Witam!
Na początek miła informacja: dorobiłam się drugiego obserwatora! Ten zatrważający wynik wprawił mnie w świetny humor i nabrałam znowu chęci do pisania o Jonie. Wielkie podziękowania dla Weroniki!
Przepraszam za to za tak długą przerwę w pisaniu, ale nie miałam po prostu czasu na pisanie. Z tego też względu rozdział jest średniej jakości i długości, choć to pierwsze jest moją subiektywną opinią, dlatego też czekam na komentarze.
Rozdział chyba czwarty
Autobus spokojnie przemierzał ulice Katowic, ochlapując przechodniów i potrząsając pasażerami. Motoryzacyjny raj! Jon i Genowefa zajęli miejsca siedzące z przodu, ja obserwowałam ich z końca pojazdu, ale w końcu zniknęli mi z oczu.
Znalazłam ich wzrokiem koło drzwi. A więc wysiadają... Na szczęście ledwo już w prawdzie jeżdżący, ale jakoś dopuszczony do ruchu jelcz miał drzwi z tyłu, którymi mogłam wysiąść i kontynuować prace szpiegowskie.
Jon i Genowefa rzeczywiście wysiedli na następnym przystanku, nie wiedziałam nawet na jakim, i pobiegli w stronę osiedla. Bieganie wśród nieznanych kałuż po nieznanym mieście nie należało do moich ulubionych zajęć, ale jak trzeba to trzeba. Kierowałam się więc za wielką torbą Wilsona (phi, Wilson!) i coraz bardziej zdziwiona biegłam przez nieznane ulice.
W końcu torba skręciła w prawo razem z różowym parasolem i zatrzymała się przy... kortach. Czyżby moja dobra i tania siła robocza mieszkała przy takim fajnym obiekcie?
Odpowiedź była jednoznaczna: nie. Jak się okazało, przyszli sobie pograć w tenisa. Ponieważ cały czas lało, musieli iść na kort kryty, na który nie miałam podglądu. Postanowiłam przeskoczyć przez płot i poszukać jakiegoś okienka, przez które będę mogła ich obserwować.
Okienko się znalazło... na wysokości kilku metrów. Postanowiłam się jednak nie poddawać i rozpoczęłam wspinaczkę po ścianie budynku. Może się to wydawać trochę nierealne i w rzeczy samej tak jest, bo tak naprawdę użyłam drabiny, która sobie tam po prostu stała.
Jedynym jej problemem była niestabilność. Kiedy sobie to na dobre uświadomiłam byłam już prawie przy oknie, a kiedy drabina w końcu się przewróciła, ja byłam już na parapecie. Na szczęście. Powinnam się zapewne zastanowić, jak później zejdę na dół, ale w tym momencie mnie to w ogóle nie interesowało. Otóż Jon i Genowefa właśnie zaczynali rozgrzewkę.
Byłam bardzo ciekawa, czy dobrze będzie się im grało w dżinsach. Zapewne odpowiedź brzmiała "nie" i właśnie dlatego poszli się przebrać.
Wrócili wystrojeni w ciuchy z Decathlona, z rakietami Willsona w dłoniach i uśmiechami na twarzach. Grę rozpoczęła Genowefa i, niestety muszę to przyznać, udało jej się nawet zaserwować... Nawet lepiej: udało jej się odbić return Jona!
Byłam tak zdziwiona, że o mało nie spadłam z parapetu. Oto oglądałam na żywo całkiem niezły mecz tenisowy, najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że Jon faktycznie umie grać w tenisa. Postanowiłam dla świętego spokoju sprawdzić, które miejsce zajmuje w rankingu.
Wyciągnęłam więc swojego smartfona, uruchomiłam odpowiednią aplikację i znowu o mało nie spadłam z parapetu, bo zobaczyłam jakiegoś Jona w najlepszej 20. Na szczęście nie był to Jon Kowalski... Tego właściwego znalazłam na π miejscu w rankingu. Cóż, jak ma 18,(3) lat, to może też zajmować 3,14... miejsce w rankingu... Nieważne.
Do oglądania meczu wróciłam wtedy, kiedy Jon zagrał pięknego winnera. Po wyniku było widać, że Genowefa dostawała prawdziwe lanie. Ale w końcu grała z π zawodnikiem na świecie! Mecz zakończył się chwilę później i musiałam wymyślić sposób zejścia z parapetu.
Drabina leżała sobie spokojnie 5 metrów pode mną, ściana idealnie gładka... "Weź się w garść Niśko, jak umiesz zejść z kucyka, to z parapetu tym bardziej!" - pomyślałam sobie i postanowiłam przejść się po gzymsie do rynny, a stamtąd już na ziemię. Potknęłam się już przy pierwszym kroku, udało mi się jednak utrzymać równowagę i nie przyśpieszyć swojego zejścia na dół w sposób niekontrolowany. Zjechałam po rynnie na dół i zaczęłam wypatrywać Jona i Genowefy.
Kilka minut później wyszli zadowoleni z hali i udali się na przystanek autobusowy. Podążyłam za nimi i w tej chwili zorientowałam się, że nie mam pieniędzy na bilet. Wizja biegania za autobusem po Katowicach wydawała mi się... yyy... dziwna?
Na szczęście Jon i Genowefa wsiedli w znany mi autobus 27, który zatrzymuje się nieopodal mojego domu. Włączyłam więc GPS-a i udałam się piechotą do domu. Oczywiste było to, że nie zdążę dotrzeć tam przed nimi, musiałby zdarzyć się cud. No i akurat się zdarzył, bo kiedy dobiegłam do furtki, oni szli sobie spokojnie w górę ulicy.
W domu szybko się ogarnęłam i wskoczyłam do kuchni, żeby udawać, że robię kolację. W tym samym momencie do przedpokoju wkroczyli Jon i Genowefa i zaczęli śledztwo w stylu Sherlocka Holmesa.
- Widzisz tę kurtkę? Taką samą miała ta zamaskowana postać, która szła za nami...
- A to błoto na butach? - wychyliłam się z kuchni, żeby zobaczyć, cóż takiego oni robią i ujrzałam Jona zlizującego błoto z moich butów. Z trudem powstrzymałam się, żeby go nie walnąć.
- Smakuje psimi odchodami i spalinami.
- Czyżby szpieg mieszkał w tym domu?
W końcu wybuchnęłam śmiechem, zwracając na siebie ich uwagę. Potrzebne było mi coś, co powstrzyma Jona od dotknięcia mnie, amputacja jakiejkolwiek części ciała nie była mi na rękę. W tym momencie do domu przez otwarte drzwi wbiegł Sziro.
Jon wystraszył się go tak bardzo, że nie wiedział co ze sobą zrobić i w końcu zemdlał. To nawet dobrze, bo postanowiłam pogadać z Genowefą, a raczej coś jej powiedzieć:
- Zwalniam cię.
Trochę krótko i chaotycznie, jutro kolejny rozdział, mam nadzieję lepszy... Na razie się żegnam, bye!
niedziela, 29 września 2013
czwartek, 19 września 2013
"Co słychać u Jona?" "Och, wspaniale! Tak wspaniale, że aż wcale..."
Witam!
W tak beznadziejną pogodę trzeba robić coś konstruktywnego, więc postanowiłam skonstruować kolejny rozdział opowiadania o Jonie, w którym pojawi się wreszcie tenis i trochę więcej Jona.
Rozdział trzeci
W środę już naprawdę nie spodziewałam się Genowefy. Nie ma szans, żeby chciała do mnie przyjść po wtorkowych wydarzeniach. A jednak przyszła, choć, jak mi oznajmiła, tylko do Jona. Niech jej będzie, może go wreszcie czymś zajmie po tej traumie, jaką przeżył w nocy... A było to tak:
Jon spał na polu, tak jak mu to obiecałam, w czasie największej ulewy, przykryty tylko jakimś cienkim kocykiem, który byłam w stanie dla niego poświęcić. Nie narzekał jednak na pogodę i już miałam nadzieję, że po raz pierwszy od kiedy Jon u mnie zamieszkał będę mogła się wyspać. Nietrudno zgadnąć, że tak nie było.
Około północy mokry i przerażony Jon wpadł do domu przez okno w kuchni, pobiegł do mnie na górę i wołał chyba pomocy... Nieważne, w każdym bądź razie kiedy tylko wlazł na moje łóżko, od razu go z niego zwaliłam i wygoniłam z powrotem na pole.
Niestety okno w kuchni było zniszczone bezpowrotnie i Jon mógł przez nie wskakiwać kiedy chciał. Koło drugiej nad ranem nie wytrzymałam i zapytałam go łagodnie, co się stało. No dobra, wyglądało to mniej więcej tak:
- Mów głupku, co się dzieje, bo mi się chce spać!
- No bo tam... tam... tak jest widmo! - odpowiedział trzęsący się ze strachu Jon wskazując na białego kota, zwanego potocznie Szirem.
- To jest kot. Idź spać.
- To jest potwór! On mnie zje!
- Jedyne co on zjada, to ziemniaki makaron i mięso z obiadu.
- No właśnie! A ja na obiad jadłem ziemniaki, makaron i mięso!
- On zjada tylko to, co jest na dachu komórki.
- To telefony mają dachy?
Chciałam utrzymać nerwy na wodzy, ale chyba zapomniałam im założyć uzdy przed rozmową z Jonem, bo właśnie puściły się w niekontrolowany galop.
