Witam!
Po 100 latach przerwy... znaczy służby na statku zwanym "Latający Holender" u Davie'go Jonesa (nareszcie jakieś sensowne wytłumaczenie nieobecności!) postanowiłam znowu napisać posta z krótkim opowiadaniem o Jonie. Opowiadanie miało zostać opublikowane na Mikołajki, ale tak się złożyło, że nie zostało i zostanie dzisiaj.
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami... na Syberii... zresztą dokładnie nie wiadomo gdzie, żył sobie pewien idiota imieniem Jon. Ze swojej głupoty zasłynął na całym świecie przez opowiadania na blogu pewnej fanatyczki koni, rocka i tenisa, czytane przez olbrzymie grono czytelników z całej Polski, od Śląska po Pomorze, w przybliżeniu było ich... <wystąpił błąd, proszę spróbować później>
Wracając jednak do Jona, był on idiotą jakich mało. Jak głoszą podania i legendy, umiał on grać w tenisa, ale nie znał zasad. Niektórzy mówią też, że na śniadanie pożerał książki i bał się białych kotów, a także ciemności i lampek nocnych. Podobno zginął pożarty przez wielką rybę z Morza Kaspijskiego lub Oceanu Indyjskiego - tego dokładnie nie ustalono - ale plotki mówią, że jednak przeżył, w końcu skąd by się wziął dalszy ciąg opowiadania?
Żeby jednak dobrze zrozumieć całą historię, należy sięgnąć trochę głębiej, do dzieciństwa Jona.
No więc było to tak, że małe Joniątko jak każde dziecko miało swoje marzenia. Pierwszym z nich była gra w tenisa, spełniło się ono, kiedy Jon miał za sobą 3 lata swojego beznadziejnego życia. Swoją pierwszą rakietę otrzymał 6 grudnia X roku (data z pewnych przyczyn nieznana) od świętego Mikołaja. A było to tak...
Jon układał się do snu w swoim łóżeczku, nie mógł jednak długo zasnąć ze strachu przed swoją lampką nocną. Wtedy do jego pokoju wtargnął jakiś facet niezwykle podobny do jego ojca i postawił obok jego łóżka paczkę, po czym odszedł. Rano Jon dowiedział się, że wbrew pozorom nie był to jego tata tylko święty Mikołaj.
Jako bardzo mądre dziecko Jon od razu zrozumiał, że musi to być jakiś zawód i to w dodatku bardzo ciekawy, skoro jego ojciec go wykonuje. Ponieważ tata był jego wielkim autorytetem, od tego czasu postanowił zrobić wszystko, żeby w przyszłości również zostać świętym Mikołajem.
Mijały lata, Jon stał się bardzo sprawnym tenisistą z poważnymi osiągnięciami w Challenger Tour i Future Series. Powoli zapominał o swoich poprzednich marzeniach i zaczęło mu bardziej zależeć na wygraniu Wielkiego Szlema. Było to jedna marzenie bardzo trudne do spełnienia i w wieku 18,(6), czyli kilku miesięcy od jego oficjalnej śmierci, postanowił zająć się jednak tym pierwszym.
W Kazachstanie nie było za bardzo możliwości na znalezienie pracy w tym zawodzie, więc Jon postanowił wrócić pieszo do ojczyzny i tam poszukać pracy. Wędrował długimi miesiącami, swoje 19 urodziny spędził na autostradzie w Niemczech i właśnie wtedy się zorientował, że pojechało mu się trochę za daleko. Ponieważ był jednak w swoim mniemaniu mądrym stworzeniem, stwierdził, że za granicą będzie mu łatwiej znaleźć pracę.
Poszukiwania rozpoczął więc w Niemczech, miał jednak problemy ze znajomością języka, przez miesiąc pobytu u naszych zachodnich sąsiadów poznał tylko jedno słowo bardzo często do niego wypowiadane: "Scheiße", którego znaczenia nigdy nie poznał i w sumie dla niego to dobrze.
Po kolejnym miesiącu poszukiwań i dalszej nieznajomości niemieckiego Jon stwierdził, że powinien wybrać się jeszcze dalej na zachód. Postawił więc na Wielką Brytanię, gdzie był wprawdzie poszukiwany listem gończym, ale przynajmniej znał język angielski. Na miejsce dotarł pokonując drogę lądową piechotą, a morską w spław i o dziwo zajęło mu to tylko kolejny miesiąc.
Jon wyszedł z wody u wybrzeży Anglii pomarszczony od soli, cały mokry i obwieszony owocami morza, odstraszając od razu wszystkich ludzi przebywających wtedy w porcie.
- Mogę prosić pana o autograf, panie Jones? - zapytało Jona jakieś odważne dziecko, widocznie wielki fan "Piratów z Karaibów".
- Ja nie jestem Jones tylko Jon. Musiałeś mnie z kimś pomylić, chłopczyku.
- Ale ja jestem dziewczynką!
Ostatnich słów dziecka Jon już jednak nie słyszał, bo bardziej był zainteresowany szukaniem pracy i spokojnym krokiem udał się do miasta, w którym na każdym słupie wisiały jego zdjęcia z wyraźnie określoną ceną za jego głowę. Przyjrzał się im uważnie, przeczytał podpis, podumał chwilę... "To moja głowa jest taka cenna! Mógłbym ją sprzedać i zarobić trochę, żebym łatwiej znalazł pracę!" - pomyślał uradowany.
Jon pognał w podskokach na najbliższy komisariat policji, żeby oddać głowę w ręce mężnych angielskich strażników prawa, całkowicie nieświadomy tego, co go tam czeka. Po drodze zauważył, że ludzie widząc go zaczynają wymachiwać rękami i rzucają się w pogoń za nim. Nie miał jednak pojęcia, dlaczego są dla niego tacy mili.
Na komisariacie Jon ładnie się przywitał i przestawił, po czym oświadczył, że chce sprzedać swoją głowę chcąc zarobić na życie i przy okazji zapytał, gdzie może zatrudnić się w pracy jako święty Mikołaj. Został oczywiście wyśmiany, ale z drugiej strony uratowało mu to życie i wolność, bo policjanci nie umieli się opanować na tyle, żeby zakuć Jona w kajdanki i tylko tarzali się po podłodze.
Zdziwiony takim postępowaniem funkcjonariuszy Jon postanowił opuścić budynek i udać się gdziekolwiek indziej. Wybrał bibliotekę, gdzie uzbroił się w fachową literaturę dla świętych Mikołajów, czyli coś o włamywaniu się do domów niepostrzeżenie oraz mnóstwo wydań "Opowieści wigilijnej", które uznał za bardzo potrzebne.
W bibliotece Jon spędził 3 dni bez spełniania podstawowych potrzeb życiowych, ale oczywiście jak to Jon - musiał przeżyć. Po przeczytaniu i nauczeniu się na pamięć wybranych fragmentów dzieł literackich w końcu zrozumiał, że święty Mikołaj nie mieszka w Wielkiej Brytanii ani w Niemczech. Zakupił więc w księgarni atlas świata i wybrał się na poszukiwania, tym razem jednak nie pracy, a Laponii, gdzie podobno może spełnić się jego marzenie.
Niestety obrazek beznadziejny, ale nie miałam czasu zrobić lepszego. W drugiej części opowiadania będą porządne ilustracje do całego opowiadania. A teraz się żegnam, bye!
środa, 11 grudnia 2013
piątek, 22 listopada 2013
No nareszcie jestem!
Witam!
Po kolejnych długich tygodniach znowu jestem i tworzę piękne zakończenie opowieści o Jonie, tym razem na odmianę zacznę od ilustracji, do której dodam też wspaniały opis.
Ingelegde van Kommkomer - "Największy idiota świata, Jon Kowalski, wstępujący do nieba po pożarciu przez wielką rybę" (NIŚJKWDNPPPWR), olej na płótnie, wymiary 800x600pxl
Obraz przedstawia, zgodnie z tytułem, Jona pożeranego przez rybę. Po śmierci ogarnia do światłość, po czym wstępuje do krainy po drugiej stronie tęczy - Jon Town. W tle widać ciemne chmury i wzburzone fale morskie, mające na celu podkreślenie powagi sytuacji.
Obraz został namalowany w roku 2013 przez holenderskiego mistrza, którego nazwisko w tłumaczeniu dosłownym znaczy "Ogórek van Kiszony".
Obraz ten został namalowany na podstawie podań ludowych, głoszonych przez ludzi zamieszkujących południowe wybrzeża Indii. Niektórzy twierdzą też, że Jon został pożarty przez rybę zamieszkującą Morze Kaspijskie. W każdym bądź razie była to ryba.
Podobno było to tak, że Jon jechał na koniu, koń chciał się napić wody i Jon wpadł do oceanu (lub też jeziora). Potem podpłynęła ryba i go pożarła.
Ja wiem, drogi czytelniku, że było jednak inaczej. Wybacz mi też, drogi czytelniku, że piszę w taki sposób, jaki to, drogi czytelniku, mnie samej bardzo, drogi czytelniku, przeszkadza, ale, drogi czytelniku, używam go teraz jako przedłużenia tego akapitu.
Zgodnie z moimi informacjami (przysłanymi przez Jona listem w butelce) było to tak: Jon podróżował na koniu przez Indie, zatrzymując się co jakiś czas zatrzymując się u jakichś ludzi dobrej woli. W końcu dotarł do oceanu, na którym w ogóle nie było fal. Wtedy uświadomił sobie, że podróżował jednak przez Kazachstan i było to Morze Kaspijskie, które, jak Jon zapamiętał z mojego atlasu geograficznego zjedzonego kiedyś przez niego na śniadanie, jest jeziorem.
Jego koń rzeczywiście chciał się napić i Jon rzeczywiście zjechał po jego szyi do wody, tutaj jednak historia się zmienia. Prawie utopiony Jon próbował płynąć do brzegu, niestety mu się to nie udało, bo wielka ryba złapała go za mały palec lewej stopy i próbowała wciągnąć go pod wodę. Było już za późno na ratunek.
Ryba połknęła Jona w całości, jednak zaraz potem go zwymiotowała. Na obrazie wygląda jak anioł, był jednak po prostu owinięty w worek na śmieci, a na głowie zaczepił mu się kawałek drutu. W mniej widocznej ręce trzymał butelkę, do której włożył na szybko nabazgrany list (który musiałam trochę podkoloryzować, żeby móc go tu przepisać), zanim wpadł z powrotem do brzucha ryby i został tam na zawsze.
List odebrałam spuszczając wodę w toalecie. Trochę się nim zdziwiłam, ale nie miałam wyjścia i z wielkim obrzydzeniem wyjęłam skrawek papieru z butelki po piwie. Bardzo zmartwił mnie fakt, że Jon jeszcze jest w stanie pisać i będę musiała czytać jego listy.
Po odczytaniu usianego błędami opowiadania humor jednak mi się poprawił, Jon z brzucha ryby tak łatwo nie wyjdzie.
Moje życzenie w późniejszym czasie się spełniło.
Jon skonał po kilku dniach wyniszczenia organizmu przez kwas żołądkowy ryby... Nareszcie! Jak można się jednak domyślić, nie był to koniec jego przygód. Po następnych kilku dniach jego zwłoki znaleźli rybacy i upiekli sobie na kolację.
Teraz to już naprawdę był koniec. Jon został dokładnie przetrawiony i wydalony do wychodka. Tak właśnie zakończyła się historia jego pięknego życia.
Jon Kowalski, zmarł w wieku 18,(3) lat, dokładna data z pewnych względów nieznana.
No to się żegnam, widzimy się za kolejny miesiąc w nowym poście. Bye!
Po kolejnych długich tygodniach znowu jestem i tworzę piękne zakończenie opowieści o Jonie, tym razem na odmianę zacznę od ilustracji, do której dodam też wspaniały opis.
Ingelegde van Kommkomer - "Największy idiota świata, Jon Kowalski, wstępujący do nieba po pożarciu przez wielką rybę" (NIŚJKWDNPPPWR), olej na płótnie, wymiary 800x600pxl
Obraz przedstawia, zgodnie z tytułem, Jona pożeranego przez rybę. Po śmierci ogarnia do światłość, po czym wstępuje do krainy po drugiej stronie tęczy - Jon Town. W tle widać ciemne chmury i wzburzone fale morskie, mające na celu podkreślenie powagi sytuacji.
Obraz został namalowany w roku 2013 przez holenderskiego mistrza, którego nazwisko w tłumaczeniu dosłownym znaczy "Ogórek van Kiszony".
Obraz ten został namalowany na podstawie podań ludowych, głoszonych przez ludzi zamieszkujących południowe wybrzeża Indii. Niektórzy twierdzą też, że Jon został pożarty przez rybę zamieszkującą Morze Kaspijskie. W każdym bądź razie była to ryba.
Podobno było to tak, że Jon jechał na koniu, koń chciał się napić wody i Jon wpadł do oceanu (lub też jeziora). Potem podpłynęła ryba i go pożarła.
Ja wiem, drogi czytelniku, że było jednak inaczej. Wybacz mi też, drogi czytelniku, że piszę w taki sposób, jaki to, drogi czytelniku, mnie samej bardzo, drogi czytelniku, przeszkadza, ale, drogi czytelniku, używam go teraz jako przedłużenia tego akapitu.
Zgodnie z moimi informacjami (przysłanymi przez Jona listem w butelce) było to tak: Jon podróżował na koniu przez Indie, zatrzymując się co jakiś czas zatrzymując się u jakichś ludzi dobrej woli. W końcu dotarł do oceanu, na którym w ogóle nie było fal. Wtedy uświadomił sobie, że podróżował jednak przez Kazachstan i było to Morze Kaspijskie, które, jak Jon zapamiętał z mojego atlasu geograficznego zjedzonego kiedyś przez niego na śniadanie, jest jeziorem.
Jego koń rzeczywiście chciał się napić i Jon rzeczywiście zjechał po jego szyi do wody, tutaj jednak historia się zmienia. Prawie utopiony Jon próbował płynąć do brzegu, niestety mu się to nie udało, bo wielka ryba złapała go za mały palec lewej stopy i próbowała wciągnąć go pod wodę. Było już za późno na ratunek.
Ryba połknęła Jona w całości, jednak zaraz potem go zwymiotowała. Na obrazie wygląda jak anioł, był jednak po prostu owinięty w worek na śmieci, a na głowie zaczepił mu się kawałek drutu. W mniej widocznej ręce trzymał butelkę, do której włożył na szybko nabazgrany list (który musiałam trochę podkoloryzować, żeby móc go tu przepisać), zanim wpadł z powrotem do brzucha ryby i został tam na zawsze.
