piątek, 30 sierpnia 2013

"Jon śladami Wielkiego Szlema" - część druga

Witam!

Dzisiaj wreszcie doczekałam się ładnej pogody, co nie zmienia faktu, że siedzę jak zwykle przed komputerem w piżamie i piszę posta. To w te wakacje się nie zmieni. Jednak rok szkolny zbliża się bardzo szybko i powinnam się zająć sprawami organizacyjnymi, czyli jak będzie funkcjonował blog.

Ponieważ cały czas trwa <piiiip>, zapewne będę cały czas o nim pisać, przedstawiać wyniki itp. Wiem, że to nudne, dlatego do pomocy zatrudnię Jona. Najpierw jednak musimy dokończyć wyprawę śladami Szlema, co jak widać po części pierwszej nie jest wcale takie łatwe. Wyszło to tak, że mam z tym zajęcie do końca wakacji. Potem czasu będę mieć zapewne mniej, ale postaram się nie zaniedbywać bloga i pisać posty najczęściej, jak to będzie możliwe. A teraz już wracamy do przygód Jona.

"Jon śladami Wielkiego Szlema"
Część druga - Paryż

  Z Australii do Paryża lecieliśmy dłuższą chwilę, więc mogłam dalej wtajemniczać Jona w tajniki dobrego wychowania. Jak na razie byłam bardzo zadowolona, że nie zadaje tylu głupich pytań, jak to on ma w zwyczaju. Wylądowaliśmy oboje szczęśliwi - Jon, bo mógł znowu kupować pamiątki, a ja, że zrozumiał przynajmniej kilka informacji z tego, co mu mówiłam. 
  Niestety na lotnisku w Paryżu było dość dużo pamiątek, więc spędziliśmy tu dobre kilka godzin. W końcu Jon zauważył, że zabrakło mu pieniędzy i bardzo smutny (nie kupił sobie wszystkiego, czego "potrzebował") poszedł za mną na miasto. 
  W zwiedzaniu przeszkadzał nam pewien nieprzyjemny fakt - żadne z nas nie znało francuskiego. Trudno było się więc zapytać o cokolwiek, teraz akurat potrzebny nam był bankomat. Najchętniej to bym go nie szukała, bo brak pieniędzy oznaczał brak problemów z pamiątkami. Ale Jon był tak smutny lub tak umiejętnie udawał, że musiałam mu pomóc. W końcu dotarliśmy do centrum i znaleźliśmy bankomat, z którego po naszej wizycie ubyło sporo pieniędzy. No i kolejne zastanowienie: skąd Jon ma tyle kasy? Nie miałam jednak czasu, żeby długo nad tym rozmyślać, bo musiałam pilnować, żeby mój towarzysz nie kupował za dużo pamiątek i nie zgubił się w tłumie.
  Po zakupieniu kolejnej tony pamiątek i wózeczka, na którym musieliśmy je przewozić, postanowiliśmy coś zjeść. Zasiedliśmy przy stoliku w jakiejś luksusowej restauracji i przyjrzeliśmy się menu. Nie dość, że w karcie było mało dań, to w dodatku nie mieli kotletów, a to jest prawdziwa zbrodnia. Zrezygnowani sprawdziliśmy wszystkie luksusowe restauracje i w końcu zjedliśmy najmniej wykwintne dania spośród wszystkich, których nazwy byliśmy w stanie przetłumaczyć: pieczeń z kaczki i gołąbki w sosie własnym. Jak się okazało, przez gołąbki Francuzi rozumieją co innego, bo podano nam upieczone ptaki. Jon widząc moją minę poświęcił się i wymienił się ze mną swoją kaczką. Trochę to nie w jego stylu, ale bardzo mnie to ucieszyło.
  Zjedliśmy w końcu obiad i wybraliśmy się na zwiedzanie. Pierwsze w planie były oczywiście korty Rolanda Garrosa. Cóż tu dużo mówić - wyglądają przepięknie. Zrobiliśmy sobie zdjęcia i tradycyjnie szukaliśmy gwiazd. Nie trafiliśmy tym razem na nikogo, więc poszliśmy dalej. 