- Zamknij się, słuchaj mnie i nie zadawaj więcej takich głupich pytań! To jest kot - powiedziałam pokazując palcem wystraszonego Szira. - Tak się boi ludzi, że nawet nie daje się dotknąć - tutaj spróbowałam go pogłaskać i plan momentalnie nie wypalił, bo Sziro zaczął się do mnie przymilać. Bałam się reakcji Jona, którego już koło mnie nie było.
Znalazł się dopiero rano pod lodówką... Jak się tam zmieścił, pozostaje tajemnicą. I wtedy właśnie przyszła Genowefa. Jon pokazał mi tylko język i udał się z nią do piwnicy. Ja w tym czasie postanowiłam zjeść jakieś śniadanie i się czymś zająć, byle im tylko nie wchodzić w drogę.
Weszli mi za to sami, kiedy udali się po coś na strych. Po chwili zeszli na dół ze sprzętem tenisowym. "Oho! Toście się zrobili, ciekawe jak wam się uda wejść na jakiekolwiek korty..." - pomyślałam i postanowiłam ich śledzić.
Jon prowadził Genowefę przed siebie, widocznie nie miał zielonego pojęcia, gdzie może znaleźć tutaj korty. A znaleźć mógł i to nawet przy odrobinie szczęścia betonowe. Ale oczywiście udali się tam, gdzie było dalej i gdzie nie było sensu chodzić, bo korty były bardzo zaniedbane i tak jakby zamknięte. Mnie oczywiście spacerek nie przeszkadzał, ale po Genowefie było ewidentnie widać, że nie ma siły na dalsze chodzenie.
W celu odpoczynku wstąpili do Biedronki, gdzie na chwilę straciłam ich z oczu. Wolałam tam nie wchodzić i nie narażać się na zdemaskowanie, więc grzecznie poczekałam na nich w krzakach. Wyszli po dłuższej chwili trzymając się za ręce i zjadając lody. W taką pogodę?! No bo właśnie w tej chwili z nieba lunęło deszczem.
Jon jakimś cudem wymyślił, gdzie są zadaszone korty i wsiedli z Genowefą w najbliższy autobus pod halę sportową. Na szczęście miałam ze sobą bilet i wsiadłam za nimi. Ciężko było się zamaskować, ale na miejsce dojechałam bez powodów do wstydu. Cała akcja zaczęła się dopiero na przystanku, kiedy Jon doprawdy baaardzo cicho powiedział coś do Genowefy:
- Mam wrażenie, że ktoś nas śledzi.
Na szczęście jego dziewczyna (?) była innego zdania i nakazała mu iść na korty.
I tutaj znowu był problem, bo za wejście tam trochę się płaci. A poza tym odbywał się tam trening siatkarek i nikt nie miał wstępu do hali. Postanowili więc wrócić do domu.
Puściłam się pędem różnymi skrótami, żeby być tam przed nimi i nie budzić podejrzeń. Okazało się jednak, że nie o ten dom chodziło. Jon i Genowefa wsiedli w pierwszy lepszy autobus do centrum, tak kupili bilety i pojechali do Katowic. W ostatniej chwili wskoczyłam za nimi do zatłoczonego 814 i zakupiłam bilet u kierowcy. Po raz kolejny tego dnia postanowiłam ich śledzić.
Przepraszam co niektórych czytelników za to, że uczyniłam Jona i Genowefę parą, ale nie miałam innego pomysłu. Bardzo mi przykro z tego powodu. A teraz się już żegnam, bye!
W tak beznadziejną pogodę trzeba robić coś konstruktywnego, więc postanowiłam skonstruować kolejny rozdział opowiadania o Jonie, w którym pojawi się wreszcie tenis i trochę więcej Jona.
Rozdział trzeci
W środę już naprawdę nie spodziewałam się Genowefy. Nie ma szans, żeby chciała do mnie przyjść po wtorkowych wydarzeniach. A jednak przyszła, choć, jak mi oznajmiła, tylko do Jona. Niech jej będzie, może go wreszcie czymś zajmie po tej traumie, jaką przeżył w nocy... A było to tak:
Jon spał na polu, tak jak mu to obiecałam, w czasie największej ulewy, przykryty tylko jakimś cienkim kocykiem, który byłam w stanie dla niego poświęcić. Nie narzekał jednak na pogodę i już miałam nadzieję, że po raz pierwszy od kiedy Jon u mnie zamieszkał będę mogła się wyspać. Nietrudno zgadnąć, że tak nie było.
Około północy mokry i przerażony Jon wpadł do domu przez okno w kuchni, pobiegł do mnie na górę i wołał chyba pomocy... Nieważne, w każdym bądź razie kiedy tylko wlazł na moje łóżko, od razu go z niego zwaliłam i wygoniłam z powrotem na pole.
Niestety okno w kuchni było zniszczone bezpowrotnie i Jon mógł przez nie wskakiwać kiedy chciał. Koło drugiej nad ranem nie wytrzymałam i zapytałam go łagodnie, co się stało. No dobra, wyglądało to mniej więcej tak:
- Mów głupku, co się dzieje, bo mi się chce spać!
- No bo tam... tam... tak jest widmo! - odpowiedział trzęsący się ze strachu Jon wskazując na białego kota, zwanego potocznie Szirem.
- To jest kot. Idź spać.
- To jest potwór! On mnie zje!
- Jedyne co on zjada, to ziemniaki makaron i mięso z obiadu.
- No właśnie! A ja na obiad jadłem ziemniaki, makaron i mięso!
- On zjada tylko to, co jest na dachu komórki.
- To telefony mają dachy?
Chciałam utrzymać nerwy na wodzy, ale chyba zapomniałam im założyć uzdy przed rozmową z Jonem, bo właśnie puściły się w niekontrolowany galop.
- Zamknij się, słuchaj mnie i nie zadawaj więcej takich głupich pytań! To jest kot - powiedziałam pokazując palcem wystraszonego Szira. - Tak się boi ludzi, że nawet nie daje się dotknąć - tutaj spróbowałam go pogłaskać i plan momentalnie nie wypalił, bo Sziro zaczął się do mnie przymilać. Bałam się reakcji Jona, którego już koło mnie nie było.
Znalazł się dopiero rano pod lodówką... Jak się tam zmieścił, pozostaje tajemnicą. I wtedy właśnie przyszła Genowefa. Jon pokazał mi tylko język i udał się z nią do piwnicy. Ja w tym czasie postanowiłam zjeść jakieś śniadanie i się czymś zająć, byle im tylko nie wchodzić w drogę.
Weszli mi za to sami, kiedy udali się po coś na strych. Po chwili zeszli na dół ze sprzętem tenisowym. "Oho! Toście się zrobili, ciekawe jak wam się uda wejść na jakiekolwiek korty..." - pomyślałam i postanowiłam ich śledzić.
Jon prowadził Genowefę przed siebie, widocznie nie miał zielonego pojęcia, gdzie może znaleźć tutaj korty. A znaleźć mógł i to nawet przy odrobinie szczęścia betonowe. Ale oczywiście udali się tam, gdzie było dalej i gdzie nie było sensu chodzić, bo korty były bardzo zaniedbane i tak jakby zamknięte. Mnie oczywiście spacerek nie przeszkadzał, ale po Genowefie było ewidentnie widać, że nie ma siły na dalsze chodzenie.
W celu odpoczynku wstąpili do Biedronki, gdzie na chwilę straciłam ich z oczu. Wolałam tam nie wchodzić i nie narażać się na zdemaskowanie, więc grzecznie poczekałam na nich w krzakach. Wyszli po dłuższej chwili trzymając się za ręce i zjadając lody. W taką pogodę?! No bo właśnie w tej chwili z nieba lunęło deszczem.
Jon jakimś cudem wymyślił, gdzie są zadaszone korty i wsiedli z Genowefą w najbliższy autobus pod halę sportową. Na szczęście miałam ze sobą bilet i wsiadłam za nimi. Ciężko było się zamaskować, ale na miejsce dojechałam bez powodów do wstydu. Cała akcja zaczęła się dopiero na przystanku, kiedy Jon doprawdy baaardzo cicho powiedział coś do Genowefy:
- Mam wrażenie, że ktoś nas śledzi.
Na szczęście jego dziewczyna (?) była innego zdania i nakazała mu iść na korty.
I tutaj znowu był problem, bo za wejście tam trochę się płaci. A poza tym odbywał się tam trening siatkarek i nikt nie miał wstępu do hali. Postanowili więc wrócić do domu.
Puściłam się pędem różnymi skrótami, żeby być tam przed nimi i nie budzić podejrzeń. Okazało się jednak, że nie o ten dom chodziło. Jon i Genowefa wsiedli w pierwszy lepszy autobus do centrum, tak kupili bilety i pojechali do Katowic. W ostatniej chwili wskoczyłam za nimi do zatłoczonego 814 i zakupiłam bilet u kierowcy. Po raz kolejny tego dnia postanowiłam ich śledzić.
Przepraszam co niektórych czytelników za to, że uczyniłam Jona i Genowefę parą, ale nie miałam innego pomysłu. Bardzo mi przykro z tego powodu. A teraz się już żegnam, bye!
wtorek, 17 września 2013
No to lecimy dalej, czyli jeszcze więcej nudy...
Witam!