List odebrałam spuszczając wodę w toalecie. Trochę się nim zdziwiłam, ale nie miałam wyjścia i z wielkim obrzydzeniem wyjęłam skrawek papieru z butelki po piwie. Bardzo zmartwił mnie fakt, że Jon jeszcze jest w stanie pisać i będę musiała czytać jego listy.
Po odczytaniu usianego błędami opowiadania humor jednak mi się poprawił, Jon z brzucha ryby tak łatwo nie wyjdzie.
Moje życzenie w późniejszym czasie się spełniło.
Jon skonał po kilku dniach wyniszczenia organizmu przez kwas żołądkowy ryby... Nareszcie! Jak można się jednak domyślić, nie był to koniec jego przygód. Po następnych kilku dniach jego zwłoki znaleźli rybacy i upiekli sobie na kolację.
Teraz to już naprawdę był koniec. Jon został dokładnie przetrawiony i wydalony do wychodka. Tak właśnie zakończyła się historia jego pięknego życia.
Jon Kowalski, zmarł w wieku 18,(3) lat, dokładna data z pewnych względów nieznana.
No to się żegnam, widzimy się za kolejny miesiąc w nowym poście. Bye!
czwartek, 7 listopada 2013
1000 wyświetleń przebite, a ja cały czas nie wiem, który to rozdział!
Witam!
Miałam dziś wprawdzie nie pisać posta i pewnie bym nie pisała, ale to co zobaczyłam po zalogowaniu po prostu mnie do tego zmusiło. 1002 wyświetlenia! Jak dla mnie to świetny wynik, zważając na to, że tylko jedna osoba na bieżąco czyta przygody Jona... Przejdźmy jednak do kolejnego rozdziału.
Rozdział kole... zresztą nie interesuj się człowieku!
Umierający Jon leżał obok swojego roweru i czekał na pomoc. Oczywiście nikomu nie było go żal, dlatego też nikt się nie zatrzymał, żeby mu pomóc.
Wydawać by się mogło, że to już koniec Jona i jego przygód, że wszystkie obrazki będę musiała przerobić na czarno-białe i że mimo mocy, którą dał mi 1000 wyświetleń, nie będę już miała nic pisać. Stwierdzenie to oczywiście nie jest prawdziwe, bo lubię tworzyć nierealne zwroty akcji, więc może już przestanę pisać o moich twórczych zamiarach i po prostu zacznę pisać dalej.
No więc Jon umierał sobie pod drzewem, kiedy drogą przejeżdżał jakiś facet na wole. Nie był to jakiś stary, bezdomny biedak, jakiego można było się spodziewać po takim środku transportu - przed Jonem zatrzymał się facet z klasą. Miał na sobie elegancki garnitur, a jego wół złotą uprząż, jedwabną derkę i pięknie przystrzyżoną sierść.
Jon aż otworzył swoje zapuchnięte oczy ze zdziwienia, ale zaraz je zamknął, bo uprząż była zbyt błyszcząca. Facet przeniósł półprzytomnego Jona na swojego woła i wyruszył w dalszą drogę. Po kilku godzinach dojechali do pięknej willi, która była posiadłością Faceta. Tam Jon dostał pić i jeść, a że nie był on człowiekiem z naszego gatunku, to szybko wrócił do pełnej sprawności w zaledwie pięć minut.
W willi Faceta Jon spędził dwa dni, po czym otrzymał do swojej dyspozycji konia, na którym miał wrócić do domu. Stało się jednak coś, co Facet zapamięta chyba na wieczność.
- Gdzie jest moja torba? - zapytał do połowy czerwony Jon.
- Nie wiem, nie miał pan żadnej torby, sir.
- Miałem! Czerwoną! Wilsona! Z rakietami!
- Musiałem jej nie zabrać spod drzewa, pod którym pan umierał, sir - odparł Facet dostojnie, nie tracąc fasonu.
W tym momencie Jon rzucił się na niego i zaczął go bić torbą z rekietami, którą trzymał przez cały czas przy sobie, tylko o tym nie wiedział.
- Si... sir! Pan, pan... pan ma tę torbę! Trzyma ją pan... w rę... ręce!
- Serio? - zapytał Jon i popatrzył na swoją zmasakrowaną od uderzania o złoty medalion na szyi Faceta. - To dlaczego mi pan nie powiedział? - Jon znowu zrobił się do połowy czerwony.
- No bo ja ten... No... To ja już może sobie pójdę, a pan niech jedzie do domu... Z Bogiem, sir!
Po tych słowach Facet niezwłocznie się oddalił, dosiadł swojego woła i odjechał z piskiem kopyt. Jon nie miał nic innego do roboty, jak jechać w swoją stronę na swym rączym rumaku. Cały czas nie miał jednak prowiantu na podróż ani pieniędzy na jego zakup. W jego stylu było jednak o tym nie myśleć, więc po prostu jechał przed siebie stępem.
Jon nie znał się na koniach, więc nie wiedział też, że może jechać szybciej. Chociaż właściwie nie umiał jeździć konno, toteż z drugiej strony wyszło mu to na dobre. Oczywiście do czasu, kiedy koń się nie spłoszył.
Teraz Jonowi przypomniała się wycieczka do Australii i przejażdżka na kangurze. I o ile w wolnym kłusie spadał od razu z konia, to w dzikim biegu bez problemu nad nim panował. Postanowił więc poruszać się tym chodem przez całą drogę, dopóki koń się nie zmęczy. Dziwne - ale to w końcu Jon.
No i się żegnam, bye!
Miałam dziś wprawdzie nie pisać posta i pewnie bym nie pisała, ale to co zobaczyłam po zalogowaniu po prostu mnie do tego zmusiło. 1002 wyświetlenia! Jak dla mnie to świetny wynik, zważając na to, że tylko jedna osoba na bieżąco czyta przygody Jona... Przejdźmy jednak do kolejnego rozdziału.
Rozdział kole... zresztą nie interesuj się człowieku!
Umierający Jon leżał obok swojego roweru i czekał na pomoc. Oczywiście nikomu nie było go żal, dlatego też nikt się nie zatrzymał, żeby mu pomóc.
Wydawać by się mogło, że to już koniec Jona i jego przygód, że wszystkie obrazki będę musiała przerobić na czarno-białe i że mimo mocy, którą dał mi 1000 wyświetleń, nie będę już miała nic pisać. Stwierdzenie to oczywiście nie jest prawdziwe, bo lubię tworzyć nierealne zwroty akcji, więc może już przestanę pisać o moich twórczych zamiarach i po prostu zacznę pisać dalej.
No więc Jon umierał sobie pod drzewem, kiedy drogą przejeżdżał jakiś facet na wole. Nie był to jakiś stary, bezdomny biedak, jakiego można było się spodziewać po takim środku transportu - przed Jonem zatrzymał się facet z klasą. Miał na sobie elegancki garnitur, a jego wół złotą uprząż, jedwabną derkę i pięknie przystrzyżoną sierść.
Jon aż otworzył swoje zapuchnięte oczy ze zdziwienia, ale zaraz je zamknął, bo uprząż była zbyt błyszcząca. Facet przeniósł półprzytomnego Jona na swojego woła i wyruszył w dalszą drogę. Po kilku godzinach dojechali do pięknej willi, która była posiadłością Faceta. Tam Jon dostał pić i jeść, a że nie był on człowiekiem z naszego gatunku, to szybko wrócił do pełnej sprawności w zaledwie pięć minut.
W willi Faceta Jon spędził dwa dni, po czym otrzymał do swojej dyspozycji konia, na którym miał wrócić do domu. Stało się jednak coś, co Facet zapamięta chyba na wieczność.
- Gdzie jest moja torba? - zapytał do połowy czerwony Jon.
- Nie wiem, nie miał pan żadnej torby, sir.
- Miałem! Czerwoną! Wilsona! Z rakietami!
- Musiałem jej nie zabrać spod drzewa, pod którym pan umierał, sir - odparł Facet dostojnie, nie tracąc fasonu.
W tym momencie Jon rzucił się na niego i zaczął go bić torbą z rekietami, którą trzymał przez cały czas przy sobie, tylko o tym nie wiedział.
- Si... sir! Pan, pan... pan ma tę torbę! Trzyma ją pan... w rę... ręce!
- Serio? - zapytał Jon i popatrzył na swoją zmasakrowaną od uderzania o złoty medalion na szyi Faceta. - To dlaczego mi pan nie powiedział? - Jon znowu zrobił się do połowy czerwony.
- No bo ja ten... No... To ja już może sobie pójdę, a pan niech jedzie do domu... Z Bogiem, sir!
Po tych słowach Facet niezwłocznie się oddalił, dosiadł swojego woła i odjechał z piskiem kopyt. Jon nie miał nic innego do roboty, jak jechać w swoją stronę na swym rączym rumaku. Cały czas nie miał jednak prowiantu na podróż ani pieniędzy na jego zakup. W jego stylu było jednak o tym nie myśleć, więc po prostu jechał przed siebie stępem.
Jon nie znał się na koniach, więc nie wiedział też, że może jechać szybciej. Chociaż właściwie nie umiał jeździć konno, toteż z drugiej strony wyszło mu to na dobre. Oczywiście do czasu, kiedy koń się nie spłoszył.
Teraz Jonowi przypomniała się wycieczka do Australii i przejażdżka na kangurze. I o ile w wolnym kłusie spadał od razu z konia, to w dzikim biegu bez problemu nad nim panował. Postanowił więc poruszać się tym chodem przez całą drogę, dopóki koń się nie zmęczy. Dziwne - ale to w końcu Jon.
No i się żegnam, bye!
piątek, 1 listopada 2013
Tak, tak, dawno mnie nie było... Tak, zaniedbuję bloga... Tak, nie mam po prostu czasu... Tak, mnie też to przeszkadza...
Witam!
Nie było mnie tu dość długo i bardzo mi przykro z tego powodu (naprawdę mi przykro, choć pewnie ciężko w to uwierzyć). Na szczęście znalazłam chwilę czasu i postanowiłam napisać wreszcie kolejny rozdział, który, jak i kilka poprzednich, nie ma numeru.
Rozdział bez numeru
- Weź pan mi to wytłumacz jeszcze raz, nie rozumiem tego - powiedział hippis po kilkugodzinnym wykładzie Jona.
- Zrozumie pan podczas gry.
- Mam nadzieję, bo inaczej możesz się pan wynosić z obejścia.
Przestraszony tą groźbą Jon szybko pobiegł po rakiety i przy okazji omówił prawidłowy chwyt oraz pozycję do serwisu. O dziwo hippis coś zrozumiał i już w lepszym humorze zajął swoje miejsce na korcie. Rozpoczęła się pasjonująca rozgrywka... znaczy raczej coś beznadziejnego, na co brak mi niestety określenia.
Jon zaserwował pierwszy, żeby pokazać hippisowi, jak to się robi. Hippis odbił forhendem i od razu wbił Jonowi winnera. Jon miłym tenisowym zwyczajem przybił mu brawo i zaserwował po raz drugi, tym razem asa. Niezadowolony hippis powiedział sobie kilka niemiłych słów pod nosem i zabrał się za swój serwis. Na początek zrobił dwa podwójne błędy serwisowe, potem trochę się poprawił i udało im się trochę pograć.
Ogólnie nie wyglądało to najgorzej i Jon zaczynał się dziwić swojemu chlebodawcy, a właściwie rybodawcy, że tak dobrze mu idzie już w pierwszym meczu.
- Słuchaj no pan, jak tu jeszcze była telewizja, to oglądałem mecze tego no... jak mu tam... a! Roda Lejwera!
- Ale to musiało być dawno... Wtedy w ogóle była telewizja?
- Panie, ja wtedy w Ameryce mieszkałem, tam wszystko było.
- To dlaczego pan mieszka teraz tutaj?
- Nie interesuj się pan, bo pan z mieszkania wylecisz.
- Ale ja się tylko pytam...
- No to wyleciałeś pan z mieszkania.
- Ale proszę pana! Gdzie ja teraz się podzieję? Co ja ze sobą zrobię? Czy pan myśli, że biednemu tenisiście zesłanego przez złych ludzi na Syberię jest łatwo sobie tu poukładać życie?! - wykrzykiwał Jon językiem literackim, szkoda że wcześniej tak nie umiał...
- A bo ja to wiem... Ja przyjechałem sam i sobie wszystko poukładałem.
- Ale ja tu nie chciałem przyjechać!
- To wracaj pan do domu!
- Niby jak? Do pociągu mi nie wolno, tramwaju nie ma, nie mówiąc już o samolocie! I nawet pamiątek się nie da kupić, bo nie ma!
- Czegoś się tu pan spodziewał? Nowoczesnego dworca z pociągami pędzącymi z prędkością światła?!
- Tak!
- To masz pan problem, bo jesteś pan w Rosji, a w Rosji jest dziwnie.
- Jak bym nie zauważył... To ja sobie idę. Do widzenia!
- A idź pan! Do niewidzenia!
Jon zabrał torbę ze sprzętem i zapadając się w zaspy podążył w stronę cywilizacji - na zachód, a przynajmniej on tak sądził. Niestety się pomylił i po chwili zauważył, że szedł w miejscu. Wyruszył więc po raz drugi, tym razem sprawdzając, czy na pewno się porusza.
Po kilku dniach drogi doszedł do granicy z Kazachstanem. Z geografią miał jednak większe problemy... Postanowił ją przekroczyć i poszukać jakiegoś środka transportu, z którego będzie mógł skorzystać jadąc do domu. Pieniędzy nie miał za dużo, starczyło mu więc jedynie na rower-składak kupiony od jakiegoś starca na targu. Właściwie otrzymał go za piłkę tenisową, więc zostały mu jeszcze pieniądze na prowiant, którego trochę mu było potrzebne. Na straganie zakupił 5 kilo papryczek chilli i 5-litrową butlę z wodą utlenioną na popicie - na więcej mu nie starczyło.
Przygotowany do drogi Jon wyruszył w podróż na rowerze, z torbą z rakietami na plechach i koszem z żywnością na głowie. Wyglądało to cokolwiek zabawnie, zwłaszcza kiedy kosz spadał mu z głowy albo rower się psuł i musiał się co chwilę zatrzymywać. Pozostał jednak nieustraszony i pedałował zawzięcie, aż zrobił się głodny.
