poniedziałek, 2 września 2013

"Jon śladami Wielkiego Szlema" - część trzecia

Witam!

Ostatnio zauważyłam mały spadek popularności bloga, troszkę mnie to martwi... Dzisiaj będzie troszkę o <piiiip>, czyli właściwie jedna informacja: Djokovic wygrał. A tak to wracamy do Jona i jego wyprawy, której połowa odbyła się najwyraźniej bez rewelacji, bo komentarzy widzę dość mało... znaczy... Jak określić zero?

Jon śladami Wielkiego Szlema
Część trzecia - Londyn

  Jon w Londynie jest jak... nie wiem jak co, bo tego się nie da porównać do niczego. Nie mogliśmy jednak ominąć miasta, które jest kolebką Wielkiego Szlema. To tutaj od sporo ponad 100 lat odbywa się jedyny turniej wielkoszlemowy rozgrywany na trawie, nawiasem mówiąc pierwszej nawierzchni kortów tenisowych. No i poza tym tenisa wymyślili Anglicy, a więc przodkowie dzisiejszych mieszkańców Londynu. Nieprzyjechanie tutaj byłoby więc karygodnym postępkiem, więc żeby nie wyjść na zbrodniarza, musiałam tam Jona zabrać.
  Z Paryża do Londynu droga niedaleka, więc nie zdążyłam z tłumaczeniem bardziej zaawansowanych zasad dobrego wychowania. Moje obawy były coraz większe i miałam coraz większą ochotę, żeby wtargnąć do kabiny pilota i kazać mu zawrócić samolot. Niestety mnie tam nie wpuszczono, kiedy już chciałam posunąć się do tej ostateczności.
  W końcu wylądowaliśmy i znowu zaczął się pamiątkowy maraton. Nie miałam już siły na odciąganie Jona od sklepiku po bitwie z ochroniarzem, więc cierpliwie czekałam aż mu się znudzi.
  Po zakupie większego wózeczka na pamiątki wybraliśmy się wreszcie do miasta. Postanowiliśmy zacząć od kortów i spotkań z ewentualnymi gwiazdami. Z poruszaniem się po Londynie problemów nie było, bo wszystko było napisane w zrozumiałym języku. Bez problemu trafiliśmy do centrum i zaczęliśmy się rozglądać w poszukiwaniu Wimbledonu. Trudno go znaleźć nie było...
  Tuż przed nami wznosił się kort centralny, wspaniały i okazały. Oczywiście nie wolno go było zwiedzać, a tym bardziej nie wolno go było zwiedzać Jonowi. To JA mu tego zabroniłam. Z tą satysfakcją oprowadziłam go z miną znawcy po całym kompleksie i opowiedziałam mu o wszystkich kortach, czytając informacje na tabliczkach. Na szczęście się nie zorientował. Podczas połowu gwiazd nie spotkaliśmy nikogo, ale Jonowi przyszło znowu coś głupiego, choć mniej niebezpiecznego, do głowy.
- Tenisowe gwiazdy lubią jeść truskawki ze śmietaną.
- No to chodźmy na te truskawki... - odparłam z rezygnacją i rozejrzałam się za jakimś miejscem, gdzie moglibyśmy rzeczywiście takowe danie spożyć. W końcu znaleźliśmy jakąś restaurację, w której Jon spotkał swojego kolegę z kortu, jakiegoś zawodnika z końca czwartej setki rankingu.
  Kiedy kolega sobie poszedł, zamówiliśmy u zniecierpliwionej kelnerki dwie porcje truskawek. Zakładałam, że nie wynikną z tego żadne problemy, ale oczywiście musiałam się mylić. Zakochany w wimbledońskiej potrawie Jon nie miał zamiaru opuszczać restauracji. Trudno, zostawiłam go tak samego z jego pamiątkami i parasolem i poszłam zwiedzać miasto.
  Londyn wydawał mi się wspaniały, nawet mimo deszczu, który postanowił jednak padać. Zaczęłam od podstawowych atrakcji, bez wyjątku wszystkich, a przynajmniej tych, o których istnieniu wiedziałam. Przejażdżka czerwonym autobusem bez dachu w czasie ulewy była wprawdzie trochę mokra, ale to tylko dodało jej uroku. Potem kolejna mokra przejażdżka, tym razem na London Eye (niech Jon żałuje, na pewno by mu się podobało), a potem wreszcie sucha metrem. Po aktywnym zwiedzaniu i zakupie pamiątek postanowiłam wrócić po Jona. Było już późno i restauracja była zamknięta, jednak mojego nietowarzyszącego mi towarzysza nie było nigdzie w jej okolicy. Teraz wyniknął prawdziwy problem...
  Jon znalazł się dopiero kilka godzin później i kilka ulic dalej. Twierdził, że bał się o mnie i chciał mnie odszukać. Kiedy usłyszałam historię o tym, że prawie potrącił go samochód, postanowiłam go już nigdzie nie zostawiać samego. Żeby się jednak na nim zemścić, opowiedziałam mu całą historię mojej wycieczki, co dało przewidywany przeze mnie wynik. Musieliśmy więc gdzieś przenocować i następnego dnia jeszcze raz zwiedzić całe miasto.
  Szczerze mówiąc nie ma co opisywać w tej wycieczce, bo Jon był wyjątkowo grzeczny i nie musiałam się za niego wstydzić, znaczy nie musiałam się wstydzić przez całą wycieczkę nie licząc jej ostatniej części, kiedy Jon nawrzeszczał na kierowcę autobusu, że jedzie po niewłaściwej stronie ulicy. W nagrodę został wyprowadzony przez policję z pojazdu, a ja musiałam niestety wyjść za nim i wytłumaczyć stróżom prawa jego zachowanie. Coż... tłumaczenie mi się nie udało i musieliśmy się udać na komisariat. Uratował nas dopiero szef biura podróży, które organizowało naszą wycieczkę.
  Podziękowałam mu i od razu powiedziałam, że nie mam zamiaru kontynuować tej wyprawy jako przewodnik i opiekun Jona. Nie zwracając uwagi na jego prośby pożegnałam się i poszłam na lotnisko, skąd najbliższym samolotem poleciałam do Nowego Jorku, żeby wreszcie móc odbyć wycieczkę według własnego planu.


No i takim dziwnym akcentem kończę kolejną część opowiadania. Historię dokończę jutro, wprawdzie z dwoma dniami przesunięcia, ale to chyba nikomu nie przeszkadza. Na razie się żegnam, bye!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz