i bardzo ją to cieszy. Dzisiaj spróbuję zabrać się za zmianę wyglądu bloga na bardziej wakacyjny... Ups, na polu leje. Ale nie, będzie ładnie. Naprawdę. Słoneczko, chmurki... Ciemne chmurki! Znaczy takie białe i niewinne chciałam powiedzieć... Z Niśką jest naprawdę bardzo źle. Po raz pierwszy wyzna publicznie, że jest porąbana. A teraz pora na reklamy. Znaczy... Niśka po prostu się nudzi, bo nie ma o kim myśleć... Może tylko rysować głupie obrazki, które nawet nie mają z rzeczywistością nic do czynienia. Przykład zamieszczam niżej i prawdę mówiąc nie mam pojęcia, co mnie skłoniło, żeby to narysować...


Zresztą nieważne... Co do Jona, to spróbuję wymyślić coś ciekawego, żeby Magda nadal mogła się głupio uśmiechać przy czytaniu, a cała reszta mówiła, że "bardzo fajne". W każdym razie biorę się do roboty, bo trochę późno się robi, a ja siedzę i piszę głupoty.


Na dzisiaj to tyle (plus zmiana wystroju, ale to później), jutro postaram się zrobić opowiadanie. A tymczasem zwyczajowo mówię bye!

sobota, 28 czerwca 2014

No to ten... Kolejny rozdział piszę... Ehm...

Witam!

Niśka przestraszona, lecz z podniesioną głową powraca na swego bloga, by dokończyć pisanie tego opowiadania i stworzyć wreszcie jakieś, na które będzie miała więcej pomysłów. W każdym razie ma być lepiej. Powodzenia Niśko! Dobra, zaczynam pisanie.

  Jon szedł spokojnym krokiem przez czarnobylskie łąki, podrygując tylko przez łomot swojego serca, które znajdowało się w tym momencie w jego prawej dłoni. Dookoła niego było mnóstwo czołgów, ale po złych doświadczeniach z przeszłości nie chciał do żadnego wsiadać.
  Ale w tym momencie nadjechał ten jeden niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju czołg. Był pięknie pomalowany (w jakąś tabelkę, zdaniem Jona) i wprost przyćmiewał wszystkie inne swoim blaskiem. Jon musiał spróbować.
- Heloł, maj nejm is Dżon. Ken Aj goł łif ju? - zapytał swoim zwyczajem, kiedy facet w masce przeciwgazowej otworzył właz.
- Chwila, chwila... Jak masz na imię? Jon? - zapytał facet akcentując fonetyczną wymowę imienia Jon.
-  Nie. Dżon. Dży - O - Ny - przeliterowało zdenerwowane już stworzenie.
- Masz bardzo chemiczne imię! Jesteś kationem czy anionem?
- Jestem człowiekiem! - skłamał Jon, jednakże i bez takiego został wpuszczony do środka.
- Patrzcie chłopcy, kogo wam przyprowadziłem! - wykrzyknął facet wprowadzając Jona do cokolwiek dziwnie wyglądającego wnętrza czołgu - no może nie dziwnej od czołgu gospodyń.
- No? Kogo?
- To jest Jon, chłopcy. Jon! - facet miał w glosie coraz więcej entuzjazmu, jego koledzy w oczach wręcz przeciwnie - patrzyli się na niego z minami "człowieku, czy ty masz na pewno dobrze założoną tę maskę?".
- Zdzisiu, czy tobie to czarnobylskie powietrze nie szkodzi? - odważył się jeden z panów siedzących dookoła różnych dymiących się mniej lub bardziej substancji.
- Nie sądzę, Heniu. Po prostu przyprowadziłem nam obiekt badań - odparł spokojnie Zdzisław.
- Obiekt badań? Co wy mi chcecie zrobić?! - Jon wyraźnie się przestraszył i jego serce, znajdujące się obecnie w okolicach lewego kolana, zabiło zdecydowanie mocniej, co zwaliło go wręcz z nóg.
- Czyli to jest jednak człowiek? - Henryk był wyraźnie zasmucony tym faktem i postanowił dalej nie interesować się gościem. Reszta ekipy zrobiła to samo.
  Było ich czterech: Zdzisław, Henryk i jeszcze jakichś dwóch. Wszyscy mieli na sobie białe fartuchy i maski przeciwgazowe, żaden z nich nie wyglądał na normalnego. W czołgu było mnóstwo półek z różnymi butelkami, w których z kolei były różne substancje, które czwórka facetów wykorzystywała w różny sposób, kiedy siadali przy swoim magicznym stole. Stało na nim kilka naczyń połączonych, jakieś flakony, rurki, probówki i inne dziwne przedmioty. Na samym środku stołu paliło się fioletowe ognisko, a w całym pojeździe unosiły się chmury tęczowego dymu, a raczej opary substancji używanych przez Henia, Zdzisia i ich dwóch kolegów. Mówiąc krótko, Jon trafił do czołgu szalonych chemików i wcale nie był z tego względu zadowolony.