Ponieważ jego droga miała być dość długa, musiał oszczędzać żywność. Postanowił więc wziąć z kosza jedną papryczkę i podgryzać ją po drodze. Plan oczywiście nie wypalił... Choć w innym znaczeniu wypalił: wypalił Jonowi język. Przerażone stworzenie szybko sięgnęło po butlę z wodą i wypiło ją całą, pozbawiając się tym samym szans na przeżycie.
No to tyle na dziś i następne kilka tygodni, żegnam się, bye!
Nie było mnie tu dość długo i bardzo mi przykro z tego powodu (naprawdę mi przykro, choć pewnie ciężko w to uwierzyć). Na szczęście znalazłam chwilę czasu i postanowiłam napisać wreszcie kolejny rozdział, który, jak i kilka poprzednich, nie ma numeru.
Rozdział bez numeru
- Weź pan mi to wytłumacz jeszcze raz, nie rozumiem tego - powiedział hippis po kilkugodzinnym wykładzie Jona.
- Zrozumie pan podczas gry.
- Mam nadzieję, bo inaczej możesz się pan wynosić z obejścia.
Przestraszony tą groźbą Jon szybko pobiegł po rakiety i przy okazji omówił prawidłowy chwyt oraz pozycję do serwisu. O dziwo hippis coś zrozumiał i już w lepszym humorze zajął swoje miejsce na korcie. Rozpoczęła się pasjonująca rozgrywka... znaczy raczej coś beznadziejnego, na co brak mi niestety określenia.
Jon zaserwował pierwszy, żeby pokazać hippisowi, jak to się robi. Hippis odbił forhendem i od razu wbił Jonowi winnera. Jon miłym tenisowym zwyczajem przybił mu brawo i zaserwował po raz drugi, tym razem asa. Niezadowolony hippis powiedział sobie kilka niemiłych słów pod nosem i zabrał się za swój serwis. Na początek zrobił dwa podwójne błędy serwisowe, potem trochę się poprawił i udało im się trochę pograć.
Ogólnie nie wyglądało to najgorzej i Jon zaczynał się dziwić swojemu chlebodawcy, a właściwie rybodawcy, że tak dobrze mu idzie już w pierwszym meczu.
- Słuchaj no pan, jak tu jeszcze była telewizja, to oglądałem mecze tego no... jak mu tam... a! Roda Lejwera!
- Ale to musiało być dawno... Wtedy w ogóle była telewizja?
- Panie, ja wtedy w Ameryce mieszkałem, tam wszystko było.
- To dlaczego pan mieszka teraz tutaj?
- Nie interesuj się pan, bo pan z mieszkania wylecisz.
- Ale ja się tylko pytam...
- No to wyleciałeś pan z mieszkania.
- Ale proszę pana! Gdzie ja teraz się podzieję? Co ja ze sobą zrobię? Czy pan myśli, że biednemu tenisiście zesłanego przez złych ludzi na Syberię jest łatwo sobie tu poukładać życie?! - wykrzykiwał Jon językiem literackim, szkoda że wcześniej tak nie umiał...
- A bo ja to wiem... Ja przyjechałem sam i sobie wszystko poukładałem.
- Ale ja tu nie chciałem przyjechać!
- To wracaj pan do domu!
- Niby jak? Do pociągu mi nie wolno, tramwaju nie ma, nie mówiąc już o samolocie! I nawet pamiątek się nie da kupić, bo nie ma!
- Czegoś się tu pan spodziewał? Nowoczesnego dworca z pociągami pędzącymi z prędkością światła?!
- Tak!
- To masz pan problem, bo jesteś pan w Rosji, a w Rosji jest dziwnie.
- Jak bym nie zauważył... To ja sobie idę. Do widzenia!
- A idź pan! Do niewidzenia!
Jon zabrał torbę ze sprzętem i zapadając się w zaspy podążył w stronę cywilizacji - na zachód, a przynajmniej on tak sądził. Niestety się pomylił i po chwili zauważył, że szedł w miejscu. Wyruszył więc po raz drugi, tym razem sprawdzając, czy na pewno się porusza.
Po kilku dniach drogi doszedł do granicy z Kazachstanem. Z geografią miał jednak większe problemy... Postanowił ją przekroczyć i poszukać jakiegoś środka transportu, z którego będzie mógł skorzystać jadąc do domu. Pieniędzy nie miał za dużo, starczyło mu więc jedynie na rower-składak kupiony od jakiegoś starca na targu. Właściwie otrzymał go za piłkę tenisową, więc zostały mu jeszcze pieniądze na prowiant, którego trochę mu było potrzebne. Na straganie zakupił 5 kilo papryczek chilli i 5-litrową butlę z wodą utlenioną na popicie - na więcej mu nie starczyło.
Przygotowany do drogi Jon wyruszył w podróż na rowerze, z torbą z rakietami na plechach i koszem z żywnością na głowie. Wyglądało to cokolwiek zabawnie, zwłaszcza kiedy kosz spadał mu z głowy albo rower się psuł i musiał się co chwilę zatrzymywać. Pozostał jednak nieustraszony i pedałował zawzięcie, aż zrobił się głodny.
Ponieważ jego droga miała być dość długa, musiał oszczędzać żywność. Postanowił więc wziąć z kosza jedną papryczkę i podgryzać ją po drodze. Plan oczywiście nie wypalił... Choć w innym znaczeniu wypalił: wypalił Jonowi język. Przerażone stworzenie szybko sięgnęło po butlę z wodą i wypiło ją całą, pozbawiając się tym samym szans na przeżycie.
No to tyle na dziś i następne kilka tygodni, żegnam się, bye!
czwartek, 17 października 2013
Sorry, że mnie nie było, no ale ten... no...
Witam!
Po dłuższej nieobecności powracam z nowym postem i nowym rozdziałem "Świata według Jona", z nową ilustracją i to chyba tyle, bo co więcej mam niby w poście napisać? No chyba że znajdą się jakieś sugestie, które będę w stanie spełnić.
Rozdział... a miałam to sprawdzić...
Hippis zgodnie z obietnicą pozwolił Jonowi zatrzymać się u siebie. Udostępnił mu własnoręcznie wykonane łóżko wycięte z drewna i obleczone skórą. Możliwe, że było wygodniejsze od kanapy w moim pokoju...
- Przepraszam, czy ma pan może coś do pisania?
- A na co ci to, panie?
- Chciałem wysłać list do znajomych.
- To masz pan, a jak go wyślesz to już twoja sprawa.
Jon ochoczo zabrał się do pisania. List postanowił wysłać jeszcze tego dnia, podając go maszyniście pierwszego lepszego pociągu. Pismo było ładnie zaadresowane i miało nawet znaczek, więc mimo obrzydzenia postanowiłam nie wyrzucać go od razu do kosza po jego otrzymaniu.
Maszynista podjechał pod mój dom bugatti veyronem (po co jeździ pociągiem na Syberię, jak ma taki samochód?!) i zadzwonił domofonem. Wybiegłam przed dom w szlafroku, odebrałam list i wróciłam akurat wtedy, kiedy zagotowała mi się woda na herbatę. Wcześniej jednak zostawiłam maszyniście swój numer telefonu, tak jakby nie miał kogo wozić tym swoim veyronem...
Jak już wspomniałam, list nie wylądował od razu w koszu. Usiadłam przy herbacie i zaczęłam czytanie.
droga niźko!
aktóalnie mieszkam u iakiegoś chippisa ktury jest dla mnie bardzo gośćnny. jest tu bardzo miło i pszyjemnie i jótro bende uczyć chippisa gry w tenisa. śpiem na łużku ze skury jeleńa i pijem cherbate z sosny. badzo smaczna jest ta cherbata. tylko te moje łużko jest bardzo śmierdzonce i mi śmierdzi w nocy. a tą cherbate to bym nie pił ale nie ma nic innego do pića. i jeszcze jest taka dzióra w źemi i tam sie hodzi do kibelka i ona tesz strasznie śmierdzi.
jon kowalski
Po przeczytaniu listu byłam cokolwiek wstrząśnięta i postanowiłam jednak wyrzucić go do kosza. Dopiłam swoją herbatę i poszłam dalej odsypiać Jona, jeszcze trochę mi brakowało do pełni wyspania.
Tymczasem u Jona godzina była już późna, a on cały czas pomagał hippisowi patroszyć ryby. Było to bardzo wdzięczne zajęcie, i tak zapachy były lepsze niż na łóżkach i dziurze w ziemi, o których wspominał w liście. Skończyli około 5 rano czasu lokalnego i położyli się na pół godziny spać, żeby potem iść na połów i wreszcie zacząć naukę tenisa.
- No, no, chyba pan ze mną zostaniesz na dłużej. Ładne żeś pan ryby mi złowił! - wychwalał Jona hippis, kiedy wracali znad przerębla.
- Och, dziękuję - odparł Jon niby skromnie i pobiegł szybko do chaty, żeby zabrać rakiety.
- Czekaj pan, zamknięte jest! Mam drzwi antywłamaniowe - powiedział właściciel domu bez okien i otworzył wszystkie zamki.
Jon wskoczył do izby, zabrał torbę oraz łopatę do odśnieżania i pobiegł przez zaspy szukając idealnego miejsca. Znalazł je zaraz przed chatą, ale wcześniej zdążył odśnieżyć gdzieś kilometr kwadratowy placu.
- No dobra, odśnieżył żeś pan, co teraz?
- Teraz musimy wyznaczyć linie i zamontować siatkę.
Po wykonaniu tego zadania Jon zaczął tłumaczyć hippisowi zawiłe zasady, które ja mu kiedyś wykładałam. To wzruszające, że jednak czegoś się nauczył...
Rozdział jest dość krótki, ponieważ mam do załatwienia jeszcze jedną sprawę. Z tenisem nie ma nic wspólnego, ale z Jonem już trochę bardziej.
W ostatnim poście wspominałam coś o starszej wersji 1D, zwanej Bon Jovi. Przedstawia się to tak:
Pięciu (dzisiaj już 50-letnich) Jonów z dziwnymi fryzurami, ale w kwestii muzycznej bez zarzutów. (ten w środku ma na imię Jon, jakby ktoś nie wiedział)
Pięciu Jonów z fryzurami dziwnymi inaczej, czy umieją śpiewać - to pojęcie jest względne.
Mam nadzieję, że moimi Jonami nie uraziłam fanów żadnego zespołu, na razie się już żegnam, bye!
Po dłuższej nieobecności powracam z nowym postem i nowym rozdziałem "Świata według Jona", z nową ilustracją i to chyba tyle, bo co więcej mam niby w poście napisać? No chyba że znajdą się jakieś sugestie, które będę w stanie spełnić.
Rozdział... a miałam to sprawdzić...
Hippis zgodnie z obietnicą pozwolił Jonowi zatrzymać się u siebie. Udostępnił mu własnoręcznie wykonane łóżko wycięte z drewna i obleczone skórą. Możliwe, że było wygodniejsze od kanapy w moim pokoju...
- Przepraszam, czy ma pan może coś do pisania?
- A na co ci to, panie?
- Chciałem wysłać list do znajomych.
- To masz pan, a jak go wyślesz to już twoja sprawa.
Jon ochoczo zabrał się do pisania. List postanowił wysłać jeszcze tego dnia, podając go maszyniście pierwszego lepszego pociągu. Pismo było ładnie zaadresowane i miało nawet znaczek, więc mimo obrzydzenia postanowiłam nie wyrzucać go od razu do kosza po jego otrzymaniu.
Maszynista podjechał pod mój dom bugatti veyronem (po co jeździ pociągiem na Syberię, jak ma taki samochód?!) i zadzwonił domofonem. Wybiegłam przed dom w szlafroku, odebrałam list i wróciłam akurat wtedy, kiedy zagotowała mi się woda na herbatę. Wcześniej jednak zostawiłam maszyniście swój numer telefonu, tak jakby nie miał kogo wozić tym swoim veyronem...
Jak już wspomniałam, list nie wylądował od razu w koszu. Usiadłam przy herbacie i zaczęłam czytanie.
droga niźko!
aktóalnie mieszkam u iakiegoś chippisa ktury jest dla mnie bardzo gośćnny. jest tu bardzo miło i pszyjemnie i jótro bende uczyć chippisa gry w tenisa. śpiem na łużku ze skury jeleńa i pijem cherbate z sosny. badzo smaczna jest ta cherbata. tylko te moje łużko jest bardzo śmierdzonce i mi śmierdzi w nocy. a tą cherbate to bym nie pił ale nie ma nic innego do pića. i jeszcze jest taka dzióra w źemi i tam sie hodzi do kibelka i ona tesz strasznie śmierdzi.
jon kowalski
Po przeczytaniu listu byłam cokolwiek wstrząśnięta i postanowiłam jednak wyrzucić go do kosza. Dopiłam swoją herbatę i poszłam dalej odsypiać Jona, jeszcze trochę mi brakowało do pełni wyspania.
Tymczasem u Jona godzina była już późna, a on cały czas pomagał hippisowi patroszyć ryby. Było to bardzo wdzięczne zajęcie, i tak zapachy były lepsze niż na łóżkach i dziurze w ziemi, o których wspominał w liście. Skończyli około 5 rano czasu lokalnego i położyli się na pół godziny spać, żeby potem iść na połów i wreszcie zacząć naukę tenisa.
- No, no, chyba pan ze mną zostaniesz na dłużej. Ładne żeś pan ryby mi złowił! - wychwalał Jona hippis, kiedy wracali znad przerębla.
- Och, dziękuję - odparł Jon niby skromnie i pobiegł szybko do chaty, żeby zabrać rakiety.
- Czekaj pan, zamknięte jest! Mam drzwi antywłamaniowe - powiedział właściciel domu bez okien i otworzył wszystkie zamki.
Jon wskoczył do izby, zabrał torbę oraz łopatę do odśnieżania i pobiegł przez zaspy szukając idealnego miejsca. Znalazł je zaraz przed chatą, ale wcześniej zdążył odśnieżyć gdzieś kilometr kwadratowy placu.
- No dobra, odśnieżył żeś pan, co teraz?
- Teraz musimy wyznaczyć linie i zamontować siatkę.
Po wykonaniu tego zadania Jon zaczął tłumaczyć hippisowi zawiłe zasady, które ja mu kiedyś wykładałam. To wzruszające, że jednak czegoś się nauczył...