No więc dzisiaj krótka i już bardziej ciekawa kontynuacja opowieści o Jonie. Dzień był troszkę męczący, a jak wszyscy tutaj jednogłośnie stwierdzą, Jon jest najlepszym sposobem na odprężenie. Ja wprawdzie średnio się z tym zgadzam, bo wolę obejrzeć sobie Top Gear... Ale zauważyłam kolejny nieznaczny skok słupka wyświetleń, więc sama siebie przymuszam do napisania ciągu dalszego o zaskakującej i bardzo oryginalnej nazwie "Rozdział Drugi"
Rozdział drugi
No więc był już wtorek i Genowefa odważyła się przyjść do pracy. Szczerze mówiąc trochę mnie zaskoczyła, bo ja po usłyszeniu wszystkich informacji o Jonie nakazałam mu przeniesienie całego swojego dobytku i siebie do piwnicy. Właściwie wyszło mu to na dobre, bo w piwnicy jest trochę więcej miejsca. Zmartwiłam się jednak tym, że nie przyszedł na śniadanie.
Sprawa rozwiązała się oczywiście szybko i w sposób doprowadzający mnie do szału - Jon postanowił zeżreć (nie ma na to innego określenia) wszystkie konfitury, które w piwnicy miały doczekać do zimy. Już miałam na niego nawrzeszczeć, kiedy do "królestwa" Jona wkroczyła Genowefa i zaczęła mi przestawiać swoje metody wychowawcze. Po 10 minutach przestałam jej słuchać, za bardzo kojarzyło mi się to z kazaniem proboszcza z mojej parafii - może ma jakiś ukryty sens, ale nie dla mnie. Postanowiłam więc podliczyć straty i zabrać rzeczy Jona w jakieś inne miejsce. Na szczęście Genowefa nie zauważyła, że przestałam jej słuchać i mogłam spokojnie zająć się przetworami. Na szczęście zniknęła jedynie połowa powideł śliwkowych i jakieś 2/3 jabłkowych, sałatki pozostały jednak bez zmian.
Nie wiedziałam za bardzo, jak mam się zabrać za wynoszenie rzeczy Jona z piwnicy, bo po pierwsze było ich dużo, a po drugie Genowefa stała mi w przejściu, cały czas głosząc swe bezsensowne kazanie. Wpadłam jednak na genialny pomysł z wykorzystaniem walających się wśród całego zamieszania worków na śmieci. Nie wywożą ich chyba wprawdzie w tym tygodniu, a tym bardziej nie we wtorek, ale właściwie nie o to mi chodziło. Były mi potrzebne jedynie do spakowania rzeczy Jona i wyniesienia ich w jakieś ustronne miejsce, w późniejszym czasie również razem z Jonem.
Plan udał się znakomicie, bo Genowefa zaczęła teraz stosować swoje metody na biednym (w przybliżeniu) 18,3-latku, a ja w tym czasie mogłam swobodnie wytargać wory na górę i je gdzieś schować. Pierwszym pomysłem była komórka na narzędzia itp., ale miałam tam zamiar wprowadzić Jona. W pobliżu nie było rzeki, do której mogłabym wrzucić worki, zresztą ochrona środowiska... Postanowiłam więc odsprzedać je w jakimś skupie badziewia, udając się w tym celu do centrum.
Nie byłam w stanie zabrać wszystkiego ze sobą (piechotą za dużo do noszenia, w autobusie się nie zmieści, a poza tym ludzie się będą gapić), więc wybrałam rozwiązanie chodzenia na raty z plecakiem wypchanym pamiątkami Jona. Kiedy wróciłam z pierwszej wyprawy, Jon i Genowefa cały czas prowadzili w piwnicy jakąś rozmowę. Poszłam więc jeszcze raz, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Kiedy wróciłam z wycieczki, a było to już późnym popołudniem, sytuacja była identyczna. Jon chyba nie zauważył braku swoich pamiątek, zobaczymy co powie jak się zorientuje... Zadowolona z zemsty za zjedzenie zapasów na zimę wkroczyłam do piwnicy oznajmiając rozgadanej dwójce, że zaraz będzie obiad.
Jon nie był głodny, co mnie specjalnie nie zdziwiło, ale zmarnowałam sporo zupy... Wprawdzie ktoś mógłby powiedzieć, że mogłam to dojeść, ale nie. W życiu nawet nie dotknę niczego należącego do Jona. Dotknęłam wprawdzie pamiątek, ale spokojnie - dokładnie zdezynfekowałam ręce i plecak, w którym nosiłam to badziewie, a worki już dawno leżą w koszu.
Genowefa zjadła za to z wielką przyjemnością, przyznając się, że nie jadła śniadania. Cóż, to jej sprawa. Po obiedzie postanowiłam wypytać ją dokładnie o to, jak spędzili z Jonem dzień. "Na obgadywaniu ciebie i twoich niecnych planów" - odparła Genowefa i wyszła.
- To gdzie mam w końcu spać?
- Na polu! - odpowiedziałam wściekła Jonowi i pokazałam mu wyjście.
No i na dzisiaj to już koniec opowieści o Jonie i Genowefie, mówię już wszystkim goodbye!
No więc dzisiaj krótka i już bardziej ciekawa kontynuacja opowieści o Jonie. Dzień był troszkę męczący, a jak wszyscy tutaj jednogłośnie stwierdzą, Jon jest najlepszym sposobem na odprężenie. Ja wprawdzie średnio się z tym zgadzam, bo wolę obejrzeć sobie Top Gear... Ale zauważyłam kolejny nieznaczny skok słupka wyświetleń, więc sama siebie przymuszam do napisania ciągu dalszego o zaskakującej i bardzo oryginalnej nazwie "Rozdział Drugi"
Rozdział drugi
No więc był już wtorek i Genowefa odważyła się przyjść do pracy. Szczerze mówiąc trochę mnie zaskoczyła, bo ja po usłyszeniu wszystkich informacji o Jonie nakazałam mu przeniesienie całego swojego dobytku i siebie do piwnicy. Właściwie wyszło mu to na dobre, bo w piwnicy jest trochę więcej miejsca. Zmartwiłam się jednak tym, że nie przyszedł na śniadanie.
Sprawa rozwiązała się oczywiście szybko i w sposób doprowadzający mnie do szału - Jon postanowił zeżreć (nie ma na to innego określenia) wszystkie konfitury, które w piwnicy miały doczekać do zimy. Już miałam na niego nawrzeszczeć, kiedy do "królestwa" Jona wkroczyła Genowefa i zaczęła mi przestawiać swoje metody wychowawcze. Po 10 minutach przestałam jej słuchać, za bardzo kojarzyło mi się to z kazaniem proboszcza z mojej parafii - może ma jakiś ukryty sens, ale nie dla mnie. Postanowiłam więc podliczyć straty i zabrać rzeczy Jona w jakieś inne miejsce. Na szczęście Genowefa nie zauważyła, że przestałam jej słuchać i mogłam spokojnie zająć się przetworami. Na szczęście zniknęła jedynie połowa powideł śliwkowych i jakieś 2/3 jabłkowych, sałatki pozostały jednak bez zmian.
Nie wiedziałam za bardzo, jak mam się zabrać za wynoszenie rzeczy Jona z piwnicy, bo po pierwsze było ich dużo, a po drugie Genowefa stała mi w przejściu, cały czas głosząc swe bezsensowne kazanie. Wpadłam jednak na genialny pomysł z wykorzystaniem walających się wśród całego zamieszania worków na śmieci. Nie wywożą ich chyba wprawdzie w tym tygodniu, a tym bardziej nie we wtorek, ale właściwie nie o to mi chodziło. Były mi potrzebne jedynie do spakowania rzeczy Jona i wyniesienia ich w jakieś ustronne miejsce, w późniejszym czasie również razem z Jonem.
Plan udał się znakomicie, bo Genowefa zaczęła teraz stosować swoje metody na biednym (w przybliżeniu) 18,3-latku, a ja w tym czasie mogłam swobodnie wytargać wory na górę i je gdzieś schować. Pierwszym pomysłem była komórka na narzędzia itp., ale miałam tam zamiar wprowadzić Jona. W pobliżu nie było rzeki, do której mogłabym wrzucić worki, zresztą ochrona środowiska... Postanowiłam więc odsprzedać je w jakimś skupie badziewia, udając się w tym celu do centrum.
Nie byłam w stanie zabrać wszystkiego ze sobą (piechotą za dużo do noszenia, w autobusie się nie zmieści, a poza tym ludzie się będą gapić), więc wybrałam rozwiązanie chodzenia na raty z plecakiem wypchanym pamiątkami Jona. Kiedy wróciłam z pierwszej wyprawy, Jon i Genowefa cały czas prowadzili w piwnicy jakąś rozmowę. Poszłam więc jeszcze raz, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Kiedy wróciłam z wycieczki, a było to już późnym popołudniem, sytuacja była identyczna. Jon chyba nie zauważył braku swoich pamiątek, zobaczymy co powie jak się zorientuje... Zadowolona z zemsty za zjedzenie zapasów na zimę wkroczyłam do piwnicy oznajmiając rozgadanej dwójce, że zaraz będzie obiad.
Jon nie był głodny, co mnie specjalnie nie zdziwiło, ale zmarnowałam sporo zupy... Wprawdzie ktoś mógłby powiedzieć, że mogłam to dojeść, ale nie. W życiu nawet nie dotknę niczego należącego do Jona. Dotknęłam wprawdzie pamiątek, ale spokojnie - dokładnie zdezynfekowałam ręce i plecak, w którym nosiłam to badziewie, a worki już dawno leżą w koszu.