  - Mogę już wyjść? - zapytał nieśmiało Zdzisia, kiedy ten podpalał jakąś niebieską substancję.
- Ale gdzie chcesz iść?
- Na zewnątrz.
- Po co?
- Żeby nie być tutaj.
- Aha.
- To mogę?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo nie przeprowadziliśmy na tobie jeszcze żadnych badań.
Usłyszawszy te słowa Jon po prostu wyszedł z czołgu i nie zamknął włazu dla podkreślenia swojej frustracji.
- Te, Jon, drzwi się zamyka! - krzyknął za nim Zdzisław, ale zdesperowane stworzenie postanowiło nie zwracać na niego uwagi. - Głuchy jesteś? Wróć tu i to zamknij!
Jon go już jednak nie słuchał, widział bowiem to, czego szukał od zawsze - czołg tenisowy. Pobiegł za nim utykając na prawą nogę - jego serce było teraz w prawej stopie i powoli przemieszczało się w górę, co sprawiało biednemu stworzeniu wielkie trudności w poruszaniu - ale woli walki nie tracił i wiedział, że tylko w tym jednym jedynym czołgu znajdzie zrozumienie.
  - Czego chcesz? - zapytał jakiś miły pan otwierając mu właz. Wyglądał na dobrego człowieka, który nie zrobi Jonowi wielkiej krzywdy.
- Chciałem wejść i pojechać z wami. Jestem tenisistą.
- Możesz to udowodnić? - to mówiąc Miły Pan dał Jonowi rakietę i piłeczkę tenisową.
Stworzenie poczuło nagły przypływ energii, wynikający może z tego, że jego serce wreszcie było na swoim miejscu i nie zamierzał się z niego ruszyć, a może i z tego, że w końcu znalazł się w swoim żywiole.
  Zaserwował. Trafił w jakiegoś żołnierza, który odpowiedział ogniem. Miły Pan złapał Jona za włosy i wciągnął do środka, ratując go przed podziurawieniem.
- Jak się nazywasz i które masz miejsce w rankingu?
- Nazywam się Jon Kowalski i zajmuję pi miejsce w rankingu Ej-Ti-Pi.
- Ach, tak, słyszałem.
Teraz dopiero Jon zauważył, z kim rozmawia. Była to legenda tenisa, Boris Becker.
- Podpisze mi pan autograf? - wypalił Jon jak ustrzelony przez niego żołnierz z karabinu maszynowego.
- Nie ma teraz czasu, jedziemy na wojnę!
- Właśnie, co to za wojna?
- No z Rosją.
- Byłem tam... - w tym momencie stworzenie zasłabło. Przypomniało sobie kury, gryzący dym, płonący kurnik, pierwsze czołgi... Tego było dla niego zdecydowanie za dużo.