Rozdział jest dość krótki, ponieważ mam do załatwienia jeszcze jedną sprawę. Z tenisem nie ma nic wspólnego, ale z Jonem już trochę bardziej.
W ostatnim poście wspominałam coś o starszej wersji 1D, zwanej Bon Jovi. Przedstawia się to tak:
Pięciu (dzisiaj już 50-letnich) Jonów z dziwnymi fryzurami, ale w kwestii muzycznej bez zarzutów. (ten w środku ma na imię Jon, jakby ktoś nie wiedział)
Pięciu Jonów z fryzurami dziwnymi inaczej, czy umieją śpiewać - to pojęcie jest względne.
Mam nadzieję, że moimi Jonami nie uraziłam fanów żadnego zespołu, na razie się już żegnam, bye!
czwartek, 10 października 2013
Nadawanie tytułów postom jest bez sensu: i tak nigdy nie wymyślę nic sensownego
Witam!
Piękny mamy dziś dzień i to niekoniecznie ze względu na pogodę, a raczej ze względu na to, że wreszcie mam po szkole czas wolny i nie muszę martwić się lekcjami. Jestem tym tak uradowana, że po ostatnich dołujących dniach w końcu przestałam słuchać dołującej muzyki i puściłam sobie Queen, a potem starszą wersję 1D zwaną Bon Jovi.
Taki dzień jest idealny do napisania kolejnego rozdziału Jona <tutaj sama przerwałam sobie pisanie i się trochę rozśpiewałam> Na czym ja to skończyłam? A, tak! No więc bez zbędnych formalności piszę kolejny rozdział.
Rozdział kolejny
Dygoczący z zimna Jon spokojnym krokiem przemierzał rosyjskie śniegi w poszukiwaniu czegoś, czego tylko on w takim miejscu mógłby szukać: kortu tenisowego. Dopiero po godzinie wędrówki zorientował się, że nie zabrał torby z rakietami ze stacji.
Wrócił tam z poodmrażanymi niektórymi częściami ciała i stwierdził, że musi iść do toalety albo przynajmniej pod krzaczek. Po dokładnym zbadaniu terenu stwierdził, że tu jednak nie ma toi-toi-a i musi szukać krzaczka. Kiedy i te poszukiwania nie wypadły pozytywnie, Jon poczynił kolejną obserwację, mianowicie ma problem z nietrzymaniem moczu. Dalszą drogę musiał więc przebyć z majtkami przymarzniętymi do ciała.
Po kilku godzinach fioletowy z wycieńczenia i zimna Jon dotarł do chatki jakiegoś wariata mieszkającego w samym środku tego śnieżnego pustkowia. 18,(3)-latek zapukał do drzwi swoją prawą ręką, którą ledwie mógł poruszać. Otworzył mu hippis.
- Czego pan tu szukasz?
- Kibelka - przyznał zgodnie z prawdą Jon.
- Nie mam, co pan sobie myślisz, że tu mam jakąś kanalizację?!
- Nie myślę, ale może ma pan przynajmniej toi-toi-a...
- A co to jest? Weź się pan ogarnij, tu nie ma żadnych nowinek technicznych!
- A mógłby mnie pan przynajmniej wpuścić?
- Nie.
Jon postanowił zrobić słodkie oczy, zanim hippis zatrzaśnie mu drzwi przed nosem. Niestety w takich sprawach nie był najlepszy i szybko się o tym przekonał.
Nieustępliwe stworzenie czekało pod drzwiami około pięciu minut, kiedy hippis postanowił je jednak wpuścić.
- Właźże, pan, bo jeszcze zmienię zdanie!
Jon z trudem oderwał się od bryły lodu, do której przymarzł czekając na swojego wybawcę, i chwiejnym krokiem wszedł do chatki hippisa.
Wnętrze sprawiało wrażenie ciepłego i przytulnego, w kominku paliło się drewno, a na ścianach powieszone były skóry zwierząt. W najważniejszym punkcie salonu stał wielki, 50-calowy telewizor, obok niego leżał laptop i iPhone.
Hippis widząc przyglądającego się jego sprzętom Jona postarał się mu to jakoś wyjaśnić.
- No widzisz pan, tutaj prądu nie ma, to i tak to nie działa.
- To na co to panu?
- Na nic, przywieźli mi jacyś podróżni z dalekiego świata. Nawet nie wiem, do czego to służy.
- Ja też nie - przyznał Jon.
Kilka chwil później został uraczony gorącym napojem w postaci wody z pływającymi igłami z sosny oraz udźcem z dzika. Po posiłku Jon był już mniej fioletowy i mniej zamarznięty, ale cały czas nie załatwił swojej potrzeby fizjologicznej.
- Przepraszam, a jak pan musi do toalety, to gdzie pan idzie?
- A byle gdzie, dla mnie to nie ma znaczenia.
- A ja też tak mogę?
- Nie, dla gości mam specjalną dziurę w ziemi.
- To dlaczego pan wcześniej mi nie powiedział?
- Boś mi pan nie wyglądał na człowieka!
- Aha. To gdzie ta dziura?
Hippis odprowadził Jona do dziury i wrócił do chatki, na polu w końcu zimno. Jon załatwił co miał załatwić i też wrócił.
- Czy mógłbym się u pana zatrzymać na kilka dni?
- Nie.
- Czemu?
- Bo nie.
- Aha. To ja w takim razie idę.
- Masz tu pan kubrak i jak coś to możesz pan wpaść na wodę z sosną.
- To do widzenia!
- Chwila, co masz tam pan w tej torbie?
- Rakiety tenisowe - odparł dumnie Jon.
- A do czego to służy?
- Do grania w tenisa.
- Zaciekawił żeś mnie pan, jak to się robi?
- Mogę pana nauczyć, ale musimy mieć plac o wymiarach 78 na 27 stóp.
- Placu to tu masz pan pełno.
- Ale musi być bez śniegu.
- To se pan odśnieżaj! Co dalej?
- I potem jeszcze trzeba mieć w połowie kortu siatkę.
- Co?
- Takie dwa patyki, a między nimi sieć.
- A, to wiem. I co jeszcze?
- Potem staje się po przeciwnych stronach siatki i trzeba za pomocą rakiety przebić piłeczkę na drugą stronę.
- Ale to fajne! Żem nie wiedział, że jesteś pan taki mądry!
- Tylko nie nauczę pana niczego w kilka godzin, musiałbym zostać u pana na dłużej.
- To zostań pan, jak już pan musisz...
Rozdział taki sobie, przykro mi. No i znowu się żegnam, bye!
Piękny mamy dziś dzień i to niekoniecznie ze względu na pogodę, a raczej ze względu na to, że wreszcie mam po szkole czas wolny i nie muszę martwić się lekcjami. Jestem tym tak uradowana, że po ostatnich dołujących dniach w końcu przestałam słuchać dołującej muzyki i puściłam sobie Queen, a potem starszą wersję 1D zwaną Bon Jovi.
Taki dzień jest idealny do napisania kolejnego rozdziału Jona <tutaj sama przerwałam sobie pisanie i się trochę rozśpiewałam> Na czym ja to skończyłam? A, tak! No więc bez zbędnych formalności piszę kolejny rozdział.
Rozdział kolejny
Dygoczący z zimna Jon spokojnym krokiem przemierzał rosyjskie śniegi w poszukiwaniu czegoś, czego tylko on w takim miejscu mógłby szukać: kortu tenisowego. Dopiero po godzinie wędrówki zorientował się, że nie zabrał torby z rakietami ze stacji.
Wrócił tam z poodmrażanymi niektórymi częściami ciała i stwierdził, że musi iść do toalety albo przynajmniej pod krzaczek. Po dokładnym zbadaniu terenu stwierdził, że tu jednak nie ma toi-toi-a i musi szukać krzaczka. Kiedy i te poszukiwania nie wypadły pozytywnie, Jon poczynił kolejną obserwację, mianowicie ma problem z nietrzymaniem moczu. Dalszą drogę musiał więc przebyć z majtkami przymarzniętymi do ciała.
Po kilku godzinach fioletowy z wycieńczenia i zimna Jon dotarł do chatki jakiegoś wariata mieszkającego w samym środku tego śnieżnego pustkowia. 18,(3)-latek zapukał do drzwi swoją prawą ręką, którą ledwie mógł poruszać. Otworzył mu hippis.
- Czego pan tu szukasz?
- Kibelka - przyznał zgodnie z prawdą Jon.
- Nie mam, co pan sobie myślisz, że tu mam jakąś kanalizację?!
- Nie myślę, ale może ma pan przynajmniej toi-toi-a...
- A co to jest? Weź się pan ogarnij, tu nie ma żadnych nowinek technicznych!
- A mógłby mnie pan przynajmniej wpuścić?
- Nie.
Jon postanowił zrobić słodkie oczy, zanim hippis zatrzaśnie mu drzwi przed nosem. Niestety w takich sprawach nie był najlepszy i szybko się o tym przekonał.
Nieustępliwe stworzenie czekało pod drzwiami około pięciu minut, kiedy hippis postanowił je jednak wpuścić.
- Właźże, pan, bo jeszcze zmienię zdanie!
Jon z trudem oderwał się od bryły lodu, do której przymarzł czekając na swojego wybawcę, i chwiejnym krokiem wszedł do chatki hippisa.
Wnętrze sprawiało wrażenie ciepłego i przytulnego, w kominku paliło się drewno, a na ścianach powieszone były skóry zwierząt. W najważniejszym punkcie salonu stał wielki, 50-calowy telewizor, obok niego leżał laptop i iPhone.
Hippis widząc przyglądającego się jego sprzętom Jona postarał się mu to jakoś wyjaśnić.
- No widzisz pan, tutaj prądu nie ma, to i tak to nie działa.
- To na co to panu?
- Na nic, przywieźli mi jacyś podróżni z dalekiego świata. Nawet nie wiem, do czego to służy.
- Ja też nie - przyznał Jon.
Kilka chwil później został uraczony gorącym napojem w postaci wody z pływającymi igłami z sosny oraz udźcem z dzika. Po posiłku Jon był już mniej fioletowy i mniej zamarznięty, ale cały czas nie załatwił swojej potrzeby fizjologicznej.
- Przepraszam, a jak pan musi do toalety, to gdzie pan idzie?
- A byle gdzie, dla mnie to nie ma znaczenia.
- A ja też tak mogę?
- Nie, dla gości mam specjalną dziurę w ziemi.
- To dlaczego pan wcześniej mi nie powiedział?
- Boś mi pan nie wyglądał na człowieka!
- Aha. To gdzie ta dziura?
Hippis odprowadził Jona do dziury i wrócił do chatki, na polu w końcu zimno. Jon załatwił co miał załatwić i też wrócił.
- Czy mógłbym się u pana zatrzymać na kilka dni?
- Nie.
- Czemu?
- Bo nie.
- Aha. To ja w takim razie idę.
- Masz tu pan kubrak i jak coś to możesz pan wpaść na wodę z sosną.
- To do widzenia!
- Chwila, co masz tam pan w tej torbie?
- Rakiety tenisowe - odparł dumnie Jon.
- A do czego to służy?
- Do grania w tenisa.
- Zaciekawił żeś mnie pan, jak to się robi?
- Mogę pana nauczyć, ale musimy mieć plac o wymiarach 78 na 27 stóp.
- Placu to tu masz pan pełno.
- Ale musi być bez śniegu.
- To se pan odśnieżaj! Co dalej?
- I potem jeszcze trzeba mieć w połowie kortu siatkę.
- Co?
- Takie dwa patyki, a między nimi sieć.
- A, to wiem. I co jeszcze?
- Potem staje się po przeciwnych stronach siatki i trzeba za pomocą rakiety przebić piłeczkę na drugą stronę.
- Ale to fajne! Żem nie wiedział, że jesteś pan taki mądry!
- Tylko nie nauczę pana niczego w kilka godzin, musiałbym zostać u pana na dłużej.
- To zostań pan, jak już pan musisz...
Rozdział taki sobie, przykro mi. No i znowu się żegnam, bye!
poniedziałek, 7 października 2013
Post... post? Znaczy: pooooost???
Witam!
Nie było mnie tu chwilę czasu, głównie ze względu na jego brak. Opowiadanie się jednak samo nie napisze, więc byłam zmuszona nacisnąć ten fajny, pomarańczowy przycisk i wykorzystać to białe pole, po którym właśnie piszę.
Na początek mam newsa, który jest bardziej niż śmieszny. Otóż, od jakiegoś tygodnia zrobiło się wielkie zamieszanie, bo Rafa Nadal mógł zostać numerem 1 rankingu ATP, wchodząc do finału turnieju w Pekinie. No i wszedł sobie do tego finału (nie, w ogóle nikt się tego nie spodziewał) i został tym numerem 1. Tylko ludzie: po co wy robicie taką aferę, jak jedno potknięcie Nadala w następnym turnieju oznacza kolejną zmianę lidera? I na koniec powiem, co mnie tak rozbawiło. Różnica punktowa między Djoko a Rafą wynosi... 40 punktów. Nie 400, równe 40 punktów. Śmieszne? No właśnie.
A teraz oddaję głos do studia... znaczy do Jona...
Rozdział któryś tam
Rano Jon zarzucił jednemu z moich kaktusów nieuzasadnioną przemoc w stosunku do jego osoby i po raz kolejny postanowił się wyprowadzić. Byłam zmuszona wezwać kuratora na miejsce zdarzenia.
Przyjechał rozespany jakieś dwie godziny później, zastając Jona próbującego rozpracować działanie klucza w drzwiach. Był tym tak zajęty, że nawet nie zauważył, że drzwi zostały otwarte. Kurator wszedł, zdjął płaszcz i wkroczył do salonu w swoich eleganckich, choć bardzo ubłoconych butach. Przywitawszy się z nim poprosiłam go o zdjęcie butów i późniejszą pomoc w myciu podłogi.
Po krótkiej negocjacji ustaliliśmy, że Jon potrzebuje jakiegoś miejsca, gdzie będzie mógł sam spokojnie posiedzieć i porozmyślać. Problemem było wybranie takiego miejsca, skończyło się na tym, że wyślemy Jona na Syberię.
Realizacja naszych pomysłów nigdy nie była łatwa, teraz problemem były drzwi, z którymi Jon miał nadal problem. W końcu pomyślałam, że i tak ich już więcej nie dotknę bez grubych gumowych rękawic, więc postanowiłam mu je podarować. Niech się chłopak ucieszy.