Genowefa zjadła za to z wielką przyjemnością, przyznając się, że nie jadła śniadania. Cóż, to jej sprawa. Po obiedzie postanowiłam wypytać ją dokładnie o to, jak spędzili z Jonem dzień. "Na obgadywaniu ciebie i twoich niecnych planów" - odparła Genowefa i wyszła.
- To gdzie mam w końcu spać?
- Na polu! - odpowiedziałam wściekła Jonowi i pokazałam mu wyjście.
No i na dzisiaj to już koniec opowieści o Jonie i Genowefie, mówię już wszystkim goodbye!
poniedziałek, 16 września 2013
Nie chcę mieć problemów w szkole, a na blogu też nie są mile widziane...
Witam!
Dziś szybko, krótko i na temat:
Jon chcąc nie chcąc powraca, jeszcze nie wiem w jaki sposób, ale na pewno będzie musiał być bohaterem dalszych postów, bo niektórzy zaczynają otwarcie wyznawać mu miłość... Ekhm... Miało być na temat...
Zaczynam nowe opowiadanie, które będzie nosić zaszczytny tytuł "Świat według Jona". Na początek małe wprowadzenie...
Jak wszystkim wiadomo, Jon jest dziwną istotą z gatunku homo dziwakus, którego jest jedynym przedstawicielem. Wiadomo również, że jakiś czas temu wybrałam się z nim na wyprawę śladami Wielkiego Szlema, która skończyła się tym, że przez Jona wylądowałam na kilka dni w psychiatryku. Urocze to miejsce przekonało mnie, że powinnam unikać kontaktów z Jonem, a jak nie będę miała innego wyjścia, to przynajmniej znaleźć sobie kogoś do pomocy. I tak oto do opowiadania włącza się Genowefa - bardzo dobra i mało kosztowna siła robocza. Teraz więc trochę o niej... Genowefa jest wysoką blondynką o anielskim uśmiechu, wydaje się bardzo miła, ale też stanowcza - idealna wprost dla Jona. Do tego z zawodu i zamiłowania jest przedszkolanką... Eee... W każdym bądź razie płacę jej jedynie możliwością zjedzenia u mnie obiadu, więc nie mam z nią żadnych problemów. Może tylko jeden: jest wegetarianką i za wiele to z tych obiadów nie zjada. A oto i ona:
Rozdział pierwszy
Pierwszy dzień pracy Genowefy przypadł na poniedziałek. Postanowiłam, że nie będę jej od samego początku męczyć i zdecydowałam się opowiedzieć jej co nieco o Jonie. A wiedziałam doprawdy baaaardzo dużo. Szczerze mówiąc to nic. Genowefie to jednak nie przeszkadzało i zaczęła mnie o niego wypytywać:
imię - Jon
nazwisko - a bo mi to powiedział...
wiek - też bym chciała wiedzieć
rodzice - eeeee...
zawód - tenisista bodajże
zainteresowania - do mnie to pytanie? Tenis i może coś jeszcze
ulubiona potrawa - (wspomnienie Londynu wywołało u mnie dreszcz) truskawki ze śmietaną
znaki szczególne - wystarczy się na niego spojrzeć...
szkoła, do której chodzi, chodził lub ma zamiar chodzić - zapewne żadna, ale zapytać go można
Ponieważ niewiadomych było dość dużo, postanowiłyśmy pójść po Jona i go dokładnie wypytać. Miałyśmy szczęście, że miał dobry dzień i grzecznie odpowiedział na wszystkie zadane pytania, dostarczając nam tym samym wielu cennych informacji. Ostateczna wersja (bo było ich kilka) jest taka, że nazywa się Jon Kowalski, ma (w przybliżeniu) 18,33333333 lat, jego rodzice wyprowadzili się od niego do kosmosu (nie dziwię się, 18 lat z takim stworzeniem!), rzeczywiście jest tenisistą, interesuje się tenisem, uwielbia truskawki, a szkoła... Ekhm... Nie skończył jeszcze podstawówki, jak na razie zatrzymał się na pierwszej klasie, a że jest już pełnoletni i nie ma obowiązku szkolnego, to do szkoły chodzić przestał. To ostatnie nam się nie spodobało i postanowiłyśmy, że będzie musiał się zapisać do miejscowej podstawówki.
Kolejną rzeczą, która zainteresowała Genowefę, było to, dlaczego Jona mieszka ze mną pod jednym dachem. Sama nie wiedziałam do końca, jego kurator sądowy mi go dokwaterował, obecnie jego pokój znajduje się na strychu. Po zwiedzeniu jego pięknego mieszkania postanowiłyśmy podsumować wszystkie informacje i przygotować plan działania na dzień następny.
Historia Jona (wersja oficjalna)
Jon Kowalski urodził się (w dużym przybliżeniu) 18,3 lat temu gdzieś tam. Ponieważ dłuższe z nim przebywanie wywołuje choroby psychiczne, jego rodzice po spełnieniu swojego rodzicielskiego obowiązku wyprowadzili się na Marsa. Szkołę podstawową rozpoczął w wieku lat siedmiu i rozpoczyna ją każdego roku na nowo. Nie wydawał mi się aż tak głupi, żeby nie skończyć pierwszej klasy i miałam rację, bo powodem była nieklasyfikacja, wynikająca z wielu opuszczonych godzin. Z tego powodu dostał kuratora sądowego, który od jakiegoś czasu stara się zapewnić mu jakieś rozrywki.
Dla Jona największe znaczenie ma jednak tenis. W końcu udało mu się zostać tenisistą i to o dziwo całkiem przyzwoitym. Niestety nieznajomość zasad sprawia, że bardzo często kłóci się z sędziami, co doprowadza czasem nawet do wyproszenia go z kortu. Kurator postanowił więc, że poszuka kogoś, kto to Jonowi jakoś wytłumaczy.
I właśnie tak poznałam Jona. Później zaczęłam współpracę z panem kuratorem i wyszło mi to tylko na gorsze, bo dzięki temu skończyłam jak skończyłam, czyli jako opiekunka i przewodniczka Jona. W końcu oboje mieliśmy siebie dosyć i trzeba było coś zmienić...
I to już koniec nudnego rozdziału pierwszego, rozdział drugi będzie już ciekawszy. Na razie się żegnam, bye!
Dziś szybko, krótko i na temat:
Jon chcąc nie chcąc powraca, jeszcze nie wiem w jaki sposób, ale na pewno będzie musiał być bohaterem dalszych postów, bo niektórzy zaczynają otwarcie wyznawać mu miłość... Ekhm... Miało być na temat...
Zaczynam nowe opowiadanie, które będzie nosić zaszczytny tytuł "Świat według Jona". Na początek małe wprowadzenie...
Jak wszystkim wiadomo, Jon jest dziwną istotą z gatunku homo dziwakus, którego jest jedynym przedstawicielem. Wiadomo również, że jakiś czas temu wybrałam się z nim na wyprawę śladami Wielkiego Szlema, która skończyła się tym, że przez Jona wylądowałam na kilka dni w psychiatryku. Urocze to miejsce przekonało mnie, że powinnam unikać kontaktów z Jonem, a jak nie będę miała innego wyjścia, to przynajmniej znaleźć sobie kogoś do pomocy. I tak oto do opowiadania włącza się Genowefa - bardzo dobra i mało kosztowna siła robocza. Teraz więc trochę o niej... Genowefa jest wysoką blondynką o anielskim uśmiechu, wydaje się bardzo miła, ale też stanowcza - idealna wprost dla Jona. Do tego z zawodu i zamiłowania jest przedszkolanką... Eee... W każdym bądź razie płacę jej jedynie możliwością zjedzenia u mnie obiadu, więc nie mam z nią żadnych problemów. Może tylko jeden: jest wegetarianką i za wiele to z tych obiadów nie zjada. A oto i ona:
Rozdział pierwszy
Pierwszy dzień pracy Genowefy przypadł na poniedziałek. Postanowiłam, że nie będę jej od samego początku męczyć i zdecydowałam się opowiedzieć jej co nieco o Jonie. A wiedziałam doprawdy baaaardzo dużo. Szczerze mówiąc to nic. Genowefie to jednak nie przeszkadzało i zaczęła mnie o niego wypytywać:
imię - Jon
nazwisko - a bo mi to powiedział...
wiek - też bym chciała wiedzieć
rodzice - eeeee...
zawód - tenisista bodajże
zainteresowania - do mnie to pytanie? Tenis i może coś jeszcze
ulubiona potrawa - (wspomnienie Londynu wywołało u mnie dreszcz) truskawki ze śmietaną
znaki szczególne - wystarczy się na niego spojrzeć...
szkoła, do której chodzi, chodził lub ma zamiar chodzić - zapewne żadna, ale zapytać go można
Ponieważ niewiadomych było dość dużo, postanowiłyśmy pójść po Jona i go dokładnie wypytać. Miałyśmy szczęście, że miał dobry dzień i grzecznie odpowiedział na wszystkie zadane pytania, dostarczając nam tym samym wielu cennych informacji. Ostateczna wersja (bo było ich kilka) jest taka, że nazywa się Jon Kowalski, ma (w przybliżeniu) 18,33333333 lat, jego rodzice wyprowadzili się od niego do kosmosu (nie dziwię się, 18 lat z takim stworzeniem!), rzeczywiście jest tenisistą, interesuje się tenisem, uwielbia truskawki, a szkoła... Ekhm... Nie skończył jeszcze podstawówki, jak na razie zatrzymał się na pierwszej klasie, a że jest już pełnoletni i nie ma obowiązku szkolnego, to do szkoły chodzić przestał. To ostatnie nam się nie spodobało i postanowiłyśmy, że będzie musiał się zapisać do miejscowej podstawówki.