  - Żyjesz? - zapytał jakiś głos, który Jon kiedyś już słyszał, ale nie był sobie w stanie uświadomić gdzie.
- To bardzo prawdopodobne - odpowiedział i starał się otworzyć oczy.
Dookoła Jona zebrał się cały sztab trenerski Novaka Djokovica z samym Novakiem Djokovicem na czele. Wszyscy starali się jakoś obudzić biedne stworzenie bijąc je po twarzy, szczypiąc i oblewając wodą. W końcu im się udało, kosztowało ich to jednak sporo wysiłku, a efekt końcowy i tak najlepszy nie był.
- Kim państwo są? - zapytał Jon, który nadal widział wszystko jak przez mgłę.
- Ja jestem Novak Djokovic.
- Nie lubię pana. Wolę Federera.
W Novaku wezbrał gniew. Nie znosił, kiedy ktoś mówił, że jego wrogowie są lepsi. Była to cokolwiek zmaza na jego honorze, choć obiektywnie rzecz biorąc oni byli lepsi. No dobrze, wywyższanie nad Novaka Andy'ego Murray'a albo kogokolwiek innego niż Rafa Nadal albo Roger Federer było absurdalne. Ale tenisista ten musiał się z tym liczyć mając za pocieszenie tyle, że są na świecie ludzie, którzy widzą, że Rafa ciągle drapie się po tyłku, a Roger nigdy się nie uśmiecha.
- Proszę pana, wszystko z panem dobrze? Nie chciałem sprawić panu przykrości ani tym bardziej wywołać u pana zawału serca...
- Jak on może lubić kogoś innego ode mnie? Przecież nie jestem od nich w niczym gorszy, a nawet ładniejszy i skromniejszy! - w tym momencie Novak uświadomił sobie, że myśli na głos i podsumował wszystko szerokim uśmiechem.
  "Ten Djokovic to musi być prawdziwym wariatem..." - myślało stworzenie tracące resztki sympatii do tego tenisisty. Musiało jednak zostać w jego czołgu, była to jego jedyna nadzieja na przedostanie się do cywilizacji w stosunkowo przyjaznej atmosferze.
- Panie Kowalsky, może pan pozwolić tu na chwilkę? - zapytał Becker Jona, który właśnie sobie uświadomił, że wszyscy tutaj zwracają się do niego po polsku. "Rosja" - pomyślał tylko i podreptał za trenerem Novaka do jakiegoś ciemnego kąta.
- Tak?
- Panie Kowalsky, pan nie może tak obrażać mojego podopiecznego. To bardzo rani jego ego...
Jon wyobraził sobie nóż wbity w cień Djokovica, jakoby ten cień miał być jego ego, i mimowolnie się uśmiechnął.
- Musi pan więc udawać przynajmniej, że nie ma pan żadnego "ale" do Novaka, w przeciwnym razie...
Jon patrzył w sufit zachwycony swoją wizją i bynajmniej nie zwracał uwagi na dyplomatyczne starania Borisa.
- Panie Kowalsky! Jeżeli nie będzie pan miły dla Novaka, zostanie pan momentalnie wyrzucony z pojazdu i nie będzie nas obchodzić, co się wtedy z panem stanie.
- Dobrze, dobrze - stworzenie zafascynowane swoją wizją udawało, że nie przejęło się tymi słowami. Mimo piękności swoich imaginacji wolało jednak posłuchać Beckera, bo włóczenie się po Czarnobylu nie było ani trochę przyjemne.
  Nagle czołg się zatrzymał.
- Co się stało? - zapytał Becker resztę zespołu, która właśnie wychodziła z czołgu.
- Znaleźliśmy świeże powietrze!
Jon i Boris momentalnie dołączyli do reszty.
- Gdzie jesteśmy?
- W Polsce. W Sosnowcu dokładnie.
- W Sosnowcu?! Tutaj nie ma świeżego powietrza! - wykrzyknął Jon i rozkazał wszystkim wrócić do czołgu.
- Panie Kowalsky, co pan kombinuje?
- Po prostu was ratuję! Musimy pojechać do Dąbrowy Górniczej, tam mieszka moja dobra znajoma!
  Kilka minut później pod moim domem zatrzymał się cały korowód czołgów. Oderwałam się od komputera i wyjrzałam przez okno. Nie wyglądało to obiecująco, więc wróciłam do komputera.
  - Chyba nie ma jej w domu. W takim razie jedźmy na wojnę - orzekł Jon i zabrał się za sterowanie czołgiem, wysadzając przy okazji mój dom w powietrze, był to jednak mało znaczący szczegół.
W tym momencie do czołgu ktoś zapukał.
- Gazetę przyniosłem - powiedział mały chłopczyk stojący przed włazem.
- Co nowego na froncie?
- Pokój podpisali, wojny nie ma.
- Jak to nie ma?!
- Normalnie.
- To po co... po co te wszystkie czołgi, przelana krew et cetera, et cetera, et cetera?
- Panie Becker, proponuję panu się uspokoić i pojechać stąd jak najszybciej, bo biegnie tu właśnie jakaś wściekła dziewczynka z wałkiem do ciasta.
- Dobrze załogo, jedziemy gdzieś indziej. Gdzie chcecie jechać?
- Może by tak na Wimbledon? Jesteśmy cokolwiek tydzień spóźnieni...
Jon tak zachwycił się wizją truskawek ze śmietaną, oglądania Federera w jego żywiole, zwiedzaniem Londynu, a może i samodzielną grą, że sam pokierował czołgiem, w nieodpowiednią stronę co prawda, ale tak to już bywa, kiedy jest się między Rosją a Sosnowcem.

THE END


Opowiadanie takie sobie... Ale cóż... W najbliższym czasie postaram się wykombinować coś o drodze Jona i zespołu Novaka na Wimbledon, tymczasem jest już późna noc, więc idę spać i się z państwem żegnam, komentował dla państwa... Znaczy idę sobie i postaram się niedługo wrócić, bye!

czwartek, 17 kwietnia 2014

Powracam z Jonem, po dwóch miesiącach i wysłuchaniu wielu ciekawych informacji o Rosji... A, to jest tytuł posta!

Witam!

Jak już się trochę rozpisałam, powracam wreszcie z nowym opowiadaniem o Jonie i teraz naprawdę obiecuję poprawę. Nie miałam naprawdę czasu, żeby wymyślać opowiadanie przy barku weny, teraz wena przyszła, więc jest i opowiadanie. Liczę na to, że ktoś to w ogóle przeczyta... Nieważne, zabieram się do roboty zanim wena sobie pójdzie.

Ciekawy przypadek... Jona - część druga

  Jon stał w kurniku z kaktusem na tyłku - to było pewne. Działy się tu dziwne rzeczy - to też. Kury nie były normalne - zdecydowanie tak. Kury miały naprawdę poprzewracane w tych swoich główkach - to było najpewniejsze ze wszystkiego.
  Ukontentowany swoimi przemyśleniami Jon zaczął powoli odzyskiwać świadomość. Nie wychodziło mu to jednak najlepiej, zapewne przez gryzący dym. Jon postanowił opuścić to pomieszczenie czym prędzej, zanim zostanie poważniej pogryziony.
  Dym zrobił jednak swoje i po wyjściu z kurnika Jon nosił tyle śladów po ugryzieniach, jakby zaatakowały go kury we własnej osobie. Znajdował się jednak w Rosji i nawet taki idiota jak on miał tego świadomość, więc nie okazał temu większego zdziwienia. Nie wzruszył go również widok czołgu przejeżdżającego tuż przed jego oczami ani wielkiego pożaru jednego z pobliskich domów. Rosja miała, ba! ma nie tylko porąbanych mieszkańców, ale też źle wpływa na wszystkich odwiedzających ją turystów.