Pan kurator chciał nas zabrać na stację swoim pięknym ferrari, ale drzwi za nic nie chciały się do niego zmieścić. Z ciężkim sercem powędrowaliśmy do centrum piechotą. Ludzie przyglądali się nam bardzo dokładnie, zwłaszcza kiedy weszliśmy do sklepu kupić Jonowi futrzaną czapkę-uszankę. W końcu jak ma spędzić resztę życia w Rosji, to musi się upodobnić do miejscowych.
Nareszcie doszliśmy do stacji i zakupiliśmy bilety. Tutaj się okazało, że do pociągu nie wolno wchodzić z drzwiami. Nie mieliśmy pojęcia, co z tym fantem zrobić, bo Jon cały czas sobie z nimi nie poradził. W końcu zdecydowaliśmy, że pozbycie się go jest dla nas ważniejsze niż jego edukacja w kwestii dziurek od klucza.
Pociąg przyjechał ze zwyczajowym spóźnieniem, wynoszącym (jak wynika z moich obliczeń) 2 godziny, 34 minuty i 56 sekund. Szybko wepchnęliśmy Jona do jakiegoś pustego przedziału i opuściliśmy pociąg. Nie było potrzeby z nim jechać, Sybir i tak był ostatnią stacją, gdzie maszynista wyrzucał bezwzględnie wszystkich z pociągu. Na wszelki wypadek poprosiliśmy go jednak, żeby o Jonie nie zapomniał i wyrzucił go nie wcześniej i nie później. Warto też zauważyć, że w kasie nie sprzedawano biletów powrotnych.
Zadowoleni z powodzenia misji postanowiliśmy przejechać się ferrari do Castoramy. Trzeba było kupić jakieś nowe drzwi, bo jeszcze Sziro by się mogło u mnie zadomowić, a na tym mimo wszystko mi nie zależało.
Wybrałam coś bardzo eleganckiego i bardzo drogiego, ale nie musiałam się niczym martwić, bo kurator i tak miał zapłacić. Co on taki dla mnie miły się zrobił?
W domu zastałam Sziro leżące na kanapie. Oczywiście uciekło, kiedy tylko próbowałam je pogłaskać. Z pomocą kuratora wprawiłam nowe drzwi. Prezentowały się świetnie, choć trochę nie pasowały do elewacji... Ale co tam, ważniejsza była teraz przyjemność z jazdy ferrari.
Kurator opuścił moje domostwo po obiedzie. Trochę później zadzwonił do mnie maszynista, informując mnie, że właśnie dojechał na Syberię, ale ma problem z pozbyciem się Jona. Poleciłam mu więc wyrzucenie najpierw jego torby z rakietami, za nimi wyskoczy wszędzie.
Tak też się stało. Na reszcie miałam spokój od tego stworzenia, nareszcie mogłam odpocząć, wyspać się, wyjść gdzieś bez zmartwienia, że nie zastanę swojego domu na miejscu... Jako pierwsze postanowienie postanowiłam zrealizować spanie. Więc poszłam spać.
No i się już żegnam, do zobaczenia w następnym poście. Bye!
Nie było mnie tu chwilę czasu, głównie ze względu na jego brak. Opowiadanie się jednak samo nie napisze, więc byłam zmuszona nacisnąć ten fajny, pomarańczowy przycisk i wykorzystać to białe pole, po którym właśnie piszę.
Na początek mam newsa, który jest bardziej niż śmieszny. Otóż, od jakiegoś tygodnia zrobiło się wielkie zamieszanie, bo Rafa Nadal mógł zostać numerem 1 rankingu ATP, wchodząc do finału turnieju w Pekinie. No i wszedł sobie do tego finału (nie, w ogóle nikt się tego nie spodziewał) i został tym numerem 1. Tylko ludzie: po co wy robicie taką aferę, jak jedno potknięcie Nadala w następnym turnieju oznacza kolejną zmianę lidera? I na koniec powiem, co mnie tak rozbawiło. Różnica punktowa między Djoko a Rafą wynosi... 40 punktów. Nie 400, równe 40 punktów. Śmieszne? No właśnie.
A teraz oddaję głos do studia... znaczy do Jona...
Rozdział któryś tam
Rano Jon zarzucił jednemu z moich kaktusów nieuzasadnioną przemoc w stosunku do jego osoby i po raz kolejny postanowił się wyprowadzić. Byłam zmuszona wezwać kuratora na miejsce zdarzenia.
Przyjechał rozespany jakieś dwie godziny później, zastając Jona próbującego rozpracować działanie klucza w drzwiach. Był tym tak zajęty, że nawet nie zauważył, że drzwi zostały otwarte. Kurator wszedł, zdjął płaszcz i wkroczył do salonu w swoich eleganckich, choć bardzo ubłoconych butach. Przywitawszy się z nim poprosiłam go o zdjęcie butów i późniejszą pomoc w myciu podłogi.
Po krótkiej negocjacji ustaliliśmy, że Jon potrzebuje jakiegoś miejsca, gdzie będzie mógł sam spokojnie posiedzieć i porozmyślać. Problemem było wybranie takiego miejsca, skończyło się na tym, że wyślemy Jona na Syberię.
Realizacja naszych pomysłów nigdy nie była łatwa, teraz problemem były drzwi, z którymi Jon miał nadal problem. W końcu pomyślałam, że i tak ich już więcej nie dotknę bez grubych gumowych rękawic, więc postanowiłam mu je podarować. Niech się chłopak ucieszy.
Pan kurator chciał nas zabrać na stację swoim pięknym ferrari, ale drzwi za nic nie chciały się do niego zmieścić. Z ciężkim sercem powędrowaliśmy do centrum piechotą. Ludzie przyglądali się nam bardzo dokładnie, zwłaszcza kiedy weszliśmy do sklepu kupić Jonowi futrzaną czapkę-uszankę. W końcu jak ma spędzić resztę życia w Rosji, to musi się upodobnić do miejscowych.
Nareszcie doszliśmy do stacji i zakupiliśmy bilety. Tutaj się okazało, że do pociągu nie wolno wchodzić z drzwiami. Nie mieliśmy pojęcia, co z tym fantem zrobić, bo Jon cały czas sobie z nimi nie poradził. W końcu zdecydowaliśmy, że pozbycie się go jest dla nas ważniejsze niż jego edukacja w kwestii dziurek od klucza.
Pociąg przyjechał ze zwyczajowym spóźnieniem, wynoszącym (jak wynika z moich obliczeń) 2 godziny, 34 minuty i 56 sekund. Szybko wepchnęliśmy Jona do jakiegoś pustego przedziału i opuściliśmy pociąg. Nie było potrzeby z nim jechać, Sybir i tak był ostatnią stacją, gdzie maszynista wyrzucał bezwzględnie wszystkich z pociągu. Na wszelki wypadek poprosiliśmy go jednak, żeby o Jonie nie zapomniał i wyrzucił go nie wcześniej i nie później. Warto też zauważyć, że w kasie nie sprzedawano biletów powrotnych.
Zadowoleni z powodzenia misji postanowiliśmy przejechać się ferrari do Castoramy. Trzeba było kupić jakieś nowe drzwi, bo jeszcze Sziro by się mogło u mnie zadomowić, a na tym mimo wszystko mi nie zależało.
Wybrałam coś bardzo eleganckiego i bardzo drogiego, ale nie musiałam się niczym martwić, bo kurator i tak miał zapłacić. Co on taki dla mnie miły się zrobił?
W domu zastałam Sziro leżące na kanapie. Oczywiście uciekło, kiedy tylko próbowałam je pogłaskać. Z pomocą kuratora wprawiłam nowe drzwi. Prezentowały się świetnie, choć trochę nie pasowały do elewacji... Ale co tam, ważniejsza była teraz przyjemność z jazdy ferrari.
Kurator opuścił moje domostwo po obiedzie. Trochę później zadzwonił do mnie maszynista, informując mnie, że właśnie dojechał na Syberię, ale ma problem z pozbyciem się Jona. Poleciłam mu więc wyrzucenie najpierw jego torby z rakietami, za nimi wyskoczy wszędzie.
Tak też się stało. Na reszcie miałam spokój od tego stworzenia, nareszcie mogłam odpocząć, wyspać się, wyjść gdzieś bez zmartwienia, że nie zastanę swojego domu na miejscu... Jako pierwsze postanowienie postanowiłam zrealizować spanie. Więc poszłam spać.
No i się już żegnam, do zobaczenia w następnym poście. Bye!
środa, 2 października 2013
Jona ciąg dalszy (pisanie tego posta zaczęłam 1.10.2013, a skończę kiedy skończę...)
Witam!
Dzisiaj przybywam z kolejnym rozdziałem, który ma wyjaśnić kilka spraw w temacie Jona. Może i nie mam czasu na pisanie, ale gdyby pewna osoba (nie będę wymieniać z nazwiska, bo go nie znam) miała mi zrobić jakąś krzywdę lub na złość mi zepsuć mój plan w naszych tajnych działaniach... <powyższe zdanie zostaje z mojego rozkazu objęte cenzurą, również dla wymienionej w nim osoby>
Rozdział... yyy... znaczy, no... który to rozdział?
Kiedy Genowefa opuściła moje skromne domostwo, Jon zaczął odzyskiwać świadomość. Niestety... Zasmucona tym faktem udałam się do kuchni w celu dokończenia kolacji, wyprowadziłam Jona i Kota na pole, a potem dałam im jeść. Choć właściwie tylko Jon jadł na polu, Kota się tak źle nie traktuje.
Noc w obawie przed Szirem Jon spędził na drzewie, które przewróciło się rano pod jego ciężarem. I tak wcześniej czy później musiało się to stać, a teraz mogło dodatkowo przygnieść Jona. Ta wspaniała informacja wystarczyła, żebym zbiegła na dół i sprawdziła, czy mi się to nie śniło.
Niestety śniło się tylko w połowie, bo fakt - drzewo leżało na ziemi, a pod nim leżał Jon, ale był żywy. Nie miałam zamiaru go stamtąd wyciągać, więc poszłam zjeść spokojnie śniadanie. Po posiłku postanowiłam jednak iść do sąsiada, żeby może coś z tym zrobił. I ewentualnie wyciągnął Jona spod drzewa.
Sąsiad przyszedł z piłą i o mało nie pokroił Jona, nie patrząc na to, gdzie tnie. Na nieszczęście Jon znowu przeżył (czyżby miał życia jak koty?) i jakoś wygrzebał się ze stosu połamanych gałęzi.
- Wyprowadzam się - oświadczył i poszedł do domu.
- Wyprowadzasz się z pola do domu?
- Nie, ja tylko idę po swoje pamiątki.
- Tylko tak się składa, że twoje pamiątki już pewnie dawno zostały sprzedane jakimś dzieciom, których nie stać na własną wyprawę za granicę.
Jon miał łzy w oczach. Trudno, trzeba było nie kupować tyle badziewia, to by się nie miało tyle do stracenia. Zapłakane stworzenie zabrało więc tylko swoją torbę Wilsona i poszło w świat. Daleko jednak nie zaszło, bo nie umiało otworzyć furtki.
Postanowiłam być dla niego miła i mu otworzyć, zorientowałam się jednak w porę, że należałoby to uzgodnić z jego kuratorem. Wykonałam więc szybki telefon i dostałam odpowiedź. Zadowolona z niej być nie mogłam, bo od tego czasu Jon miał zajmować kanapę w moim pokoju.
Poszłam do łazienki zwymiotować i wróciłam do ogrodu, żeby podziękować sąsiadowi i przedstawić Jonowi rozporządzenie kuratora. Miałam cichą nadzieję, że się na mnie tak bardzo obraził, że nie będzie się chciał z powrotem wprowadzić do domu.
Oczywiście było całkowicie odwrotnie, 18,(3)-latek bardzo chętnie ulokował się w moim pokoju i zajął sobie miejsce w szafie. Moja ulubiona koszulka została przykryta jego workiem na ziemniaki, który nazywał piżamą, a na świeżo wypranych dżinsach ułożył swoją torbę.
Teraz nie umiałam się powstrzymać i w końcu go walnęłam. Ciężko sobie wyobrazić, jak wielką ulgę mi to przyniosło! Ale przypomniałam sobie słowa kuratora i żeby samej nie znaleźć się pod jego opieką, postanowiłam być dla Jona miła i wyrozumiała. Przygotowałam więc dla niego pościel i jakieś miejsce w szafie (przy okazji zabierając swoje rzeczy gdzie indziej, a niektóre do prania).
Wszystko było świetnie aż do wieczora, kiedy się okazało, że Jon boi się ciemności i lampek nocnych. Kiedy miałam już kazać mu się wynosić, postanowiłam pokazać mu, że za oknem jest latarnia.
- Ale to jak lampka nocna - stwierdził Jon.
Starając się nie wybuchnąć zasunęłam rolety, które nie powodowały w pokoju ciemności, a z drugiej strony nic nikomu nie świeciło. Zadowolony Jon położył się spać.
Miałam już nadzieję na pierwszą dobrze przespaną noc, ale tradycyjnie musiało się coś wydarzyć. Tym razem wszystko było winą Kota, który postanowił przetestować kanapę jako miejsce do spania. Ja nietrudno się domyślić, Jon podskoczył z przerażenia i próbował wyskoczyć przez okno, ale na szczęście nie udało mu się przebić przez roletę.
Nie miałam najmniejszej ochoty na prezentowanie kolejnego wykładu o tym, że koty są milutkie, więc zaprosiłam drapieżne zwierzę do siebie i poszliśmy spać. Kot jak to Kot musiał postawić na swoim i przez całą noc musiałam pilnować, żeby nie poszedł na kanapę. Trochę by mi było szkoda tych rolet...
Jestem z siebie dumna, udało mi się skończyć na drugi dzień. Rozdział raczej taki sobie, ale nie mam szczególnej ochoty go poprawiać, na razie się żegnam, bye!
Dzisiaj przybywam z kolejnym rozdziałem, który ma wyjaśnić kilka spraw w temacie Jona. Może i nie mam czasu na pisanie, ale gdyby pewna osoba (nie będę wymieniać z nazwiska, bo go nie znam) miała mi zrobić jakąś krzywdę lub na złość mi zepsuć mój plan w naszych tajnych działaniach... <powyższe zdanie zostaje z mojego rozkazu objęte cenzurą, również dla wymienionej w nim osoby>
Rozdział... yyy... znaczy, no... który to rozdział?
