Witam ponownie!
Post tworzę głównie z nudów, ale też dlatego, żeby nie stracić zapału do jego stworzenia. Mamy jeszcze wakacje, więc tworzę teraz opowiadanie na 4 posty, które opowiadać będzie o wakacyjnej wyprawie Jona. Jak można się domyślić, nie będzie to zwykła wycieczka. Jaka ona będzie, sama jeszcze nie wiem, ale się dowiem i wszyscy też się dowiedzą. Dość wstępów, czas wreszcie zacząć pisać.
Jon śladami Wielkiego Szlema
Część pierwsza - Australia
Jon jako stworzenie ciekawe świata zawsze chciał wybierać się w różne podróże. Mnie to cokolwiek zdziwiło, bo jakoś trudno mi było wyobrazić go sobie w muzeum, spokojnie oglądającego dzieła sztuki. Ponieważ nikt nie odważyłby się wysłać go samego, musieliśmy zatrudnić przewodnika, a że nikt nie chciał podjąć się tego wyzwania, padło na mnie.
Zaczęła się bardzo ekscytująca, ale też i bardziej niebezpieczna niż wyprawa do dzikiej Afryki, wycieczka w moim życiu. Miałam i tak sporo szczęścia, że Jon wiedział czym jest samolot i nie musiałam mu tego tłumaczyć. Od samego początku musiałam mu jednak wdrażać zasady dobrego wychowania, o których ewidentnie słyszał po raz pierwszy w życiu. Na szczęście do Australii chwilę się leci, więc przez całą drogę udało mi się wytłumaczyć mu przynajmniej podstawowe kwestie. O dziwo bardzo grzecznie mnie słuchał i stosował się do wszystkiego, co mu mówiłam. Chyba odczuwa do mnie pewien respekt, co jest oczywiście bardzo przydatne i dało mi nadzieję na miłą wycieczkę.
Na nadziei jednak się skończyło. Kiedy tylko wysiedliśmy z samolotu, Jon zaczął kupować pamiątki. Nie mogłam mu tego zabronić, a że wszędzie musiałam za nim chodzić, to sama też coś sobie kupiłam. W końcu udało mi się go odciągnąć od sklepiku na lotnisku i udaliśmy się na zwiedzanie. Znajdowaliśmy się w Sydney, jego jednak nie obchodziła tutaj nawet opera, więc musieliśmy jechać dalej.
Do Melbourne jechaliśmy po australijskich bezdrożach jakimś zdezelowanym jeepem. Wszystko poszłoby idealnie gdyby Jon nie zobaczył kangura, na którym bardzo chciał się przejechać. Zanim zdążyłam mu wytłumaczyć, że to niebezpieczne, on już dosiadł swego wierzchowca. Popędziliśmy za nim jeepem, żeby zebrać z tej pustyni jego zwłoki, kiedy już spadnie z tego kangura i dostanie od niego z kopa. Szczerze mówiąc miałam nawet cichą nadzieję, że tak się stanie i będę go miała z głowy.
No i oczywiście tak się nie stało, Jon cały i zdrowy dojechał na kangurze do miasta. Tam go zatrzymał, poklepał jak konia i puścił wolno. Westchnęłam, niekoniecznie z ulgą, podziękowałam kierowcy jeepa i pobiegłam za Jonem, który już pędził w stronę kortów.
Kompleks kortów Melbourne Park wyglądał doprawdy imponująco i oboje byliśmy nim zachwyceni. Zrobiliśmy sobie zdjęcia przy pomniku Roda Lavera, sprawdziliśmy, czy nie ma tu jakichś gwiazd tenisa, a potem poszliśmy dalej zwiedzać miasto... znaczy ja chciałam iść, ale Jon już niekoniecznie. Musiał oczywiście zakupić pamiątki (miniaturki wszystkich kortów, a co!) i jeszcze raz przyjrzeć się każdemu człowiekowi z bliska, żeby zobaczyć, czy nie jest przypadkiem Federerem. Na moje nieszczęście spotkaliśmy jednego z australijskich tenisistów, Lleytona Hewitta. Jon poprosił go o autografy dla siebie i swoich przyjaciół i wreszcie mogliśmy sobie iść. Chwila... Przyjaciół?
Dalej zwiedzałam miasto cały czas zastanawiając się, jak można być przyjacielem Jona. Ja z nim ledwo wytrzymuję teraz, a jak oni mogą z nim wytrzymać całe życie? Z zamyślenia wyrwał mnie oczywiście Jon, który znowu zaczął kupować pamiątki. Postanowiłam mu wytłumaczyć, że musi oszczędzać pieniądze, bo mu nie starczy na dalsze wycieczki. Jaką miłą niespodzianką było to, że mnie posłuchał!
Po zwiedzeniu Melbourne wybraliśmy się do dzikiej części Australii, czego bardzo się obawiałam. Oczywiście nie chodziło mi o kangury i psy dingo, ale o Jona, który pewnie chętnie by jeszcze na nich pojeździł. Z pomocą naszego kierowcy dokładnie go przypięłam do fotela. Może się nie odepnie...
Jechaliśmy spokojnie naszym jeepem, widoki okolicy były wspaniałe. Pomagałam Jonowi liczyć kangury z nadzieją, że to go odwiedzie od pomysłu dalszych przejażdżek. No i się udało, ale w tym momencie wjechaliśmy w las, gdzie kangurów już nie było. Były za to misie koala, które Jon bardzo chciał pogłaskać. Nie wyglądały groźnie, więc się zgodziłam i bardzo tego pożałowałam, kiedy jeden z miśków w geście obrony chciał odgryźć mojemu towarzyszowi palec.
Dalsza droga obyła się bez zbędnych przygód i dojechaliśmy na zaciszną polankę, na której mieliśmy nocować. Z tego co pamiętam, zamawialiśmy prestiżowy hotel, ale moje obawy zniknęły, kiedy zobaczyłam Jona z zapałem rozbijającego namiot.
Następnego dnia wyruszyliśmy w dalszą podróż i wróciliśmy do liczenia kangurów. Wreszcie dotarliśmy do góry Kościuszki, na którą oczywiście nie wypadałoby się nie wdrapać, zwłaszcza kiedy w ekipie był Jon. Widok z jeepa nie mógł się równać z widokiem ze szczytu, który zrekompensował nam trudy wejścia na górę. Zrobiliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy do samochodu. Ponownie przypięliśmy Jona do fotela i wyruszyliśmy na lotnisko, skąd mieliśmy polecieć do Paryża.
Na lotnisku miałam powtórkę z rozrywki, Jon najwyraźniej zapomniał o tym, co mu mówiłam w Melbourne. Trudno, to jego pieniądze. W końcu odciągnęłam go od sklepiku za włosy, bo nasz samolot zbierał się już do odlotu. Wsiedliśmy w ostatniej chwili i lecieliśmy ku kolejnej wielkiej i męczącej przygodzie.
No i to już tyle na dziś, jutro ciąg dalszy przygód Jona. Na razie się żegnam, bye!

Moja nowa ulubiona postać - Jon. xD
OdpowiedzUsuńCo jest w nim takiego fajnego? To to, że jest idiotą? xD
UsuńJon zawsze spoko B)
OdpowiedzUsuńMoże teraz będziemy patatajać na kangurach do szkoły zamiast jeździć autobusem? Hehe
Dobra, jutro widzimy się na kangurze numer 644. xD
UsuńDzięki za komentarz. ^^