 Jon się o tym przekonał na własnej skórze. Nawet rosyjski dym jest nienormalny.
-  Łot is dys czołg duing hir?! - zapytał sam siebie Jon po chwili zastanowienia, kiedy obok niego zdążyło przejechać już z 5 innych czołgów. - Wiem! On jedzie! - odpowiedział po kolejnej chwili namysłu.
  Czołgi jechały faktycznie, nie było co do tego wątpliwości. Tylko gdzie jechały? To pytanie dręczyło wszystkich filozofów i mnie, Jona dopiero trochę później, kiedy stworzenie odzyskało resztki swojej i tak nikłej świadomości. Gdzie czołgi jechały, wiedzieli tylko kierujący nimi ludzie. Za to w głowie Jona pojawiła się błyskotliwa myśl, która zaskoczyła mnie, filozofów i nawet samego Jona: "Na wojnę. Czołgi jadą na wojnę". Istniało ogromne prawdopodobieństwo, że miał rację. Taki błysk inteligencji u tego stworzenia zmartwił jednak filozofów, jako że mógł stanowić dla nich konkurencję. Najbardziej jednak martwiło ich to, że stanowił ją tylko w Rosji - kraju dziwnym i niezbadanym, który wypadałoby jednak zbadać.
  Kiedy obok Jona przejechało 5 kolejnych czołgów, a Rosja nadal była niezbadana, nad wsią przeleciało coś czarnego. "Samolot!" - pomyślał Jon i aż podskoczył z radości na wspomnienie naszych podróży śladami Wielkiego Szlema. Nie był to jednak zwykły samolot. "To jest samolot wojenny" - pomyślał Jon i utwierdził się w przekonaniu, że wojna się zbliża.
  "Na co komu wojna w takim pięknym kraju?" - rozmyślało stworzenie, kiedy pokaleczyło sobie rękę o kaktusa, próbując podrapać się po tyłku. Miało całkowitą rację, może pomijając fakt piękna Rosji."Ała" - pomyślało stworzenie patrząc na swoją zakrwawioną rękę. Wyglądała niezbyt dobrze, jednak na czołgi w tle dopełniały krajobrazu i dla osób patrzących na to z boku nie byłoby to niczym nadzwyczajnym. Dla Jona było. Miał w końcu kaktusa na tyłku.


  Świeciło słońce, choć może był to grzyb atomowy - tego nie wiedział nikt. Był piękny dzień i nikt nie spodziewał się niczego nadzwyczajnego. Kury tym bardziej.
- Ko-ko-ko-ko gdak! - zawołał kogut paląc któregoś już z kolei skręta. Wyglądał na dosyć znudzonego.
- Ko... Ko... Koooo... GDAK! - wydyszał kurzy posłaniec przebiegając miedzy nogami Jona (i przewracając go), wciskając się do kurnika i krztusząc się dymem. Oczywiście nikt nie wiedział, co by to mogło oznaczać, ale kury zaczęły się wyraźnie denerwować, bo zapaliły jeszcze więcej skrętów.
- Ko? Gdak kok-o? - dopytywał się kogut.
- Ko-gdak-k-oko!
Ostatnie zdanie musiało być bardzo ważne, bo po tych słowach w kurniku wywołało się wielkie poruszenie. Chociaż nie, ono było jednak wywołane dymem, który bardzo mocno pogryzł kury. Wybiegły spłoszone z kurnika, wpadając prosto pod jadący drogą czołg.
- Co ty robisz <cenzura> z moimi ptakami?! - zaczął wrzeszczeć właściciel kur na czołg.
- Bat proszę pana, czołgi can't spik! - wykazał się mądrością Jon, został jednak olany, z tego też powodu zrobił się mokry jak po oblaniu promieniami słonecznymi.
  Dalsza wypowiedź wieśniaka była bardzo niecenzuralna i nie nadawała się absolutnie do opublikowania, były jednak ważniejsze rzeczy do opisania. Wieś wyglądała teraz dość nieprzyjemnie, głównie ze względu na rozjechane kury. Ręka Jona wyglądała niewiele lepiej. Na szczęście na niebie świeciło słońce (lub grzyb atomowy - tego nie wie nikt) i dawało pobliskim mieszkańcom płomyk nadziei. Nie był to nawet płomyk, tylko cały płomień, kilka płomieni... Palił się bowiem kurnik od wszystkich porzuconych przez martwe już kury skrętów.
  Niczym była jednak jednak ta wieś w porównaniu do radioaktywnej wsi obok, do której Jon niezwłocznie się udał. Tam ujrzał dzielnych młodych ludzi wsiadających do czołgów.
- MÓJ UKOCHANY ZESPÓŁ! - wykrzyknęło stworzenie widząc kilku uroczych młodzieńców wsiadających do różowego czołgu.
Mówiąc krótko, było to pięciu chłoptasiów w różowych gaciach, zwanych potocznie One Direction, co oznacza "jeden kierunek" - w tym wypadku: kierunek wojny.
- Quo vadis, Liam? - zapytał Jon jednego z chłoptasiów, który tylko dziwnie się na niego spojrzał. - Ken aj goł łif ju?
- Of kors, kam in...
- Maj nejm is Jon. Jon Kowalski.
- Grejt, Kon Jowalski. Kam in.
  Wnętrze czołgu przypominało trochę dom syberyjskiego hippisa. Nawet bardzo.
- Hej gejs... sory, gajs. Gejs... dys is Kon Jowalski - przedstawił Jona Liam reszcie różowej załogi. - Hi łil bi traweling łif as. Łot du ju fink ebałt it?
Na te słowa reszta odpowiedziała dziwnym wyciem, coś w stylu odgłosów godowych. Najprawdopodobniej byli zwyczajnymi pedałami i na widok faceta (o ile Jona można tak nazwać) bardzo się ucieszyli.