Kiedy Genowefa opuściła moje skromne domostwo, Jon zaczął odzyskiwać świadomość. Niestety... Zasmucona tym faktem udałam się do kuchni w celu dokończenia kolacji, wyprowadziłam Jona i Kota na pole, a potem dałam im jeść. Choć właściwie tylko Jon jadł na polu, Kota się tak źle nie traktuje.
Noc w obawie przed Szirem Jon spędził na drzewie, które przewróciło się rano pod jego ciężarem. I tak wcześniej czy później musiało się to stać, a teraz mogło dodatkowo przygnieść Jona. Ta wspaniała informacja wystarczyła, żebym zbiegła na dół i sprawdziła, czy mi się to nie śniło.
Niestety śniło się tylko w połowie, bo fakt - drzewo leżało na ziemi, a pod nim leżał Jon, ale był żywy. Nie miałam zamiaru go stamtąd wyciągać, więc poszłam zjeść spokojnie śniadanie. Po posiłku postanowiłam jednak iść do sąsiada, żeby może coś z tym zrobił. I ewentualnie wyciągnął Jona spod drzewa.
Sąsiad przyszedł z piłą i o mało nie pokroił Jona, nie patrząc na to, gdzie tnie. Na nieszczęście Jon znowu przeżył (czyżby miał życia jak koty?) i jakoś wygrzebał się ze stosu połamanych gałęzi.
- Wyprowadzam się - oświadczył i poszedł do domu.
- Wyprowadzasz się z pola do domu?
- Nie, ja tylko idę po swoje pamiątki.
- Tylko tak się składa, że twoje pamiątki już pewnie dawno zostały sprzedane jakimś dzieciom, których nie stać na własną wyprawę za granicę.
Jon miał łzy w oczach. Trudno, trzeba było nie kupować tyle badziewia, to by się nie miało tyle do stracenia. Zapłakane stworzenie zabrało więc tylko swoją torbę Wilsona i poszło w świat. Daleko jednak nie zaszło, bo nie umiało otworzyć furtki.
Postanowiłam być dla niego miła i mu otworzyć, zorientowałam się jednak w porę, że należałoby to uzgodnić z jego kuratorem. Wykonałam więc szybki telefon i dostałam odpowiedź. Zadowolona z niej być nie mogłam, bo od tego czasu Jon miał zajmować kanapę w moim pokoju.
Poszłam do łazienki zwymiotować i wróciłam do ogrodu, żeby podziękować sąsiadowi i przedstawić Jonowi rozporządzenie kuratora. Miałam cichą nadzieję, że się na mnie tak bardzo obraził, że nie będzie się chciał z powrotem wprowadzić do domu.
Oczywiście było całkowicie odwrotnie, 18,(3)-latek bardzo chętnie ulokował się w moim pokoju i zajął sobie miejsce w szafie. Moja ulubiona koszulka została przykryta jego workiem na ziemniaki, który nazywał piżamą, a na świeżo wypranych dżinsach ułożył swoją torbę.
Teraz nie umiałam się powstrzymać i w końcu go walnęłam. Ciężko sobie wyobrazić, jak wielką ulgę mi to przyniosło! Ale przypomniałam sobie słowa kuratora i żeby samej nie znaleźć się pod jego opieką, postanowiłam być dla Jona miła i wyrozumiała. Przygotowałam więc dla niego pościel i jakieś miejsce w szafie (przy okazji zabierając swoje rzeczy gdzie indziej, a niektóre do prania).
Wszystko było świetnie aż do wieczora, kiedy się okazało, że Jon boi się ciemności i lampek nocnych. Kiedy miałam już kazać mu się wynosić, postanowiłam pokazać mu, że za oknem jest latarnia.
- Ale to jak lampka nocna - stwierdził Jon.
Starając się nie wybuchnąć zasunęłam rolety, które nie powodowały w pokoju ciemności, a z drugiej strony nic nikomu nie świeciło. Zadowolony Jon położył się spać.
Miałam już nadzieję na pierwszą dobrze przespaną noc, ale tradycyjnie musiało się coś wydarzyć. Tym razem wszystko było winą Kota, który postanowił przetestować kanapę jako miejsce do spania. Ja nietrudno się domyślić, Jon podskoczył z przerażenia i próbował wyskoczyć przez okno, ale na szczęście nie udało mu się przebić przez roletę.
Nie miałam najmniejszej ochoty na prezentowanie kolejnego wykładu o tym, że koty są milutkie, więc zaprosiłam drapieżne zwierzę do siebie i poszliśmy spać. Kot jak to Kot musiał postawić na swoim i przez całą noc musiałam pilnować, żeby nie poszedł na kanapę. Trochę by mi było szkoda tych rolet...
Jestem z siebie dumna, udało mi się skończyć na drugi dzień. Rozdział raczej taki sobie, ale nie mam szczególnej ochoty go poprawiać, na razie się żegnam, bye!
niedziela, 29 września 2013
Kolejna dawka Jona, a do tego mały zwrot akcji
Witam!
Na początek miła informacja: dorobiłam się drugiego obserwatora! Ten zatrważający wynik wprawił mnie w świetny humor i nabrałam znowu chęci do pisania o Jonie. Wielkie podziękowania dla Weroniki!
Przepraszam za to za tak długą przerwę w pisaniu, ale nie miałam po prostu czasu na pisanie. Z tego też względu rozdział jest średniej jakości i długości, choć to pierwsze jest moją subiektywną opinią, dlatego też czekam na komentarze.
Rozdział chyba czwarty
Autobus spokojnie przemierzał ulice Katowic, ochlapując przechodniów i potrząsając pasażerami. Motoryzacyjny raj! Jon i Genowefa zajęli miejsca siedzące z przodu, ja obserwowałam ich z końca pojazdu, ale w końcu zniknęli mi z oczu.
Znalazłam ich wzrokiem koło drzwi. A więc wysiadają... Na szczęście ledwo już w prawdzie jeżdżący, ale jakoś dopuszczony do ruchu jelcz miał drzwi z tyłu, którymi mogłam wysiąść i kontynuować prace szpiegowskie.
Jon i Genowefa rzeczywiście wysiedli na następnym przystanku, nie wiedziałam nawet na jakim, i pobiegli w stronę osiedla. Bieganie wśród nieznanych kałuż po nieznanym mieście nie należało do moich ulubionych zajęć, ale jak trzeba to trzeba. Kierowałam się więc za wielką torbą Wilsona (phi, Wilson!) i coraz bardziej zdziwiona biegłam przez nieznane ulice.
W końcu torba skręciła w prawo razem z różowym parasolem i zatrzymała się przy... kortach. Czyżby moja dobra i tania siła robocza mieszkała przy takim fajnym obiekcie?
Odpowiedź była jednoznaczna: nie. Jak się okazało, przyszli sobie pograć w tenisa. Ponieważ cały czas lało, musieli iść na kort kryty, na który nie miałam podglądu. Postanowiłam przeskoczyć przez płot i poszukać jakiegoś okienka, przez które będę mogła ich obserwować.
Okienko się znalazło... na wysokości kilku metrów. Postanowiłam się jednak nie poddawać i rozpoczęłam wspinaczkę po ścianie budynku. Może się to wydawać trochę nierealne i w rzeczy samej tak jest, bo tak naprawdę użyłam drabiny, która sobie tam po prostu stała.
Jedynym jej problemem była niestabilność. Kiedy sobie to na dobre uświadomiłam byłam już prawie przy oknie, a kiedy drabina w końcu się przewróciła, ja byłam już na parapecie. Na szczęście. Powinnam się zapewne zastanowić, jak później zejdę na dół, ale w tym momencie mnie to w ogóle nie interesowało. Otóż Jon i Genowefa właśnie zaczynali rozgrzewkę.
Byłam bardzo ciekawa, czy dobrze będzie się im grało w dżinsach. Zapewne odpowiedź brzmiała "nie" i właśnie dlatego poszli się przebrać.
Wrócili wystrojeni w ciuchy z Decathlona, z rakietami Willsona w dłoniach i uśmiechami na twarzach. Grę rozpoczęła Genowefa i, niestety muszę to przyznać, udało jej się nawet zaserwować... Nawet lepiej: udało jej się odbić return Jona!
Byłam tak zdziwiona, że o mało nie spadłam z parapetu. Oto oglądałam na żywo całkiem niezły mecz tenisowy, najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że Jon faktycznie umie grać w tenisa. Postanowiłam dla świętego spokoju sprawdzić, które miejsce zajmuje w rankingu.
Wyciągnęłam więc swojego smartfona, uruchomiłam odpowiednią aplikację i znowu o mało nie spadłam z parapetu, bo zobaczyłam jakiegoś Jona w najlepszej 20. Na szczęście nie był to Jon Kowalski... Tego właściwego znalazłam na π miejscu w rankingu. Cóż, jak ma 18,(3) lat, to może też zajmować 3,14... miejsce w rankingu... Nieważne.
Do oglądania meczu wróciłam wtedy, kiedy Jon zagrał pięknego winnera. Po wyniku było widać, że Genowefa dostawała prawdziwe lanie. Ale w końcu grała z π zawodnikiem na świecie! Mecz zakończył się chwilę później i musiałam wymyślić sposób zejścia z parapetu.
Drabina leżała sobie spokojnie 5 metrów pode mną, ściana idealnie gładka... "Weź się w garść Niśko, jak umiesz zejść z kucyka, to z parapetu tym bardziej!" - pomyślałam sobie i postanowiłam przejść się po gzymsie do rynny, a stamtąd już na ziemię. Potknęłam się już przy pierwszym kroku, udało mi się jednak utrzymać równowagę i nie przyśpieszyć swojego zejścia na dół w sposób niekontrolowany. Zjechałam po rynnie na dół i zaczęłam wypatrywać Jona i Genowefy.
Kilka minut później wyszli zadowoleni z hali i udali się na przystanek autobusowy. Podążyłam za nimi i w tej chwili zorientowałam się, że nie mam pieniędzy na bilet. Wizja biegania za autobusem po Katowicach wydawała mi się... yyy... dziwna?
Na szczęście Jon i Genowefa wsiedli w znany mi autobus 27, który zatrzymuje się nieopodal mojego domu. Włączyłam więc GPS-a i udałam się piechotą do domu. Oczywiste było to, że nie zdążę dotrzeć tam przed nimi, musiałby zdarzyć się cud. No i akurat się zdarzył, bo kiedy dobiegłam do furtki, oni szli sobie spokojnie w górę ulicy.
W domu szybko się ogarnęłam i wskoczyłam do kuchni, żeby udawać, że robię kolację. W tym samym momencie do przedpokoju wkroczyli Jon i Genowefa i zaczęli śledztwo w stylu Sherlocka Holmesa.
- Widzisz tę kurtkę? Taką samą miała ta zamaskowana postać, która szła za nami...
- A to błoto na butach? - wychyliłam się z kuchni, żeby zobaczyć, cóż takiego oni robią i ujrzałam Jona zlizującego błoto z moich butów. Z trudem powstrzymałam się, żeby go nie walnąć.
- Smakuje psimi odchodami i spalinami.
- Czyżby szpieg mieszkał w tym domu?
W końcu wybuchnęłam śmiechem, zwracając na siebie ich uwagę. Potrzebne było mi coś, co powstrzyma Jona od dotknięcia mnie, amputacja jakiejkolwiek części ciała nie była mi na rękę. W tym momencie do domu przez otwarte drzwi wbiegł Sziro.
Jon wystraszył się go tak bardzo, że nie wiedział co ze sobą zrobić i w końcu zemdlał. To nawet dobrze, bo postanowiłam pogadać z Genowefą, a raczej coś jej powiedzieć:
- Zwalniam cię.
Trochę krótko i chaotycznie, jutro kolejny rozdział, mam nadzieję lepszy... Na razie się żegnam, bye!
Na początek miła informacja: dorobiłam się drugiego obserwatora! Ten zatrważający wynik wprawił mnie w świetny humor i nabrałam znowu chęci do pisania o Jonie. Wielkie podziękowania dla Weroniki!
Przepraszam za to za tak długą przerwę w pisaniu, ale nie miałam po prostu czasu na pisanie. Z tego też względu rozdział jest średniej jakości i długości, choć to pierwsze jest moją subiektywną opinią, dlatego też czekam na komentarze.
Rozdział chyba czwarty
Autobus spokojnie przemierzał ulice Katowic, ochlapując przechodniów i potrząsając pasażerami. Motoryzacyjny raj! Jon i Genowefa zajęli miejsca siedzące z przodu, ja obserwowałam ich z końca pojazdu, ale w końcu zniknęli mi z oczu.
Znalazłam ich wzrokiem koło drzwi. A więc wysiadają... Na szczęście ledwo już w prawdzie jeżdżący, ale jakoś dopuszczony do ruchu jelcz miał drzwi z tyłu, którymi mogłam wysiąść i kontynuować prace szpiegowskie.
Jon i Genowefa rzeczywiście wysiedli na następnym przystanku, nie wiedziałam nawet na jakim, i pobiegli w stronę osiedla. Bieganie wśród nieznanych kałuż po nieznanym mieście nie należało do moich ulubionych zajęć, ale jak trzeba to trzeba. Kierowałam się więc za wielką torbą Wilsona (phi, Wilson!) i coraz bardziej zdziwiona biegłam przez nieznane ulice.
W końcu torba skręciła w prawo razem z różowym parasolem i zatrzymała się przy... kortach. Czyżby moja dobra i tania siła robocza mieszkała przy takim fajnym obiekcie?
Odpowiedź była jednoznaczna: nie. Jak się okazało, przyszli sobie pograć w tenisa. Ponieważ cały czas lało, musieli iść na kort kryty, na który nie miałam podglądu. Postanowiłam przeskoczyć przez płot i poszukać jakiegoś okienka, przez które będę mogła ich obserwować.
Okienko się znalazło... na wysokości kilku metrów. Postanowiłam się jednak nie poddawać i rozpoczęłam wspinaczkę po ścianie budynku. Może się to wydawać trochę nierealne i w rzeczy samej tak jest, bo tak naprawdę użyłam drabiny, która sobie tam po prostu stała.
Jedynym jej problemem była niestabilność. Kiedy sobie to na dobre uświadomiłam byłam już prawie przy oknie, a kiedy drabina w końcu się przewróciła, ja byłam już na parapecie. Na szczęście. Powinnam się zapewne zastanowić, jak później zejdę na dół, ale w tym momencie mnie to w ogóle nie interesowało. Otóż Jon i Genowefa właśnie zaczynali rozgrzewkę.