  Obawiałam się trochę przed zabraniem Jona do Luwru, ale zostawić go samego w tak wielkim i niebezpiecznym mieście było jeszcze gorzej. Zwiedzanie muzeum szło nam jednak nawet przyjemnie, dopóki nie dotarliśmy do perły w koronie - "Mona Lisy". Miałam nadzieję, że Jon nie będzie jej chciał dotknąć... Stało się jednak coś gorszego. Odezwał się:
- Dlaczego ona się tak głupio uśmiecha? Trochę jak Federer...
"Jak on może porównywać największe dzieło Leonarda do Federera?!" - pomyślałam, ale odpowiedziałam mu spokojnie:
- Jak się nie znasz, to się nie wypowiadaj. 
Dalsze zwiedzanie udało nam się dokończyć bez większych konfliktów, choć Jon był na mnie wyraźnie obrażony. Miałam nadzieję, że mu przejdzie, bo nie chciałam go przepraszać za nic. To on powinien mnie przeprosić za obrazę mojego mistrza. 
  Atmosfera rozluźniła się trochę przed Wieżą Eiffla i udało nam się nawet poprosić jakiegoś Francuza o zrobienie nam zdjęcia. Było miło, ale kolejna dziwna sytuacja przydarzyła się przy Łuku Triumfalnym. 
- Czy ten łuk to został wzniesiony dla Rafy Nadala za to, że wygrał 8 razy French Open?
Pytanie było tak dziwne, że nie byłam na nie w stanie odpowiedzieć w pierwszej chwili. W końcu powstrzymałam wybuch śmiechu i odpowiedziałam mu długo i wyczerpująco:
- Nie.
  Właściwie to nie chciało nam się już zwiedzać nic więcej, więc zaczęliśmy się szykować do podboju Londynu. Zanim jednak zorientowaliśmy się, że nasze bagaże zostały na lotnisku, spotkaliśmy gwiazdę. I to jaką! Oto tuż obok nas, tak niewyobrażalnie blisko, stała sobie jak gdyby nigdy nic Serena Williams. Nie trudno chyba zgadnąć, jak na to zareagował Jon. Serena jednak nie miała tyle cierpliwości co Hewitt i połowa przyjaciół Jona została bez autografów. W tym też, bo jak się okazało, mój towarzysz podróży rozróżnia tylko przyjaciół i wrogów. Sprawa zatrważającej liczby przyjaciół rozwiązała się sama. Tylko ja naprawdę nie chciałam być jego przyjacielem!
  W końcu dotarliśmy na lotnisko i zrozumieliśmy, że o czymś żeśmy zapomnieli. Na szczęście zarząd lotniska był tak miły i przechował nasze walizki, ale ich zdobycie nie było wcale takie łatwe. Po długich negocjacjach, że ja to ja, a Jon to Jon, odzyskaliśmy swoje rzeczy i mogliśmy w spokoju czekać na samolot. Wtedy stało się coś dziwnego: Jon usiadł spokojnie na ławce i nawet nie myślał o kupowaniu pamiątek! Nic na to nie powiedziałam i dałam sobie z nim spokój, bo miałam już dość tych wszystkich zaskakujących rzeczy jak na jeden dzień.
  Po godzinie takiego siedzenia zrozumiałam, jak wspaniale zajmującą czas czynnością było kupowanie pamiątek. Ponieważ samolot się spóźniał, w końcu udałam się sklepiku i zrobiłam małe zakupy. Po kolejnych dwóch godzinach podszedł do nas jakiś Francuz i próbował nam coś powiedzieć... Byliśmy bardzo ciekawi co, ale niestety nie mogliśmy go zrozumieć. Dopiero oficjalny i logiczny, bo powiedziany po angielsku, komunikat uświadomił nam, że nasz samolot już przyleciał. No i polecieliśmy.


A teraz już się żegnam, bye!

1 komentarz:

  1. Świetny obrazek! Naprawdę mi się podoba. Idę czytać kolejną część. :)

    OdpowiedzUsuń