  Jon byłby w siódmym niebie, gdyby tylko wiedział, gdzie mają zamiar dojechać różowe chłoptasie w domu hippisa. Nie raczyli jednak odpowiedzieć na jego pytanie zadane każdemu z osobna. "Żaden z nich nie uczy się łaciny? Jak to?" - zaczął się zastanawiać Jon i przez całą drogę było to jego jedyne zajęcie.
  - Dat's łot mejks ju biutiful! - wyły różowe chłoptasie, próbując umilać Jonowi czas.
- Bat quo vadis? - dopytywał się dalej Jon.
- Łan łej or anoder...
Na dźwięk tej piosenki w Jonie coś się przełamało. Był to poważny wstrząs i bliski był załamania, kiedy jej słuchał. Niewiele brakowało, żeby wysiadł z czołgu...
- Jaki to ma piękny i głęboki tekst! - wykrzyknął i zaczął śpiewać z chłoptasiami, odrzucając przemyślenia na bok z taką siłą, że aż zrobiły wgniecenie w czołgu. Na szczęście chłoptasie nic nie zauważyły. - Aj'm gona fajnd ja, aj gecz ja, gecz ja, gecz ja!
  Różowy czołg powoli posuwał się za innymi w świetle grzyba atomowego z wsi obok. Wyglądało to naprawdę majestatycznie, a dźwięki "prawdziwej muzyki" tylko dodawały tej scenie uroku. Rozśpiewany i chyboczący się na wszystkie strony (to jest: prawo, lewo, przód, tył, góra i dół) pojazd zaczynał powoli znikać w kłębach dymu dużo bardziej gryzącego od tego z kurzych skrętów. 
  - Aj... Aj... Aj duszę się! - wykrzyknął Jon, nie słyszały go jednak pedały w różowych maskach gazowych, które były równocześnie zajęte wzajemną adoracją. - AJ DUSZĘ SIĘ, DE FAK!
- Gejs... Sorry, gajs... Hi's duszing himself or samfing lajk dys - odezwał się w końcu... niewiadomo który z nich, bo w maskach byli identycznie pedalscy.
- Mejbi łi'll help him?
- Noł, hi's fajn.
- NOŁ! AJ'M NOT FAJN! AJ SIĘ DUSZĘ!
- Aj sed hi's duszing himself! Let's help him, gejs...gajs, sorry.
W tym momencie banda różowych chłoptasiów rzuciła się jednocześnie na Jona, dusząc go jeszcze bardziej. W tym samym momencie Jon pożałował, że jego ulubionym zespołem był Jeden Kierunek.
  Wychodzenie na świeże... ekhem... znaczy bardziej radioaktywne niż śmierdzące powietrze było trochę niebezpieczne i mimo że różowy czołg wyjechał już z Rosji, Jon nadal zachował resztki rozumu. Trzeba jednak wziąć pod uwagę fakt, że Jon był Jonem i potrafił wypić 5 litrów wody utlenionej bez większych uszczerbków na zdrowiu, więc w rezultacie zdecydował się na opuszczenie czołgu i przy odrobinie szczęścia na przesiadkę do innego. 
  Stworzenie otwarło właz i wzięło głęboki oddech. Oczy wyszły mu na wierzch (o ile dwie pionowe kreski mogą czegoś takiego dokonać), organy wewnętrzne pozamieniały się miejscami, serce waliło mu gdzieś obok kaktusa tak mocno, jakby ktoś wpuścił tam psa biegającego za piłką. Sytuacja miała jeden plus - kaktus pod wpływem wstrząsów się odczepił i spadł prosto na głowę jednego z chłoptasiów. Jon wziął jeszcze jeden wdech i przez mgłę dostrzegł napis, którego ujrzeć był nie powinien: "WELCOME TO CZARNOBYL".


