Witam!
Zgodnie z wczorajszą obietnicą zebrałam się w sobie i postanowiłam dokończyć opowiadanie. Jak można sobie wyobrazić, będzie tam dużo zamieszania i zwrotów akcji, a że nie mam nawet ułożonego w głowie planu, to może tu powstać całkiem ciekawa historia. Pierwszym pomysłem było to, że Jon nie poleciał do Nowego Jorku, bo kupując pamiątki przegapił samolot. Nie byłam dla niego jednak aż tak niemiła i dałam mu przynajmniej tę satysfakcję, że cały czas będzie bohaterem mojego opowiadania. Będzie też trochę ilustracji, czyli zdjęć zrobionych mu przez poproszonych o to przypadkowych przechodniów... Wszystko to ukaże się Waszym oczom dosłownie za chwilę.
"Jon śladami Wielkiego Szlema"
Część czwarta - Nowy Jork
Po niezbyt miłym rozstaniu w Londynie udało mi się odzyskać wewnętrzny spokój i harmonię dopiero w połowie drogi do Nowego Jorku. Nie czułam się najlepiej po tym, jak zostawiłam Jona na pastwę losu, ale po zjedzeniu przyzwoitego posiłku w postaci normalnych gołąbków (cały czas nie mogę zapomnieć tych poprzednich!) oprzytomniałam i utwierdziłam się w przekonaniu, że postąpiłam w tej sprawie tak jak trzeba.
W doskonałym humorze doleciałam na miejsce i nie myśląc już wcale o pozostawionym za oceanem "koledze" zabrałam się za zwiedzanie. Oczywiście było wspaniale, zwiedziłam co chciałam i postanowiłam poszukać jakiegoś hotelu na nocleg, żeby następnego dnia dobrze zaplanować wycieczkę do Kentucky Horse Park. Wszystko poszło po mojej myśli, jednak przy śniadaniu dotarła do mnie wiadomość, która zmieniła mój świetny humor na głęboki niepokój. Otóż, dowiedziałam się, że Jon właśnie wylądował w Nowym Jorku i jeśli będę chciała lecieć do Kentucky samolotem, co niestety miałam w planach, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że spotkamy się na lotnisku.
Po śniadaniu zabrałam się za kamuflaż, żeby Jon nie mógł mnie rozpoznać. Zamieniłam okulary na soczewki kontaktowe, dodałam jakiś dziwny makijaż, do tego duży kapelusz, żeby mimo wszystko nie było widać twarzy i wyruszyłam w drogę. Rozważyłam przy okazji dojazd autobusem, ale wydawało mi się to zbyt czasochłonne. Byłam zmuszona skorzystać z samolotu i narazić się na wielką kompromitację, jeśli Jon mnie rozpozna.
Na lotnisku zobaczyłam go kupującego pamiątki. Miałam nadzieję, że mnie nie zauważył i że będę mogła spokojnie kontynuować wycieczkę. Mój plan jednak poległ, kiedy z nudów się zapomniałam i weszłam do sklepiku. Jon stał tam ubrany dość... ekhm... osobliwie, a swoje pamiątki trzymał w torbie z biedronki. "Co za wieśniak!" - pomyślałam i chciałam wyjść, jednak w tym właśnie momencie "wieśniak" mnie rozpoznał i postanowił się ze mną przywitać. Nie odpowiadając oddaliłam się na bezpieczną odległość i udałam się do samolotu.
Podróż do Kentucky odbyła się bez komplikacji, więc udało mi się w końcu odzyskać humor. Od razu wybrałam się na zwiedzanie i w końcu zabieram się za opisywanie przygód Jona, bo troszkę się rozpisałam nie na temat.
Jon skończył kupowanie pamiątek kilka godzin po wylądowaniu. Jak się dowiedziałam, nie miał on żadnego przewodnika i można było łatwo przewidzieć, że ze zwiedzaniem miasta sobie nie poradzi. Zwiedzanie chciał rozpocząć od kortów, ale skończył na błąkaniu się wśród drapaczy chmur. Przechadzał się tam wyraźnie z siebie zadowolony, prezentując wszystkim swój piękny strój.
Ubrany był w neonową koszulkę, założoną tył do przodu i w dodatku z widoczną metką, dzięki której wszyscy wiedzieli, że to piękne ubranie kupił na targu za 5 funtów. Do tego założył spodenki niezmieniane od początku wycieczki, które dodatkowo ubrudził w Londynie podczas jedzenia truskawek. Na domiar złego na nogach miał skarpetki nie od pary i... sandały. Tak wystrojony przemierzał ulice Nowego Jorku, wymachując torbą z Biedronki pełną pamiątek.
Pod wieczór Jonowi udało odnaleźć się korty Flushing Meadows i rozpoczął poszukiwanie gwiazd. Szukał tak cały wieczór i całą noc, dopiero nas ranem zmęczony zasnął na ławeczce. Rano wrócił do stałej roboty i w końcu znalazł - Johna McEnroe'a. Oczywiście zrobił sobie z nim zdjęcie, którego tu nie zamieszczam, bo nie za bardzo widać na nim Jona... Tak to jest, jak się daje aparat komuś, kto ma około 2 metrów wzrostu... Nieważne, po odebraniu kilkudziesięciu autografów dla przyjaciół Jon udał się na dalsze zwiedzanie.
Tymczasem ja bawiłam się świetnie na wyścigach konnych, udało mi się nawet przejechać na jakimś czempionie, którego imienia niestety nie udało mi się zapamiętać. Pamiętam tylko, że po pierwszym upadku już nic nie pamiętałam, ale to szczegół.
Jonowi udało się nadzwyczaj szybko, bo jedynie w cztery godziny, dotrzeć do Statuy Wolności. Nic to, że nic więcej już potem nie zwiedził i musiał wracać do domu, bo przynajmniej ktoś zrobił mu bardzo ładne zdjęcie, które spokojnie może zostać reklamą Biedronki.
Oczywiście zanim Jon dotarł na lotnisko, zostały już wezwane specjalne służby, mające go szukać po całym mieście. Odnalazł się w jakimś sklepiku z pamiątkami, skąd bez prawa do głosu został zabrany prosto do Polski. Jak się okazało po fakcie, torba z pamiątkami została za oceanem i zastraszone przez Jona służby specjalne musiały po nią wrócić.
O mnie nie ma już co pisać, wróciłam spokojnie do kraju, nie napotykając Jona po drodze. Teraz wstawiam właśnie ostatnie zdjęcie, a o szczegóły wyprawy Jona do Nowego Jorku pytajcie jego samego.
Teraz już się żegnam, do zobaczenia w kolejnym poście, bye!


Jon jest świetny! Kocham Jona! Ja chcę więcej Jona!
OdpowiedzUsuńKochasz Jona? Jon, słyszałeś to? xD
UsuńTylko bez dziwnych skojarzeń... Jon jest... bardzo... fajną... i... interesującą... postacią... twoich opowiadań. O to mi chodziło. xD
Usuń"Jon jest bardzo fajną i interesującą postacią" (reszta niepotrzebna, bo mi nie pasuje do kontekstu) - i tak na jedno wychodzi. xD
Usuń