Kolejną rzeczą, która zainteresowała Genowefę, było to, dlaczego Jona mieszka ze mną pod jednym dachem. Sama nie wiedziałam do końca, jego kurator sądowy mi go dokwaterował, obecnie jego pokój znajduje się na strychu. Po zwiedzeniu jego pięknego mieszkania postanowiłyśmy podsumować wszystkie informacje i przygotować plan działania na dzień następny.
Historia Jona (wersja oficjalna)
Jon Kowalski urodził się (w dużym przybliżeniu) 18,3 lat temu gdzieś tam. Ponieważ dłuższe z nim przebywanie wywołuje choroby psychiczne, jego rodzice po spełnieniu swojego rodzicielskiego obowiązku wyprowadzili się na Marsa. Szkołę podstawową rozpoczął w wieku lat siedmiu i rozpoczyna ją każdego roku na nowo. Nie wydawał mi się aż tak głupi, żeby nie skończyć pierwszej klasy i miałam rację, bo powodem była nieklasyfikacja, wynikająca z wielu opuszczonych godzin. Z tego powodu dostał kuratora sądowego, który od jakiegoś czasu stara się zapewnić mu jakieś rozrywki.
Dla Jona największe znaczenie ma jednak tenis. W końcu udało mu się zostać tenisistą i to o dziwo całkiem przyzwoitym. Niestety nieznajomość zasad sprawia, że bardzo często kłóci się z sędziami, co doprowadza czasem nawet do wyproszenia go z kortu. Kurator postanowił więc, że poszuka kogoś, kto to Jonowi jakoś wytłumaczy.
I właśnie tak poznałam Jona. Później zaczęłam współpracę z panem kuratorem i wyszło mi to tylko na gorsze, bo dzięki temu skończyłam jak skończyłam, czyli jako opiekunka i przewodniczka Jona. W końcu oboje mieliśmy siebie dosyć i trzeba było coś zmienić...
I to już koniec nudnego rozdziału pierwszego, rozdział drugi będzie już ciekawszy. Na razie się żegnam, bye!
czwartek, 12 września 2013
No więc miałam coś wymyślić...
Witam!
Jako że popularność nieśmiało idzie w górę, postanowiłam mimo braku pomysłu napisać posta. Wprawdzie bardzo mi się nie chce, tak jak i innym nie chce się tego czytać, ale dzień bez posta wydawałby się trochę dziwny, znając moje upodobanie do pisania ich w nadmiernych ilościach.
Wojciech Fibak zdrajcą Djokovica - porównał Rafę Nadala do Chopina, tym samym przekreślając swoją współpracę z Novakiem. Nareszcie coś zabawnego w tym przygnębiającym dniu! Miałam wprawdzie nie pisać newsów, ale to mnie po prostu rozwaliło.
Janowicz nie zagra przeciw Australii w Pucharze Davisa. Szanse zerowe, ale w przybliżeniu. Mają gdzieś 0,00000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000001 szans na wygraną, a na wygraną w całym pucharze... nie zmieści mi się w jednej linijce, więc nie będę pisać. Choć oczywiście życzę im jak najlepiej i mam nadzieję, że nie przegrają do zera, która to liczba w tym akapicie zdecydowanie za dużo się powtarza. Do boju Polacy!!! Uuu!!! A teraz się ogarnę i zrobię ilustracje. Znaczy ilustrację, bo na drugą nie mam na razie pomysłu.
Chopin czy Nadal? Podobieństwo uderzające, ale właśnie o to chodzi. Poza tym Chopin podczas prywatnej rozmowy wyznał mi, że zamiast Babolatem wolałby grać Headem.
A teraz się już żegnam, do zobaczenia w następnym poście, bye!
Jako że popularność nieśmiało idzie w górę, postanowiłam mimo braku pomysłu napisać posta. Wprawdzie bardzo mi się nie chce, tak jak i innym nie chce się tego czytać, ale dzień bez posta wydawałby się trochę dziwny, znając moje upodobanie do pisania ich w nadmiernych ilościach.
Wojciech Fibak zdrajcą Djokovica - porównał Rafę Nadala do Chopina, tym samym przekreślając swoją współpracę z Novakiem. Nareszcie coś zabawnego w tym przygnębiającym dniu! Miałam wprawdzie nie pisać newsów, ale to mnie po prostu rozwaliło.
Janowicz nie zagra przeciw Australii w Pucharze Davisa. Szanse zerowe, ale w przybliżeniu. Mają gdzieś 0,00000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000001 szans na wygraną, a na wygraną w całym pucharze... nie zmieści mi się w jednej linijce, więc nie będę pisać. Choć oczywiście życzę im jak najlepiej i mam nadzieję, że nie przegrają do zera, która to liczba w tym akapicie zdecydowanie za dużo się powtarza. Do boju Polacy!!! Uuu!!! A teraz się ogarnę i zrobię ilustracje. Znaczy ilustrację, bo na drugą nie mam na razie pomysłu.
Chopin czy Nadal? Podobieństwo uderzające, ale właśnie o to chodzi. Poza tym Chopin podczas prywatnej rozmowy wyznał mi, że zamiast Babolatem wolałby grać Headem.
A teraz się już żegnam, do zobaczenia w następnym poście, bye!
wtorek, 10 września 2013
Eeeeeee... What?
Witam!
Może zacznę od wytłumaczenia tytułu posta, potem coś sobie sama wytłumaczę, a w następstwie tego wytłumaczę się wszystkim.
Pierwsza część tytułu posta to brak pomysłu na co innego, druga jest moją reakcją na ujrzenie dramatycznego spadku popularności mojego bloga. Tłumaczę to sobie tak, że to przez moje zaniedbanie, a moje zaniedbanie tłumaczę tak, że... no, po prostu szkoła. Teraz jednak wróciłam i właśnie staram się wymyślić coś, co nie będzie zajmować mi dużo czasu, a będzie się fajnie prezentować i pozwoli przywrócić temu blogowi dawną świetność... nie, to trochę z dużo powiedziane... Zamiast świetności niech będą "zadowalające mnie wyniki popularności".
Idąc drogą eliminacji, nie mogę zajmować się opowiadaniami, a tym bardziej opowiadaniami o Jonie. Nie mogę też skupić się na newsach, bo są cokolwiek nudne i popularności mi nie przywrócą. Rysunków nie mam, no chyba że kogoś interesuje "Top Gear"... Ciężko będzie mi wymyślić coś, co będzie się zgadzało z przysłowiem - "i wilk syty, i owca cała", więc teraz biorę się za improwizację.
Na razie trochę newsów: ranking ej-ti-pi - Djoko cały czas liderem, 100 punktów za nim żądny krwi Rafa, za nimi w tyle zostaje Andy, potem Ferrer i Berdych, a potem biedny Federer, który jakimś cudem skoczył w rankingu na 6. pozycję. I właśnie dlatego nie ogarniam tych po... po-jakichś tam rankingów. W WTA nie ma nic ciekawego, więc zabieram się za myślenie.
Pomysł numer 1: zacznę od zmiany wyglądu dla zyskania czasu. Zamiast mączki beton, a do tego jesienne liście i oczywiście piłeczka tenisowa. Wygląd tytułu też przeszedł lekką metamorfozę, żeby być dopasowanym do reszty. Mam nadzieję, że zmiany się podobają, będę wdzięczna za wszelkie komentarze.
Pomysł numer 2: eeeee... nie mam na razie jednak pomysłu, ale postaram się to jak najszybciej zmienić.
A teraz nie pozostaje mi nic innego jak się pożegnać i opłakiwać łzami wściekłości (jak zwykle przesadzam...) przegraną Djokovica. Bye!
Może zacznę od wytłumaczenia tytułu posta, potem coś sobie sama wytłumaczę, a w następstwie tego wytłumaczę się wszystkim.
Pierwsza część tytułu posta to brak pomysłu na co innego, druga jest moją reakcją na ujrzenie dramatycznego spadku popularności mojego bloga. Tłumaczę to sobie tak, że to przez moje zaniedbanie, a moje zaniedbanie tłumaczę tak, że... no, po prostu szkoła. Teraz jednak wróciłam i właśnie staram się wymyślić coś, co nie będzie zajmować mi dużo czasu, a będzie się fajnie prezentować i pozwoli przywrócić temu blogowi dawną świetność... nie, to trochę z dużo powiedziane... Zamiast świetności niech będą "zadowalające mnie wyniki popularności".
Idąc drogą eliminacji, nie mogę zajmować się opowiadaniami, a tym bardziej opowiadaniami o Jonie. Nie mogę też skupić się na newsach, bo są cokolwiek nudne i popularności mi nie przywrócą. Rysunków nie mam, no chyba że kogoś interesuje "Top Gear"... Ciężko będzie mi wymyślić coś, co będzie się zgadzało z przysłowiem - "i wilk syty, i owca cała", więc teraz biorę się za improwizację.
Na razie trochę newsów: ranking ej-ti-pi - Djoko cały czas liderem, 100 punktów za nim żądny krwi Rafa, za nimi w tyle zostaje Andy, potem Ferrer i Berdych, a potem biedny Federer, który jakimś cudem skoczył w rankingu na 6. pozycję. I właśnie dlatego nie ogarniam tych po... po-jakichś tam rankingów. W WTA nie ma nic ciekawego, więc zabieram się za myślenie.