  Jon powoli wywlókł się do końca z czołgu i obalił się na ziemię oddychając bardzo ciężko... Nic dziwnego skoro wspaniałe czarnobylskie powietrze składało się głównie z metali ciężkich, które nie wiadomo jak uzyskały stan gazowy. Stworzeniu udało się jednak doczołgać do innego czołgu - takiego z mnóstwem ćwieków i kolców. "Emo-czołg" - przemknęło Jonowi przez głowę, a właściwie przez stopę, bo tam znajdował się na chwile obecną jego mózg.
- Ken aj goł łif ju? - zaczął Jon swoją stałą śpiewką.
- Noł. Fak ju - odparł jakiś emo w najeżonej masce gazowej.
"Szkoda, że ten kaktus odpadł. Wtedy też bym miał kolce" - pomyślał Jon i zrobił słodkie oczy.
- Fak ju - powtórzył emo i zamknął właz.
  Kolejny odwiedzony przez Jona czołg był zdecydowanie bardziej przyjazny, jechało nim bowiem koło gospodyń wiejskich i to w dodatku mówiących po polsku!
- Ken aj goł łif ju?
- Wsiadaj syneczku, jakiś ty chudy! - wykrzyknęła gospodyni strzegąca włazu wpuszczając Jona i sadzając go przy stole przed wielką miską klusek. - Jedz kochanie!
  Jon zeżarł kluski w czasie około jednej minuty, po czym zaczął rozglądać się po wnętrzu czołgu. Było tam dosyć przytulnie, wszystko było obwieszone dzierganymi na drutach chustkami, szaliczkami i Bóg wie czym jeszcze. Nawet maski gazowe babcie szyły na drutach, z tą tylko różnicą, że zamiast wełny używały kevlaru. Były trochę świrnięte, ale i tak lepsze od Jednego Kierunku.
- Gdzie panie jadą? - zapytał Jon oglądając dokładnie serwetę w kształcie czołgu.
- Na wojnę.
- A gdzie ta wojna?
- Na świecie.
- A dokładnie?
- A na co ci to wiedzieć, synku? Jedz! - odparła najbardziej zaradna gospodyni i nałożyła mu kolejną porcję klusek.
Podczas gdy stworzenie grzecznie jadło, babcie zaczynały zbierać się do śpiewania. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nagle nie wyciągnęły gitar elektrycznych i perkusji.
- No to... Zaczynaaaaamyyyyyyyyyyy! - ryknęła liderka zespołu uderzając w struny swojej gitary. Po chwili dołączyła się reszta. - Aj hew sejl tu meny lands end maj dżornej... A teraz tak na serio laski, co śpiewamy?
- Koko-koko Euro-spoko!
- To zaczynaaaaamyyyyyyyy! Cieszą się Polacy, cieszy Ukraina, że tu dla nas wszystkich (tu włączają się wszystkie gospodynie) WOJNA SIĘ ZACZYNA! Koko-koko Euro-spoko, bomba leci hen wysoko, wszyscy razem zaśpiewajmy, Putinowi dajmy...
- Ale co mu mamy dać, Krysiu?
- Nie wiem. Może... Nie to nie. Nie wiem. Ale się rymuje.
  Tymczasem Jon wyszedł z czołgu gospodyń. "Koko-koko" za bardzo przypominało mu jego znajome kury i ich skręty. Skierował się do innego pojazdu z dzierganą na drutach maską na głowie - o dziwo niezwykle skuteczną.



   Jon miał dosyć muzyki, więc chciał tym razem znaleźć czołg, w którym nikt nie będzie śpiewał. Było to jednak zadanie z lekka niewykonalne, bo sporą większością czołgów jechały jakieś szanujące się (lub też i nie) zespoły muzyczne.
- Mozart's fans - przeczytał Jon napis na jednym z czołgów i od razu się od niego oddalił. - Dawid Kwiatkowski, dziubek, trójka, fans, myślnik, kwiatonatoren... Łots?!
Mimo początkowego przerażenia Jon postanowił jednak zapukać do włazu, nie chciał przebywać całej drogi na wojnę piechotą.
- Ken aj goł łif ju?
- Aj not spiking inglisz - odparł jakiś długowłosy chłopczyk w wyzywającym makijażu, ubrany w różową sukienkę.
- Aj ken si - odparł Jon i poszedł szukać dalej, nie mając świadomości, że z dziewczynką tą mógł porozumieć się w języku ojczystym.
  Długo trwała jego wędrówka, dopóki nie dotarł do pojazdu wyglądającego dość obiecująco. Na pierwszy rzut oka.
- Czołg intelektualistów? - zapytał Jon sam siebie. Intelektualiści jadący czołgiem jednak wszystko słyszeli i niedługo siedział przy stoliku szachowym na wykładzie pod tytułem "Kim są intelektualiści i jak ich rozpoznać wśród tłumu". Na szczęście zasnął, zanim zdążył popełnić samobójstwo.
- A teraz mała ankieta dla pana. Zobaczymy, co pan zrozumiał z wykładu - zwrócił się go powoli przebudzającego się Jona jakiś uśmiechnięty okularnik.
- Eee... Łot?
- Ma pan wypełnić ankietę po wykładzie - powtórzył okularnik uśmiechając się jak lalka Barbie.
- Stosuje pan botox? - zapytał Jon patrząc z przerażeniem na uśmiech "intelektualisty".
- Nie. To tylko Krym na noc i Krym na dzień! - wykrzyknął okularnik i roześmiał się razem ze swoimi kolegami. Jon ostrożnie się ulotnił. - Ej, gdzie poszedł ten facet? Ulotnił się! On jest gazem, ahahahaha!
  Tymczasem stworzenie w ledwo już spełniającej swoją rolę masce przemierzało czarnobylskie drogi w poszukiwaniu czołgu, w którym będzie mógł pojechać na wojnę.
- Ken aj goł łif ju? - zapytało swoją ostatnią deskę ratunku - czołg dziennikarzy BBC.
- Of kors not.
- Łaj not?
- Bikołs ju ar raszian, aren't ju?
- Aj'm połlisz!
- Soł ju kant goł łif as. Łi ar inglisz end łi don't lajk połlisz men.
- Plis! Aj'm soł tajerd and aj'm dajing hir! Help mi!
- Noł - odparł stanowczo dziennikarz i zamknął właz. Wielkie było jego zdziwienie, kiedy zobaczył Jona siedzącego wśród jego kolegów, którzy najwyraźniej nie podzielali jego zdania o tym stworzeniu.
- Dys is Kon Jowalski. Hi's maj bigest fan - chwalił się Richard Hammond. - Kon, mejbi ju łont tu goł łif mi in maj Porsche GT3?
- Jes! Aj łont! Let's goł! - ucieszył się Jon na tę wieść.
- Aj łos kiding, hahahaha! - roześmiał się Hammond, po czym odprowadził Jona do wyjścia.
  Stworzenie poszło więc na wojnę pieszo, z sercem w tyłku co prawda, ale za to bardzo walecznym.