Byłam bardzo ciekawa, czy dobrze będzie się im grało w dżinsach. Zapewne odpowiedź brzmiała "nie" i właśnie dlatego poszli się przebrać.
Wrócili wystrojeni w ciuchy z Decathlona, z rakietami Willsona w dłoniach i uśmiechami na twarzach. Grę rozpoczęła Genowefa i, niestety muszę to przyznać, udało jej się nawet zaserwować... Nawet lepiej: udało jej się odbić return Jona!
Byłam tak zdziwiona, że o mało nie spadłam z parapetu. Oto oglądałam na żywo całkiem niezły mecz tenisowy, najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że Jon faktycznie umie grać w tenisa. Postanowiłam dla świętego spokoju sprawdzić, które miejsce zajmuje w rankingu.
Wyciągnęłam więc swojego smartfona, uruchomiłam odpowiednią aplikację i znowu o mało nie spadłam z parapetu, bo zobaczyłam jakiegoś Jona w najlepszej 20. Na szczęście nie był to Jon Kowalski... Tego właściwego znalazłam na π miejscu w rankingu. Cóż, jak ma 18,(3) lat, to może też zajmować 3,14... miejsce w rankingu... Nieważne.
Do oglądania meczu wróciłam wtedy, kiedy Jon zagrał pięknego winnera. Po wyniku było widać, że Genowefa dostawała prawdziwe lanie. Ale w końcu grała z π zawodnikiem na świecie! Mecz zakończył się chwilę później i musiałam wymyślić sposób zejścia z parapetu.
Drabina leżała sobie spokojnie 5 metrów pode mną, ściana idealnie gładka... "Weź się w garść Niśko, jak umiesz zejść z kucyka, to z parapetu tym bardziej!" - pomyślałam sobie i postanowiłam przejść się po gzymsie do rynny, a stamtąd już na ziemię. Potknęłam się już przy pierwszym kroku, udało mi się jednak utrzymać równowagę i nie przyśpieszyć swojego zejścia na dół w sposób niekontrolowany. Zjechałam po rynnie na dół i zaczęłam wypatrywać Jona i Genowefy.
Kilka minut później wyszli zadowoleni z hali i udali się na przystanek autobusowy. Podążyłam za nimi i w tej chwili zorientowałam się, że nie mam pieniędzy na bilet. Wizja biegania za autobusem po Katowicach wydawała mi się... yyy... dziwna?
Na szczęście Jon i Genowefa wsiedli w znany mi autobus 27, który zatrzymuje się nieopodal mojego domu. Włączyłam więc GPS-a i udałam się piechotą do domu. Oczywiste było to, że nie zdążę dotrzeć tam przed nimi, musiałby zdarzyć się cud. No i akurat się zdarzył, bo kiedy dobiegłam do furtki, oni szli sobie spokojnie w górę ulicy.
W domu szybko się ogarnęłam i wskoczyłam do kuchni, żeby udawać, że robię kolację. W tym samym momencie do przedpokoju wkroczyli Jon i Genowefa i zaczęli śledztwo w stylu Sherlocka Holmesa.
- Widzisz tę kurtkę? Taką samą miała ta zamaskowana postać, która szła za nami...
- A to błoto na butach? - wychyliłam się z kuchni, żeby zobaczyć, cóż takiego oni robią i ujrzałam Jona zlizującego błoto z moich butów. Z trudem powstrzymałam się, żeby go nie walnąć.
- Smakuje psimi odchodami i spalinami.
- Czyżby szpieg mieszkał w tym domu?
W końcu wybuchnęłam śmiechem, zwracając na siebie ich uwagę. Potrzebne było mi coś, co powstrzyma Jona od dotknięcia mnie, amputacja jakiejkolwiek części ciała nie była mi na rękę. W tym momencie do domu przez otwarte drzwi wbiegł Sziro.
Jon wystraszył się go tak bardzo, że nie wiedział co ze sobą zrobić i w końcu zemdlał. To nawet dobrze, bo postanowiłam pogadać z Genowefą, a raczej coś jej powiedzieć:
- Zwalniam cię.
Trochę krótko i chaotycznie, jutro kolejny rozdział, mam nadzieję lepszy... Na razie się żegnam, bye!
czwartek, 19 września 2013
"Co słychać u Jona?" "Och, wspaniale! Tak wspaniale, że aż wcale..."
Witam!
W tak beznadziejną pogodę trzeba robić coś konstruktywnego, więc postanowiłam skonstruować kolejny rozdział opowiadania o Jonie, w którym pojawi się wreszcie tenis i trochę więcej Jona.
Rozdział trzeci
W środę już naprawdę nie spodziewałam się Genowefy. Nie ma szans, żeby chciała do mnie przyjść po wtorkowych wydarzeniach. A jednak przyszła, choć, jak mi oznajmiła, tylko do Jona. Niech jej będzie, może go wreszcie czymś zajmie po tej traumie, jaką przeżył w nocy... A było to tak:
Jon spał na polu, tak jak mu to obiecałam, w czasie największej ulewy, przykryty tylko jakimś cienkim kocykiem, który byłam w stanie dla niego poświęcić. Nie narzekał jednak na pogodę i już miałam nadzieję, że po raz pierwszy od kiedy Jon u mnie zamieszkał będę mogła się wyspać. Nietrudno zgadnąć, że tak nie było.
Około północy mokry i przerażony Jon wpadł do domu przez okno w kuchni, pobiegł do mnie na górę i wołał chyba pomocy... Nieważne, w każdym bądź razie kiedy tylko wlazł na moje łóżko, od razu go z niego zwaliłam i wygoniłam z powrotem na pole.
Niestety okno w kuchni było zniszczone bezpowrotnie i Jon mógł przez nie wskakiwać kiedy chciał. Koło drugiej nad ranem nie wytrzymałam i zapytałam go łagodnie, co się stało. No dobra, wyglądało to mniej więcej tak:
- Mów głupku, co się dzieje, bo mi się chce spać!
- No bo tam... tam... tak jest widmo! - odpowiedział trzęsący się ze strachu Jon wskazując na białego kota, zwanego potocznie Szirem.
- To jest kot. Idź spać.
- To jest potwór! On mnie zje!
- Jedyne co on zjada, to ziemniaki makaron i mięso z obiadu.
- No właśnie! A ja na obiad jadłem ziemniaki, makaron i mięso!
- On zjada tylko to, co jest na dachu komórki.
- To telefony mają dachy?
Chciałam utrzymać nerwy na wodzy, ale chyba zapomniałam im założyć uzdy przed rozmową z Jonem, bo właśnie puściły się w niekontrolowany galop.
- Zamknij się, słuchaj mnie i nie zadawaj więcej takich głupich pytań! To jest kot - powiedziałam pokazując palcem wystraszonego Szira. - Tak się boi ludzi, że nawet nie daje się dotknąć - tutaj spróbowałam go pogłaskać i plan momentalnie nie wypalił, bo Sziro zaczął się do mnie przymilać. Bałam się reakcji Jona, którego już koło mnie nie było.
Znalazł się dopiero rano pod lodówką... Jak się tam zmieścił, pozostaje tajemnicą. I wtedy właśnie przyszła Genowefa. Jon pokazał mi tylko język i udał się z nią do piwnicy. Ja w tym czasie postanowiłam zjeść jakieś śniadanie i się czymś zająć, byle im tylko nie wchodzić w drogę.
Weszli mi za to sami, kiedy udali się po coś na strych. Po chwili zeszli na dół ze sprzętem tenisowym. "Oho! Toście się zrobili, ciekawe jak wam się uda wejść na jakiekolwiek korty..." - pomyślałam i postanowiłam ich śledzić.
Jon prowadził Genowefę przed siebie, widocznie nie miał zielonego pojęcia, gdzie może znaleźć tutaj korty. A znaleźć mógł i to nawet przy odrobinie szczęścia betonowe. Ale oczywiście udali się tam, gdzie było dalej i gdzie nie było sensu chodzić, bo korty były bardzo zaniedbane i tak jakby zamknięte. Mnie oczywiście spacerek nie przeszkadzał, ale po Genowefie było ewidentnie widać, że nie ma siły na dalsze chodzenie.
W celu odpoczynku wstąpili do Biedronki, gdzie na chwilę straciłam ich z oczu. Wolałam tam nie wchodzić i nie narażać się na zdemaskowanie, więc grzecznie poczekałam na nich w krzakach. Wyszli po dłuższej chwili trzymając się za ręce i zjadając lody. W taką pogodę?! No bo właśnie w tej chwili z nieba lunęło deszczem.
Jon jakimś cudem wymyślił, gdzie są zadaszone korty i wsiedli z Genowefą w najbliższy autobus pod halę sportową. Na szczęście miałam ze sobą bilet i wsiadłam za nimi. Ciężko było się zamaskować, ale na miejsce dojechałam bez powodów do wstydu. Cała akcja zaczęła się dopiero na przystanku, kiedy Jon doprawdy baaardzo cicho powiedział coś do Genowefy:
- Mam wrażenie, że ktoś nas śledzi.
Na szczęście jego dziewczyna (?) była innego zdania i nakazała mu iść na korty.
I tutaj znowu był problem, bo za wejście tam trochę się płaci. A poza tym odbywał się tam trening siatkarek i nikt nie miał wstępu do hali. Postanowili więc wrócić do domu.
Puściłam się pędem różnymi skrótami, żeby być tam przed nimi i nie budzić podejrzeń. Okazało się jednak, że nie o ten dom chodziło. Jon i Genowefa wsiedli w pierwszy lepszy autobus do centrum, tak kupili bilety i pojechali do Katowic. W ostatniej chwili wskoczyłam za nimi do zatłoczonego 814 i zakupiłam bilet u kierowcy. Po raz kolejny tego dnia postanowiłam ich śledzić.
Przepraszam co niektórych czytelników za to, że uczyniłam Jona i Genowefę parą, ale nie miałam innego pomysłu. Bardzo mi przykro z tego powodu. A teraz się już żegnam, bye!
W tak beznadziejną pogodę trzeba robić coś konstruktywnego, więc postanowiłam skonstruować kolejny rozdział opowiadania o Jonie, w którym pojawi się wreszcie tenis i trochę więcej Jona.
Rozdział trzeci
W środę już naprawdę nie spodziewałam się Genowefy. Nie ma szans, żeby chciała do mnie przyjść po wtorkowych wydarzeniach. A jednak przyszła, choć, jak mi oznajmiła, tylko do Jona. Niech jej będzie, może go wreszcie czymś zajmie po tej traumie, jaką przeżył w nocy... A było to tak:
Jon spał na polu, tak jak mu to obiecałam, w czasie największej ulewy, przykryty tylko jakimś cienkim kocykiem, który byłam w stanie dla niego poświęcić. Nie narzekał jednak na pogodę i już miałam nadzieję, że po raz pierwszy od kiedy Jon u mnie zamieszkał będę mogła się wyspać. Nietrudno zgadnąć, że tak nie było.
Około północy mokry i przerażony Jon wpadł do domu przez okno w kuchni, pobiegł do mnie na górę i wołał chyba pomocy... Nieważne, w każdym bądź razie kiedy tylko wlazł na moje łóżko, od razu go z niego zwaliłam i wygoniłam z powrotem na pole.
Niestety okno w kuchni było zniszczone bezpowrotnie i Jon mógł przez nie wskakiwać kiedy chciał. Koło drugiej nad ranem nie wytrzymałam i zapytałam go łagodnie, co się stało. No dobra, wyglądało to mniej więcej tak:
- Mów głupku, co się dzieje, bo mi się chce spać!
- No bo tam... tam... tak jest widmo! - odpowiedział trzęsący się ze strachu Jon wskazując na białego kota, zwanego potocznie Szirem.
- To jest kot. Idź spać.
- To jest potwór! On mnie zje!
- Jedyne co on zjada, to ziemniaki makaron i mięso z obiadu.
- No właśnie! A ja na obiad jadłem ziemniaki, makaron i mięso!
- On zjada tylko to, co jest na dachu komórki.
- To telefony mają dachy?
Chciałam utrzymać nerwy na wodzy, ale chyba zapomniałam im założyć uzdy przed rozmową z Jonem, bo właśnie puściły się w niekontrolowany galop.
- Zamknij się, słuchaj mnie i nie zadawaj więcej takich głupich pytań! To jest kot - powiedziałam pokazując palcem wystraszonego Szira. - Tak się boi ludzi, że nawet nie daje się dotknąć - tutaj spróbowałam go pogłaskać i plan momentalnie nie wypalił, bo Sziro zaczął się do mnie przymilać. Bałam się reakcji Jona, którego już koło mnie nie było.
Znalazł się dopiero rano pod lodówką... Jak się tam zmieścił, pozostaje tajemnicą. I wtedy właśnie przyszła Genowefa. Jon pokazał mi tylko język i udał się z nią do piwnicy. Ja w tym czasie postanowiłam zjeść jakieś śniadanie i się czymś zająć, byle im tylko nie wchodzić w drogę.
Weszli mi za to sami, kiedy udali się po coś na strych. Po chwili zeszli na dół ze sprzętem tenisowym. "Oho! Toście się zrobili, ciekawe jak wam się uda wejść na jakiekolwiek korty..." - pomyślałam i postanowiłam ich śledzić.
Jon prowadził Genowefę przed siebie, widocznie nie miał zielonego pojęcia, gdzie może znaleźć tutaj korty. A znaleźć mógł i to nawet przy odrobinie szczęścia betonowe. Ale oczywiście udali się tam, gdzie było dalej i gdzie nie było sensu chodzić, bo korty były bardzo zaniedbane i tak jakby zamknięte. Mnie oczywiście spacerek nie przeszkadzał, ale po Genowefie było ewidentnie widać, że nie ma siły na dalsze chodzenie.
W celu odpoczynku wstąpili do Biedronki, gdzie na chwilę straciłam ich z oczu. Wolałam tam nie wchodzić i nie narażać się na zdemaskowanie, więc grzecznie poczekałam na nich w krzakach. Wyszli po dłuższej chwili trzymając się za ręce i zjadając lody. W taką pogodę?! No bo właśnie w tej chwili z nieba lunęło deszczem.