Pomysł numer 1: zacznę od zmiany wyglądu dla zyskania czasu. Zamiast mączki beton, a do tego jesienne liście i oczywiście piłeczka tenisowa. Wygląd tytułu też przeszedł lekką metamorfozę, żeby być dopasowanym do reszty. Mam nadzieję, że zmiany się podobają, będę wdzięczna za wszelkie komentarze.
Pomysł numer 2: eeeee... nie mam na razie jednak pomysłu, ale postaram się to jak najszybciej zmienić.
A teraz nie pozostaje mi nic innego jak się pożegnać i opłakiwać łzami wściekłości (jak zwykle przesadzam...) przegraną Djokovica. Bye!
poniedziałek, 9 września 2013
Obiecany ciąg dalszy, czyli część czwarta opowiadania "Jon śladami Wielkiego Szlema"
Witam!
Zgodnie z wczorajszą obietnicą zebrałam się w sobie i postanowiłam dokończyć opowiadanie. Jak można sobie wyobrazić, będzie tam dużo zamieszania i zwrotów akcji, a że nie mam nawet ułożonego w głowie planu, to może tu powstać całkiem ciekawa historia. Pierwszym pomysłem było to, że Jon nie poleciał do Nowego Jorku, bo kupując pamiątki przegapił samolot. Nie byłam dla niego jednak aż tak niemiła i dałam mu przynajmniej tę satysfakcję, że cały czas będzie bohaterem mojego opowiadania. Będzie też trochę ilustracji, czyli zdjęć zrobionych mu przez poproszonych o to przypadkowych przechodniów... Wszystko to ukaże się Waszym oczom dosłownie za chwilę.
"Jon śladami Wielkiego Szlema"
Część czwarta - Nowy Jork
Po niezbyt miłym rozstaniu w Londynie udało mi się odzyskać wewnętrzny spokój i harmonię dopiero w połowie drogi do Nowego Jorku. Nie czułam się najlepiej po tym, jak zostawiłam Jona na pastwę losu, ale po zjedzeniu przyzwoitego posiłku w postaci normalnych gołąbków (cały czas nie mogę zapomnieć tych poprzednich!) oprzytomniałam i utwierdziłam się w przekonaniu, że postąpiłam w tej sprawie tak jak trzeba.
W doskonałym humorze doleciałam na miejsce i nie myśląc już wcale o pozostawionym za oceanem "koledze" zabrałam się za zwiedzanie. Oczywiście było wspaniale, zwiedziłam co chciałam i postanowiłam poszukać jakiegoś hotelu na nocleg, żeby następnego dnia dobrze zaplanować wycieczkę do Kentucky Horse Park. Wszystko poszło po mojej myśli, jednak przy śniadaniu dotarła do mnie wiadomość, która zmieniła mój świetny humor na głęboki niepokój. Otóż, dowiedziałam się, że Jon właśnie wylądował w Nowym Jorku i jeśli będę chciała lecieć do Kentucky samolotem, co niestety miałam w planach, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że spotkamy się na lotnisku.
Po śniadaniu zabrałam się za kamuflaż, żeby Jon nie mógł mnie rozpoznać. Zamieniłam okulary na soczewki kontaktowe, dodałam jakiś dziwny makijaż, do tego duży kapelusz, żeby mimo wszystko nie było widać twarzy i wyruszyłam w drogę. Rozważyłam przy okazji dojazd autobusem, ale wydawało mi się to zbyt czasochłonne. Byłam zmuszona skorzystać z samolotu i narazić się na wielką kompromitację, jeśli Jon mnie rozpozna.
Na lotnisku zobaczyłam go kupującego pamiątki. Miałam nadzieję, że mnie nie zauważył i że będę mogła spokojnie kontynuować wycieczkę. Mój plan jednak poległ, kiedy z nudów się zapomniałam i weszłam do sklepiku. Jon stał tam ubrany dość... ekhm... osobliwie, a swoje pamiątki trzymał w torbie z biedronki. "Co za wieśniak!" - pomyślałam i chciałam wyjść, jednak w tym właśnie momencie "wieśniak" mnie rozpoznał i postanowił się ze mną przywitać. Nie odpowiadając oddaliłam się na bezpieczną odległość i udałam się do samolotu.
Podróż do Kentucky odbyła się bez komplikacji, więc udało mi się w końcu odzyskać humor. Od razu wybrałam się na zwiedzanie i w końcu zabieram się za opisywanie przygód Jona, bo troszkę się rozpisałam nie na temat.
Jon skończył kupowanie pamiątek kilka godzin po wylądowaniu. Jak się dowiedziałam, nie miał on żadnego przewodnika i można było łatwo przewidzieć, że ze zwiedzaniem miasta sobie nie poradzi. Zwiedzanie chciał rozpocząć od kortów, ale skończył na błąkaniu się wśród drapaczy chmur. Przechadzał się tam wyraźnie z siebie zadowolony, prezentując wszystkim swój piękny strój.
Ubrany był w neonową koszulkę, założoną tył do przodu i w dodatku z widoczną metką, dzięki której wszyscy wiedzieli, że to piękne ubranie kupił na targu za 5 funtów. Do tego założył spodenki niezmieniane od początku wycieczki, które dodatkowo ubrudził w Londynie podczas jedzenia truskawek. Na domiar złego na nogach miał skarpetki nie od pary i... sandały. Tak wystrojony przemierzał ulice Nowego Jorku, wymachując torbą z Biedronki pełną pamiątek.
Pod wieczór Jonowi udało odnaleźć się korty Flushing Meadows i rozpoczął poszukiwanie gwiazd. Szukał tak cały wieczór i całą noc, dopiero nas ranem zmęczony zasnął na ławeczce. Rano wrócił do stałej roboty i w końcu znalazł - Johna McEnroe'a. Oczywiście zrobił sobie z nim zdjęcie, którego tu nie zamieszczam, bo nie za bardzo widać na nim Jona... Tak to jest, jak się daje aparat komuś, kto ma około 2 metrów wzrostu... Nieważne, po odebraniu kilkudziesięciu autografów dla przyjaciół Jon udał się na dalsze zwiedzanie.
Tymczasem ja bawiłam się świetnie na wyścigach konnych, udało mi się nawet przejechać na jakimś czempionie, którego imienia niestety nie udało mi się zapamiętać. Pamiętam tylko, że po pierwszym upadku już nic nie pamiętałam, ale to szczegół.
Jonowi udało się nadzwyczaj szybko, bo jedynie w cztery godziny, dotrzeć do Statuy Wolności. Nic to, że nic więcej już potem nie zwiedził i musiał wracać do domu, bo przynajmniej ktoś zrobił mu bardzo ładne zdjęcie, które spokojnie może zostać reklamą Biedronki.
Oczywiście zanim Jon dotarł na lotnisko, zostały już wezwane specjalne służby, mające go szukać po całym mieście. Odnalazł się w jakimś sklepiku z pamiątkami, skąd bez prawa do głosu został zabrany prosto do Polski. Jak się okazało po fakcie, torba z pamiątkami została za oceanem i zastraszone przez Jona służby specjalne musiały po nią wrócić.
O mnie nie ma już co pisać, wróciłam spokojnie do kraju, nie napotykając Jona po drodze. Teraz wstawiam właśnie ostatnie zdjęcie, a o szczegóły wyprawy Jona do Nowego Jorku pytajcie jego samego.
Teraz już się żegnam, do zobaczenia w kolejnym poście, bye!
Zgodnie z wczorajszą obietnicą zebrałam się w sobie i postanowiłam dokończyć opowiadanie. Jak można sobie wyobrazić, będzie tam dużo zamieszania i zwrotów akcji, a że nie mam nawet ułożonego w głowie planu, to może tu powstać całkiem ciekawa historia. Pierwszym pomysłem było to, że Jon nie poleciał do Nowego Jorku, bo kupując pamiątki przegapił samolot. Nie byłam dla niego jednak aż tak niemiła i dałam mu przynajmniej tę satysfakcję, że cały czas będzie bohaterem mojego opowiadania. Będzie też trochę ilustracji, czyli zdjęć zrobionych mu przez poproszonych o to przypadkowych przechodniów... Wszystko to ukaże się Waszym oczom dosłownie za chwilę.
"Jon śladami Wielkiego Szlema"
Część czwarta - Nowy Jork
Po niezbyt miłym rozstaniu w Londynie udało mi się odzyskać wewnętrzny spokój i harmonię dopiero w połowie drogi do Nowego Jorku. Nie czułam się najlepiej po tym, jak zostawiłam Jona na pastwę losu, ale po zjedzeniu przyzwoitego posiłku w postaci normalnych gołąbków (cały czas nie mogę zapomnieć tych poprzednich!) oprzytomniałam i utwierdziłam się w przekonaniu, że postąpiłam w tej sprawie tak jak trzeba.
W doskonałym humorze doleciałam na miejsce i nie myśląc już wcale o pozostawionym za oceanem "koledze" zabrałam się za zwiedzanie. Oczywiście było wspaniale, zwiedziłam co chciałam i postanowiłam poszukać jakiegoś hotelu na nocleg, żeby następnego dnia dobrze zaplanować wycieczkę do Kentucky Horse Park. Wszystko poszło po mojej myśli, jednak przy śniadaniu dotarła do mnie wiadomość, która zmieniła mój świetny humor na głęboki niepokój. Otóż, dowiedziałam się, że Jon właśnie wylądował w Nowym Jorku i jeśli będę chciała lecieć do Kentucky samolotem, co niestety miałam w planach, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że spotkamy się na lotnisku.