Ciąg dalszy, czyli wojna jako taka nastąpi za kilka dni, kiedy zdobędę trochę weny. Tymczasem żegnam się z moim licznym gronem czytelników, bye!

sobota, 25 stycznia 2014

Czy ktoś może coś zuważył...?

Witam!

Jak widać, wprowadziłam na bloga kilka zmian, zwą się one w języku blogerów zmianą wyglądu. Pozwolę sobie jednak napisać to po ludzku: usiadłam przy komputerze, złapałam piórko od tabletu w dłoń i narysowałam nowe tło oraz nowy tytuł, po czym wstawiłam je (nie bez trudu) na bloga. Inspiracją dla mnie była zima, która raczyła odwiedzić skromne dąbrowskie progi i zasłoniła mi widok na świat śniegiem na oknach...

Ale nie to jest najważniejsze, skoro chciałam skombinować nowy rozdział Jona. Jeszcze nie mam pojęcia, o czym on będzie opowiadać, ale na pewno coś wymyślę. Mam nadzieję. Chyba. Postaram się. Nie będzie najgorzej. Uda mi się. Tak mi się wydaje...

Ciekawy przypadek... Jona - część pierwsza

  Mówiąc o ciekawym przypadku Jona nie mam tym razem na myśli Jona jako dziwnego stworzenia, które samo w sobie jest ciekawym przypadkiem, a rzeczywiście ciekawy przypadek - jako nietypowe zdarzenie z jego udziałem. Oczywiście, takich sytuacji było już bardzo wiele, w każdym rozdziale każdego opowiadania i każdym akapicie każdego rozdziału, ale teraz postanowiłam sięgnąć wyżyn mojej kreatywności i naprawdę się postarać. Postanowiłam... A czy moje postanowienie się spełni, to się zaraz okaże.