Po śniadaniu zabrałam się za kamuflaż, żeby Jon nie mógł mnie rozpoznać. Zamieniłam okulary na soczewki kontaktowe, dodałam jakiś dziwny makijaż, do tego duży kapelusz, żeby mimo wszystko nie było widać twarzy i wyruszyłam w drogę. Rozważyłam przy okazji dojazd autobusem, ale wydawało mi się to zbyt czasochłonne. Byłam zmuszona skorzystać z samolotu i narazić się na wielką kompromitację, jeśli Jon mnie rozpozna.
Na lotnisku zobaczyłam go kupującego pamiątki. Miałam nadzieję, że mnie nie zauważył i że będę mogła spokojnie kontynuować wycieczkę. Mój plan jednak poległ, kiedy z nudów się zapomniałam i weszłam do sklepiku. Jon stał tam ubrany dość... ekhm... osobliwie, a swoje pamiątki trzymał w torbie z biedronki. "Co za wieśniak!" - pomyślałam i chciałam wyjść, jednak w tym właśnie momencie "wieśniak" mnie rozpoznał i postanowił się ze mną przywitać. Nie odpowiadając oddaliłam się na bezpieczną odległość i udałam się do samolotu.
Podróż do Kentucky odbyła się bez komplikacji, więc udało mi się w końcu odzyskać humor. Od razu wybrałam się na zwiedzanie i w końcu zabieram się za opisywanie przygód Jona, bo troszkę się rozpisałam nie na temat.
Jon skończył kupowanie pamiątek kilka godzin po wylądowaniu. Jak się dowiedziałam, nie miał on żadnego przewodnika i można było łatwo przewidzieć, że ze zwiedzaniem miasta sobie nie poradzi. Zwiedzanie chciał rozpocząć od kortów, ale skończył na błąkaniu się wśród drapaczy chmur. Przechadzał się tam wyraźnie z siebie zadowolony, prezentując wszystkim swój piękny strój.
Ubrany był w neonową koszulkę, założoną tył do przodu i w dodatku z widoczną metką, dzięki której wszyscy wiedzieli, że to piękne ubranie kupił na targu za 5 funtów. Do tego założył spodenki niezmieniane od początku wycieczki, które dodatkowo ubrudził w Londynie podczas jedzenia truskawek. Na domiar złego na nogach miał skarpetki nie od pary i... sandały. Tak wystrojony przemierzał ulice Nowego Jorku, wymachując torbą z Biedronki pełną pamiątek.
Pod wieczór Jonowi udało odnaleźć się korty Flushing Meadows i rozpoczął poszukiwanie gwiazd. Szukał tak cały wieczór i całą noc, dopiero nas ranem zmęczony zasnął na ławeczce. Rano wrócił do stałej roboty i w końcu znalazł - Johna McEnroe'a. Oczywiście zrobił sobie z nim zdjęcie, którego tu nie zamieszczam, bo nie za bardzo widać na nim Jona... Tak to jest, jak się daje aparat komuś, kto ma około 2 metrów wzrostu... Nieważne, po odebraniu kilkudziesięciu autografów dla przyjaciół Jon udał się na dalsze zwiedzanie.
Tymczasem ja bawiłam się świetnie na wyścigach konnych, udało mi się nawet przejechać na jakimś czempionie, którego imienia niestety nie udało mi się zapamiętać. Pamiętam tylko, że po pierwszym upadku już nic nie pamiętałam, ale to szczegół.
Jonowi udało się nadzwyczaj szybko, bo jedynie w cztery godziny, dotrzeć do Statuy Wolności. Nic to, że nic więcej już potem nie zwiedził i musiał wracać do domu, bo przynajmniej ktoś zrobił mu bardzo ładne zdjęcie, które spokojnie może zostać reklamą Biedronki.
Oczywiście zanim Jon dotarł na lotnisko, zostały już wezwane specjalne służby, mające go szukać po całym mieście. Odnalazł się w jakimś sklepiku z pamiątkami, skąd bez prawa do głosu został zabrany prosto do Polski. Jak się okazało po fakcie, torba z pamiątkami została za oceanem i zastraszone przez Jona służby specjalne musiały po nią wrócić.
O mnie nie ma już co pisać, wróciłam spokojnie do kraju, nie napotykając Jona po drodze. Teraz wstawiam właśnie ostatnie zdjęcie, a o szczegóły wyprawy Jona do Nowego Jorku pytajcie jego samego.
Teraz już się żegnam, do zobaczenia w kolejnym poście, bye!
niedziela, 8 września 2013
Wielki sukces Jona, czyli, innymi słowy, muszę kontynuować opowiadanie.
Witam!
Jak widać po tytule posta, Jon powraca. Zakładam, że są tu jakieś osoby, które chcą się dowiedzieć, jak Jon poradził sobie sam w betonowej dżungli, więc jutro napiszę spóźniony czwarty rozdział opowiadania. Obrazek wymaga jeszcze dopracowania, więc na razie go nie wstawię, a żeby post nie był pusty, to wstawię tak sobie udany rysunek, mający przedstawiać Novaka Djokovica (który nawiasem mówiąc wczoraj wygrał pięciosetowy mecz z Wawrinką).
Rakieta wyszła nawet dobrze... Do zobaczenia, bye!
Jak widać po tytule posta, Jon powraca. Zakładam, że są tu jakieś osoby, które chcą się dowiedzieć, jak Jon poradził sobie sam w betonowej dżungli, więc jutro napiszę spóźniony czwarty rozdział opowiadania. Obrazek wymaga jeszcze dopracowania, więc na razie go nie wstawię, a żeby post nie był pusty, to wstawię tak sobie udany rysunek, mający przedstawiać Novaka Djokovica (który nawiasem mówiąc wczoraj wygrał pięciosetowy mecz z Wawrinką).
Rakieta wyszła nawet dobrze... Do zobaczenia, bye!
poniedziałek, 2 września 2013
"Jon śladami Wielkiego Szlema" - część trzecia
Witam!
Ostatnio zauważyłam mały spadek popularności bloga, troszkę mnie to martwi... Dzisiaj będzie troszkę o <piiiip>, czyli właściwie jedna informacja: Djokovic wygrał. A tak to wracamy do Jona i jego wyprawy, której połowa odbyła się najwyraźniej bez rewelacji, bo komentarzy widzę dość mało... znaczy... Jak określić zero?
Jon śladami Wielkiego Szlema
Część trzecia - Londyn
Jon w Londynie jest jak... nie wiem jak co, bo tego się nie da porównać do niczego. Nie mogliśmy jednak ominąć miasta, które jest kolebką Wielkiego Szlema. To tutaj od sporo ponad 100 lat odbywa się jedyny turniej wielkoszlemowy rozgrywany na trawie, nawiasem mówiąc pierwszej nawierzchni kortów tenisowych. No i poza tym tenisa wymyślili Anglicy, a więc przodkowie dzisiejszych mieszkańców Londynu. Nieprzyjechanie tutaj byłoby więc karygodnym postępkiem, więc żeby nie wyjść na zbrodniarza, musiałam tam Jona zabrać.
Z Paryża do Londynu droga niedaleka, więc nie zdążyłam z tłumaczeniem bardziej zaawansowanych zasad dobrego wychowania. Moje obawy były coraz większe i miałam coraz większą ochotę, żeby wtargnąć do kabiny pilota i kazać mu zawrócić samolot. Niestety mnie tam nie wpuszczono, kiedy już chciałam posunąć się do tej ostateczności.
W końcu wylądowaliśmy i znowu zaczął się pamiątkowy maraton. Nie miałam już siły na odciąganie Jona od sklepiku po bitwie z ochroniarzem, więc cierpliwie czekałam aż mu się znudzi.
Po zakupie większego wózeczka na pamiątki wybraliśmy się wreszcie do miasta. Postanowiliśmy zacząć od kortów i spotkań z ewentualnymi gwiazdami. Z poruszaniem się po Londynie problemów nie było, bo wszystko było napisane w zrozumiałym języku. Bez problemu trafiliśmy do centrum i zaczęliśmy się rozglądać w poszukiwaniu Wimbledonu. Trudno go znaleźć nie było...
Tuż przed nami wznosił się kort centralny, wspaniały i okazały. Oczywiście nie wolno go było zwiedzać, a tym bardziej nie wolno go było zwiedzać Jonowi. To JA mu tego zabroniłam. Z tą satysfakcją oprowadziłam go z miną znawcy po całym kompleksie i opowiedziałam mu o wszystkich kortach, czytając informacje na tabliczkach. Na szczęście się nie zorientował. Podczas połowu gwiazd nie spotkaliśmy nikogo, ale Jonowi przyszło znowu coś głupiego, choć mniej niebezpiecznego, do głowy.
- Tenisowe gwiazdy lubią jeść truskawki ze śmietaną.
- No to chodźmy na te truskawki... - odparłam z rezygnacją i rozejrzałam się za jakimś miejscem, gdzie moglibyśmy rzeczywiście takowe danie spożyć. W końcu znaleźliśmy jakąś restaurację, w której Jon spotkał swojego kolegę z kortu, jakiegoś zawodnika z końca czwartej setki rankingu.