  Jon spał sobie spokojnie w kurniku. Wokół niego gdakały zdegustowane kury, najprawdopodobniej debatując, jak zrzucić to coś z grzędy.
- Ko-ko? - zapytał pewien dostojny kogut.
- Ko-ko-ko gdak! - odparły kury, ale nie mam doprawdy pojęcia, co to mogło znaczyć.
Debata toczyła się dalej i wyglądała cały czas tak samo, z drobnymi zmianami, głównie z akcencie:
- Kok-o? Ko? 
- Gdak-kokoko!
Nadal nic nie dało się z tego wywnioskować, ale zmiana akcentu musiała mieć dla kur duże znaczenie, bo zdawały się mieć coraz bardziej bojowe nastroje.
- K-oko!
- K-oko, k-oko GDAK! - zaczęły wołać kury z pochodniami w dziobach... Jakie znowu <piiiip> pochodnie?! Skąd te ptaki wzięły pochodnie?! 
  Nie było jednak czasu na zastanawianie się nad tą sprawą, bo drób właśnie przechodził do czynów. Nad głową Jona znalazła się jedna z pochodni niewiadomego pochodzenia. Jako że biedne to stworzenie panicznie bało się lampek nocnych, od razu się obudziło z wielkim wrzaskiem. Nie miało pojęcia, gdzie się znajduje (oprócz tego, że w kurniku) i co też takiego tam robi.
  Dziesiątki przymrużonych czarnych oczek wpatrywały się tępo acz nienawistnie w Jona. Jon wpatrywał się równie tępo, choć raczej ze zdziwieniem, w tłum rudowłosych ptaków. "Jak rude, to im ufać nie wolno" - przypomniał sobie mądrość swojego dziadka i tym razem miał rację. Kury podchodziły do niego coraz bliżej, coraz więcej pochodni, niczym lampki nocne z najgorszego koszmaru, odbijało się w oczach Jona, a razem z nimi odbijało się też przerażenie. Trzęsące się ze strachu stworzenie przypominało sobie teraz najgorsze chwile swojego życia: kierowcę londyńskiego autobusu, Sziro, stratę pamiątek, wszystkie lampki nocne, syberyjskie śniegi, wielką rybę, niemiecką autostradę, lapońską gościnność... W końcu zaczął trząść się bardziej niż stara Nokia z włączonym alarmem wibracyjnym i jak na takąż Nokię przystało - spadł z grzędy.
  - Ko-ko-oko gdak?
- Ko gdak-ko. Ko-ko - odparł kogut na pytanie towarzyszy broni.
Cały czas nie wiedziałam, co takiego kury sobie mówią, ale po ich zachowaniu można było wywnioskować, że chyba postanowiły dać Jonowi spokój. Zgasiły pochodnie i usiadły po prostu na grzędzie.
  Wystraszony nagłą ciemnością Jon zaczął w panice szukać wyjścia z kurnika. Niestety mimo starań nijak mu się to udawało. Jego przerażenie przybrało na sile, kiedy kury zaczęły gdakać przez sen - dźwięki te były dla niego co najmniej torturą. Coraz większy strach nie nie przekładał się jednak na pozytywny wynik poszukiwania wyjścia.
  Wycieńczone strachem 19,(3) letnie stworzenie traciło powoli nadzieję na wydostanie się z tej okropnej pułapki, gdy nagle rozwarły się przed nim drzwi, wlewając do środka światło słoneczne i oblewając nim Jona tak, że aż zrobił się mokry. Jego oczom, w których cały czas płonęły pochodnie, ukazał się przecudny widok wiejskiego podwórka. No dobrze, nie był znowu taki cudny ani chyba też nie wiejski, ale bez porządnego rozeznania nie dało się tego stwierdzić.
  - Rascwietali jabłoni i gruszy, popłyli tumany nad riekoj... - śpiewał mniej więcej w taki sposób jakiś staruszek przechodząc obok kurnika. Jon przyjrzał mu się uważnie i stwierdził, że ten facet musi mieć coś z głową. Postanowił jednak do niego podejść, bo wyglądał na jedynego człowieka w okolicy.
- Du ju noł łer aj em? - zapytał swoim zwyczajem.
- In Raszija - odparł staruszek mocno łamaną angielszczyzną.
- Łer?!
- In e biutiful cantry in Ejżia, Raszija!
"Nie rozumiem go, ale skoro jest chory psychicznie, to trzeba okazać mu trochę serca" - pomyślał Jon i tylko grzecznie podziękował Rosjaninowi za pomoc. Kiedy się odwrócił, ujrzał ponownie dziesiątki tępych oczek. Kury wypełzły na żer...
  - Ko-ko-ko-ko gdak? - zapytał drób swego przywódcę.
Jon nie usłyszał jednak odpowiedzi, wolał się bowiem ulotnić.
  Nadeszła teraz chwila na rozmyślania. Jon aż przysiadł na pobliskim kaktusie, żeby dokładnie się zastanowić, w jaki sposób znalazł się w rosyjskim kurniku wśród ptactwa o niezwykle morderczych zamiarach w stosunku do jego osoby. Jako stworzenie dobrze wychowane nie spożywał przecież alkoholu ani tym bardziej żadnych używek, trudno więc było mówić o kacu albo na przykład halucynajchach. Co więc mogło sprawić, że młody homo dziwakus nie pamiętał żadnych wcześniejszych zdarzeń? "Nic" - pomyślał sobie od razu. Trzymając się tego stwierdzenia Jon wstał i powędrował przez rosyjskie drogi... znaczy raczej bezdroża z kaktusem przyczepionym do tyłka.
   Gdyby się tak temu bliżej przyjrzeć, to rzeczywiście z Jonem było coś nie tak. Miał na sobie markowe jeansy, czystą koszulę... Właśnie, to była koszula, nie jakaś koszulka, T-shirt czy czy też worek na śmieci. Do tego elegancki kapelusz na głowie i uczesane włosy, więc mimo olbrzymiej ilości słomy i kurzych odchodów na swoim wspaniałym ubiorze Jon wyglądał bardzo gustownie. Zbyt gustownie jak na niego... Żeby tego wszystkiego było mało, nad Jonem unosił się (oprócz smrodu z kurnika oczywiście) zapach jakichś drogich perfum, których wszyscy przechodnie bardzo mu zazdrościli. Ogólnie rzecz biorąc, Jon po raz pierwszy w historii świata wyglądał jak człowiek. 
  Zdezorientowane stworzenie odczuwało palącą potrzebę siedzenia na kamieniu i rozmyślania. Kamienia jednak nie było, za to był zawadzający kaktus przyczepiony do tyłka, który coraz bardziej mu przeszkadzał. W końcu zdenerwowany Jon postanowił go odczepić. Nie było to jednak takie proste bo nie chciał wbijać sobie kolców w dłonie. Po dość długim szamotaniu się z kaktusem postanowił wrócić się do kurnika po pochodnię, którą chciał przypalić natrętną roślinę. Nie było to jednak działanie do końca przemyślane...
  Jon potrzebował kilku podejść, żeby móc się zbliżyć do "Królestwa Drobiu", jak zdążył nazwać kurnik podczas podejścia numer trzy... trzydzieści osiem. Podczas podejścia numer 55 w końcu udało mu się uchylić drzwiczki kurnika. 
  W środku było ciepło, parno, wręcz duszno, a do tego strasznie śmierdziało. I nie był to nawet smród pierza, a dymu, bowiem kury urządziły sobie bardzo poważną imprezę. W kątach paliły się pochodnie, które nadawały wnętrzu kurnika nastrojowy wygląd. Oprócz tego dookoła Jona było mnóstwo przytulających się par, a także kogut i kilka innych młodych samców palących niewiadomego pochodzenia skręty. Jon poczuł się trochę nieswojo ze swoim kaktusem na tyłku...


No i to tyle na dzisiaj, ciąg dalszy napiszę w wolnym czasie, czyli nigdy... Znaczy kiedyś tak, ale raczej nie w najbliższym czasie. Tymczasem ja sobie idę, bye!