Kiedy kolega sobie poszedł, zamówiliśmy u zniecierpliwionej kelnerki dwie porcje truskawek. Zakładałam, że nie wynikną z tego żadne problemy, ale oczywiście musiałam się mylić. Zakochany w wimbledońskiej potrawie Jon nie miał zamiaru opuszczać restauracji. Trudno, zostawiłam go tak samego z jego pamiątkami i parasolem i poszłam zwiedzać miasto.
Londyn wydawał mi się wspaniały, nawet mimo deszczu, który postanowił jednak padać. Zaczęłam od podstawowych atrakcji, bez wyjątku wszystkich, a przynajmniej tych, o których istnieniu wiedziałam. Przejażdżka czerwonym autobusem bez dachu w czasie ulewy była wprawdzie trochę mokra, ale to tylko dodało jej uroku. Potem kolejna mokra przejażdżka, tym razem na London Eye (niech Jon żałuje, na pewno by mu się podobało), a potem wreszcie sucha metrem. Po aktywnym zwiedzaniu i zakupie pamiątek postanowiłam wrócić po Jona. Było już późno i restauracja była zamknięta, jednak mojego nietowarzyszącego mi towarzysza nie było nigdzie w jej okolicy. Teraz wyniknął prawdziwy problem...
Jon znalazł się dopiero kilka godzin później i kilka ulic dalej. Twierdził, że bał się o mnie i chciał mnie odszukać. Kiedy usłyszałam historię o tym, że prawie potrącił go samochód, postanowiłam go już nigdzie nie zostawiać samego. Żeby się jednak na nim zemścić, opowiedziałam mu całą historię mojej wycieczki, co dało przewidywany przeze mnie wynik. Musieliśmy więc gdzieś przenocować i następnego dnia jeszcze raz zwiedzić całe miasto.
Szczerze mówiąc nie ma co opisywać w tej wycieczce, bo Jon był wyjątkowo grzeczny i nie musiałam się za niego wstydzić, znaczy nie musiałam się wstydzić przez całą wycieczkę nie licząc jej ostatniej części, kiedy Jon nawrzeszczał na kierowcę autobusu, że jedzie po niewłaściwej stronie ulicy. W nagrodę został wyprowadzony przez policję z pojazdu, a ja musiałam niestety wyjść za nim i wytłumaczyć stróżom prawa jego zachowanie. Coż... tłumaczenie mi się nie udało i musieliśmy się udać na komisariat. Uratował nas dopiero szef biura podróży, które organizowało naszą wycieczkę.
Podziękowałam mu i od razu powiedziałam, że nie mam zamiaru kontynuować tej wyprawy jako przewodnik i opiekun Jona. Nie zwracając uwagi na jego prośby pożegnałam się i poszłam na lotnisko, skąd najbliższym samolotem poleciałam do Nowego Jorku, żeby wreszcie móc odbyć wycieczkę według własnego planu.
No i takim dziwnym akcentem kończę kolejną część opowiadania. Historię dokończę jutro, wprawdzie z dwoma dniami przesunięcia, ale to chyba nikomu nie przeszkadza. Na razie się żegnam, bye!
Ostatnio zauważyłam mały spadek popularności bloga, troszkę mnie to martwi... Dzisiaj będzie troszkę o <piiiip>, czyli właściwie jedna informacja: Djokovic wygrał. A tak to wracamy do Jona i jego wyprawy, której połowa odbyła się najwyraźniej bez rewelacji, bo komentarzy widzę dość mało... znaczy... Jak określić zero?
Jon śladami Wielkiego Szlema
Część trzecia - Londyn
Jon w Londynie jest jak... nie wiem jak co, bo tego się nie da porównać do niczego. Nie mogliśmy jednak ominąć miasta, które jest kolebką Wielkiego Szlema. To tutaj od sporo ponad 100 lat odbywa się jedyny turniej wielkoszlemowy rozgrywany na trawie, nawiasem mówiąc pierwszej nawierzchni kortów tenisowych. No i poza tym tenisa wymyślili Anglicy, a więc przodkowie dzisiejszych mieszkańców Londynu. Nieprzyjechanie tutaj byłoby więc karygodnym postępkiem, więc żeby nie wyjść na zbrodniarza, musiałam tam Jona zabrać.
Z Paryża do Londynu droga niedaleka, więc nie zdążyłam z tłumaczeniem bardziej zaawansowanych zasad dobrego wychowania. Moje obawy były coraz większe i miałam coraz większą ochotę, żeby wtargnąć do kabiny pilota i kazać mu zawrócić samolot. Niestety mnie tam nie wpuszczono, kiedy już chciałam posunąć się do tej ostateczności.
W końcu wylądowaliśmy i znowu zaczął się pamiątkowy maraton. Nie miałam już siły na odciąganie Jona od sklepiku po bitwie z ochroniarzem, więc cierpliwie czekałam aż mu się znudzi.
Po zakupie większego wózeczka na pamiątki wybraliśmy się wreszcie do miasta. Postanowiliśmy zacząć od kortów i spotkań z ewentualnymi gwiazdami. Z poruszaniem się po Londynie problemów nie było, bo wszystko było napisane w zrozumiałym języku. Bez problemu trafiliśmy do centrum i zaczęliśmy się rozglądać w poszukiwaniu Wimbledonu. Trudno go znaleźć nie było...
Tuż przed nami wznosił się kort centralny, wspaniały i okazały. Oczywiście nie wolno go było zwiedzać, a tym bardziej nie wolno go było zwiedzać Jonowi. To JA mu tego zabroniłam. Z tą satysfakcją oprowadziłam go z miną znawcy po całym kompleksie i opowiedziałam mu o wszystkich kortach, czytając informacje na tabliczkach. Na szczęście się nie zorientował. Podczas połowu gwiazd nie spotkaliśmy nikogo, ale Jonowi przyszło znowu coś głupiego, choć mniej niebezpiecznego, do głowy.
- Tenisowe gwiazdy lubią jeść truskawki ze śmietaną.
- No to chodźmy na te truskawki... - odparłam z rezygnacją i rozejrzałam się za jakimś miejscem, gdzie moglibyśmy rzeczywiście takowe danie spożyć. W końcu znaleźliśmy jakąś restaurację, w której Jon spotkał swojego kolegę z kortu, jakiegoś zawodnika z końca czwartej setki rankingu.
Kiedy kolega sobie poszedł, zamówiliśmy u zniecierpliwionej kelnerki dwie porcje truskawek. Zakładałam, że nie wynikną z tego żadne problemy, ale oczywiście musiałam się mylić. Zakochany w wimbledońskiej potrawie Jon nie miał zamiaru opuszczać restauracji. Trudno, zostawiłam go tak samego z jego pamiątkami i parasolem i poszłam zwiedzać miasto.
Londyn wydawał mi się wspaniały, nawet mimo deszczu, który postanowił jednak padać. Zaczęłam od podstawowych atrakcji, bez wyjątku wszystkich, a przynajmniej tych, o których istnieniu wiedziałam. Przejażdżka czerwonym autobusem bez dachu w czasie ulewy była wprawdzie trochę mokra, ale to tylko dodało jej uroku. Potem kolejna mokra przejażdżka, tym razem na London Eye (niech Jon żałuje, na pewno by mu się podobało), a potem wreszcie sucha metrem. Po aktywnym zwiedzaniu i zakupie pamiątek postanowiłam wrócić po Jona. Było już późno i restauracja była zamknięta, jednak mojego nietowarzyszącego mi towarzysza nie było nigdzie w jej okolicy. Teraz wyniknął prawdziwy problem...
Jon znalazł się dopiero kilka godzin później i kilka ulic dalej. Twierdził, że bał się o mnie i chciał mnie odszukać. Kiedy usłyszałam historię o tym, że prawie potrącił go samochód, postanowiłam go już nigdzie nie zostawiać samego. Żeby się jednak na nim zemścić, opowiedziałam mu całą historię mojej wycieczki, co dało przewidywany przeze mnie wynik. Musieliśmy więc gdzieś przenocować i następnego dnia jeszcze raz zwiedzić całe miasto.
Szczerze mówiąc nie ma co opisywać w tej wycieczce, bo Jon był wyjątkowo grzeczny i nie musiałam się za niego wstydzić, znaczy nie musiałam się wstydzić przez całą wycieczkę nie licząc jej ostatniej części, kiedy Jon nawrzeszczał na kierowcę autobusu, że jedzie po niewłaściwej stronie ulicy. W nagrodę został wyprowadzony przez policję z pojazdu, a ja musiałam niestety wyjść za nim i wytłumaczyć stróżom prawa jego zachowanie. Coż... tłumaczenie mi się nie udało i musieliśmy się udać na komisariat. Uratował nas dopiero szef biura podróży, które organizowało naszą wycieczkę.
Podziękowałam mu i od razu powiedziałam, że nie mam zamiaru kontynuować tej wyprawy jako przewodnik i opiekun Jona. Nie zwracając uwagi na jego prośby pożegnałam się i poszłam na lotnisko, skąd najbliższym samolotem poleciałam do Nowego Jorku, żeby wreszcie móc odbyć wycieczkę według własnego planu.
No i takim dziwnym akcentem kończę kolejną część opowiadania. Historię dokończę jutro, wprawdzie z dwoma dniami przesunięcia, ale to chyba nikomu nie przeszkadza. Na razie się żegnam, bye!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)