Jon jakimś cudem wymyślił, gdzie są zadaszone korty i wsiedli z Genowefą w najbliższy autobus pod halę sportową. Na szczęście miałam ze sobą bilet i wsiadłam za nimi. Ciężko było się zamaskować, ale na miejsce dojechałam bez powodów do wstydu. Cała akcja zaczęła się dopiero na przystanku, kiedy Jon doprawdy baaardzo cicho powiedział coś do Genowefy:
- Mam wrażenie, że ktoś nas śledzi.
Na szczęście jego dziewczyna (?) była innego zdania i nakazała mu iść na korty.
I tutaj znowu był problem, bo za wejście tam trochę się płaci. A poza tym odbywał się tam trening siatkarek i nikt nie miał wstępu do hali. Postanowili więc wrócić do domu.
Puściłam się pędem różnymi skrótami, żeby być tam przed nimi i nie budzić podejrzeń. Okazało się jednak, że nie o ten dom chodziło. Jon i Genowefa wsiedli w pierwszy lepszy autobus do centrum, tak kupili bilety i pojechali do Katowic. W ostatniej chwili wskoczyłam za nimi do zatłoczonego 814 i zakupiłam bilet u kierowcy. Po raz kolejny tego dnia postanowiłam ich śledzić.
Przepraszam co niektórych czytelników za to, że uczyniłam Jona i Genowefę parą, ale nie miałam innego pomysłu. Bardzo mi przykro z tego powodu. A teraz się już żegnam, bye!
wtorek, 17 września 2013
No to lecimy dalej, czyli jeszcze więcej nudy...
Witam!
No więc dzisiaj krótka i już bardziej ciekawa kontynuacja opowieści o Jonie. Dzień był troszkę męczący, a jak wszyscy tutaj jednogłośnie stwierdzą, Jon jest najlepszym sposobem na odprężenie. Ja wprawdzie średnio się z tym zgadzam, bo wolę obejrzeć sobie Top Gear... Ale zauważyłam kolejny nieznaczny skok słupka wyświetleń, więc sama siebie przymuszam do napisania ciągu dalszego o zaskakującej i bardzo oryginalnej nazwie "Rozdział Drugi"
Rozdział drugi
No więc był już wtorek i Genowefa odważyła się przyjść do pracy. Szczerze mówiąc trochę mnie zaskoczyła, bo ja po usłyszeniu wszystkich informacji o Jonie nakazałam mu przeniesienie całego swojego dobytku i siebie do piwnicy. Właściwie wyszło mu to na dobre, bo w piwnicy jest trochę więcej miejsca. Zmartwiłam się jednak tym, że nie przyszedł na śniadanie.
Sprawa rozwiązała się oczywiście szybko i w sposób doprowadzający mnie do szału - Jon postanowił zeżreć (nie ma na to innego określenia) wszystkie konfitury, które w piwnicy miały doczekać do zimy. Już miałam na niego nawrzeszczeć, kiedy do "królestwa" Jona wkroczyła Genowefa i zaczęła mi przestawiać swoje metody wychowawcze. Po 10 minutach przestałam jej słuchać, za bardzo kojarzyło mi się to z kazaniem proboszcza z mojej parafii - może ma jakiś ukryty sens, ale nie dla mnie. Postanowiłam więc podliczyć straty i zabrać rzeczy Jona w jakieś inne miejsce. Na szczęście Genowefa nie zauważyła, że przestałam jej słuchać i mogłam spokojnie zająć się przetworami. Na szczęście zniknęła jedynie połowa powideł śliwkowych i jakieś 2/3 jabłkowych, sałatki pozostały jednak bez zmian.
Nie wiedziałam za bardzo, jak mam się zabrać za wynoszenie rzeczy Jona z piwnicy, bo po pierwsze było ich dużo, a po drugie Genowefa stała mi w przejściu, cały czas głosząc swe bezsensowne kazanie. Wpadłam jednak na genialny pomysł z wykorzystaniem walających się wśród całego zamieszania worków na śmieci. Nie wywożą ich chyba wprawdzie w tym tygodniu, a tym bardziej nie we wtorek, ale właściwie nie o to mi chodziło. Były mi potrzebne jedynie do spakowania rzeczy Jona i wyniesienia ich w jakieś ustronne miejsce, w późniejszym czasie również razem z Jonem.
Plan udał się znakomicie, bo Genowefa zaczęła teraz stosować swoje metody na biednym (w przybliżeniu) 18,3-latku, a ja w tym czasie mogłam swobodnie wytargać wory na górę i je gdzieś schować. Pierwszym pomysłem była komórka na narzędzia itp., ale miałam tam zamiar wprowadzić Jona. W pobliżu nie było rzeki, do której mogłabym wrzucić worki, zresztą ochrona środowiska... Postanowiłam więc odsprzedać je w jakimś skupie badziewia, udając się w tym celu do centrum.
Nie byłam w stanie zabrać wszystkiego ze sobą (piechotą za dużo do noszenia, w autobusie się nie zmieści, a poza tym ludzie się będą gapić), więc wybrałam rozwiązanie chodzenia na raty z plecakiem wypchanym pamiątkami Jona. Kiedy wróciłam z pierwszej wyprawy, Jon i Genowefa cały czas prowadzili w piwnicy jakąś rozmowę. Poszłam więc jeszcze raz, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Kiedy wróciłam z wycieczki, a było to już późnym popołudniem, sytuacja była identyczna. Jon chyba nie zauważył braku swoich pamiątek, zobaczymy co powie jak się zorientuje... Zadowolona z zemsty za zjedzenie zapasów na zimę wkroczyłam do piwnicy oznajmiając rozgadanej dwójce, że zaraz będzie obiad.
Jon nie był głodny, co mnie specjalnie nie zdziwiło, ale zmarnowałam sporo zupy... Wprawdzie ktoś mógłby powiedzieć, że mogłam to dojeść, ale nie. W życiu nawet nie dotknę niczego należącego do Jona. Dotknęłam wprawdzie pamiątek, ale spokojnie - dokładnie zdezynfekowałam ręce i plecak, w którym nosiłam to badziewie, a worki już dawno leżą w koszu.
Genowefa zjadła za to z wielką przyjemnością, przyznając się, że nie jadła śniadania. Cóż, to jej sprawa. Po obiedzie postanowiłam wypytać ją dokładnie o to, jak spędzili z Jonem dzień. "Na obgadywaniu ciebie i twoich niecnych planów" - odparła Genowefa i wyszła.
- To gdzie mam w końcu spać?
- Na polu! - odpowiedziałam wściekła Jonowi i pokazałam mu wyjście.
No i na dzisiaj to już koniec opowieści o Jonie i Genowefie, mówię już wszystkim goodbye!
No więc dzisiaj krótka i już bardziej ciekawa kontynuacja opowieści o Jonie. Dzień był troszkę męczący, a jak wszyscy tutaj jednogłośnie stwierdzą, Jon jest najlepszym sposobem na odprężenie. Ja wprawdzie średnio się z tym zgadzam, bo wolę obejrzeć sobie Top Gear... Ale zauważyłam kolejny nieznaczny skok słupka wyświetleń, więc sama siebie przymuszam do napisania ciągu dalszego o zaskakującej i bardzo oryginalnej nazwie "Rozdział Drugi"
Rozdział drugi
No więc był już wtorek i Genowefa odważyła się przyjść do pracy. Szczerze mówiąc trochę mnie zaskoczyła, bo ja po usłyszeniu wszystkich informacji o Jonie nakazałam mu przeniesienie całego swojego dobytku i siebie do piwnicy. Właściwie wyszło mu to na dobre, bo w piwnicy jest trochę więcej miejsca. Zmartwiłam się jednak tym, że nie przyszedł na śniadanie.
Sprawa rozwiązała się oczywiście szybko i w sposób doprowadzający mnie do szału - Jon postanowił zeżreć (nie ma na to innego określenia) wszystkie konfitury, które w piwnicy miały doczekać do zimy. Już miałam na niego nawrzeszczeć, kiedy do "królestwa" Jona wkroczyła Genowefa i zaczęła mi przestawiać swoje metody wychowawcze. Po 10 minutach przestałam jej słuchać, za bardzo kojarzyło mi się to z kazaniem proboszcza z mojej parafii - może ma jakiś ukryty sens, ale nie dla mnie. Postanowiłam więc podliczyć straty i zabrać rzeczy Jona w jakieś inne miejsce. Na szczęście Genowefa nie zauważyła, że przestałam jej słuchać i mogłam spokojnie zająć się przetworami. Na szczęście zniknęła jedynie połowa powideł śliwkowych i jakieś 2/3 jabłkowych, sałatki pozostały jednak bez zmian.
Nie wiedziałam za bardzo, jak mam się zabrać za wynoszenie rzeczy Jona z piwnicy, bo po pierwsze było ich dużo, a po drugie Genowefa stała mi w przejściu, cały czas głosząc swe bezsensowne kazanie. Wpadłam jednak na genialny pomysł z wykorzystaniem walających się wśród całego zamieszania worków na śmieci. Nie wywożą ich chyba wprawdzie w tym tygodniu, a tym bardziej nie we wtorek, ale właściwie nie o to mi chodziło. Były mi potrzebne jedynie do spakowania rzeczy Jona i wyniesienia ich w jakieś ustronne miejsce, w późniejszym czasie również razem z Jonem.
Plan udał się znakomicie, bo Genowefa zaczęła teraz stosować swoje metody na biednym (w przybliżeniu) 18,3-latku, a ja w tym czasie mogłam swobodnie wytargać wory na górę i je gdzieś schować. Pierwszym pomysłem była komórka na narzędzia itp., ale miałam tam zamiar wprowadzić Jona. W pobliżu nie było rzeki, do której mogłabym wrzucić worki, zresztą ochrona środowiska... Postanowiłam więc odsprzedać je w jakimś skupie badziewia, udając się w tym celu do centrum.
Nie byłam w stanie zabrać wszystkiego ze sobą (piechotą za dużo do noszenia, w autobusie się nie zmieści, a poza tym ludzie się będą gapić), więc wybrałam rozwiązanie chodzenia na raty z plecakiem wypchanym pamiątkami Jona. Kiedy wróciłam z pierwszej wyprawy, Jon i Genowefa cały czas prowadzili w piwnicy jakąś rozmowę. Poszłam więc jeszcze raz, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Kiedy wróciłam z wycieczki, a było to już późnym popołudniem, sytuacja była identyczna. Jon chyba nie zauważył braku swoich pamiątek, zobaczymy co powie jak się zorientuje... Zadowolona z zemsty za zjedzenie zapasów na zimę wkroczyłam do piwnicy oznajmiając rozgadanej dwójce, że zaraz będzie obiad.
Jon nie był głodny, co mnie specjalnie nie zdziwiło, ale zmarnowałam sporo zupy... Wprawdzie ktoś mógłby powiedzieć, że mogłam to dojeść, ale nie. W życiu nawet nie dotknę niczego należącego do Jona. Dotknęłam wprawdzie pamiątek, ale spokojnie - dokładnie zdezynfekowałam ręce i plecak, w którym nosiłam to badziewie, a worki już dawno leżą w koszu.
Genowefa zjadła za to z wielką przyjemnością, przyznając się, że nie jadła śniadania. Cóż, to jej sprawa. Po obiedzie postanowiłam wypytać ją dokładnie o to, jak spędzili z Jonem dzień. "Na obgadywaniu ciebie i twoich niecnych planów" - odparła Genowefa i wyszła.
- To gdzie mam w końcu spać?
- Na polu! - odpowiedziałam wściekła Jonowi i pokazałam mu wyjście.
No i na dzisiaj to już koniec opowieści o Jonie i Genowefie, mówię już wszystkim goodbye!
poniedziałek, 16 września 2013
Nie chcę mieć problemów w szkole, a na blogu też nie są mile widziane...
Witam!
Dziś szybko, krótko i na temat:
Jon chcąc nie chcąc powraca, jeszcze nie wiem w jaki sposób, ale na pewno będzie musiał być bohaterem dalszych postów, bo niektórzy zaczynają otwarcie wyznawać mu miłość... Ekhm... Miało być na temat...
Zaczynam nowe opowiadanie, które będzie nosić zaszczytny tytuł "Świat według Jona". Na początek małe wprowadzenie...
Jak wszystkim wiadomo, Jon jest dziwną istotą z gatunku homo dziwakus, którego jest jedynym przedstawicielem. Wiadomo również, że jakiś czas temu wybrałam się z nim na wyprawę śladami Wielkiego Szlema, która skończyła się tym, że przez Jona wylądowałam na kilka dni w psychiatryku. Urocze to miejsce przekonało mnie, że powinnam unikać kontaktów z Jonem, a jak nie będę miała innego wyjścia, to przynajmniej znaleźć sobie kogoś do pomocy. I tak oto do opowiadania włącza się Genowefa - bardzo dobra i mało kosztowna siła robocza. Teraz więc trochę o niej... Genowefa jest wysoką blondynką o anielskim uśmiechu, wydaje się bardzo miła, ale też stanowcza - idealna wprost dla Jona. Do tego z zawodu i zamiłowania jest przedszkolanką... Eee... W każdym bądź razie płacę jej jedynie możliwością zjedzenia u mnie obiadu, więc nie mam z nią żadnych problemów. Może tylko jeden: jest wegetarianką i za wiele to z tych obiadów nie zjada. A oto i ona:
Rozdział pierwszy
Pierwszy dzień pracy Genowefy przypadł na poniedziałek. Postanowiłam, że nie będę jej od samego początku męczyć i zdecydowałam się opowiedzieć jej co nieco o Jonie. A wiedziałam doprawdy baaaardzo dużo. Szczerze mówiąc to nic. Genowefie to jednak nie przeszkadzało i zaczęła mnie o niego wypytywać:
imię - Jon
nazwisko - a bo mi to powiedział...
wiek - też bym chciała wiedzieć
rodzice - eeeee...
zawód - tenisista bodajże
zainteresowania - do mnie to pytanie? Tenis i może coś jeszcze
ulubiona potrawa - (wspomnienie Londynu wywołało u mnie dreszcz) truskawki ze śmietaną
znaki szczególne - wystarczy się na niego spojrzeć...
szkoła, do której chodzi, chodził lub ma zamiar chodzić - zapewne żadna, ale zapytać go można
Ponieważ niewiadomych było dość dużo, postanowiłyśmy pójść po Jona i go dokładnie wypytać. Miałyśmy szczęście, że miał dobry dzień i grzecznie odpowiedział na wszystkie zadane pytania, dostarczając nam tym samym wielu cennych informacji. Ostateczna wersja (bo było ich kilka) jest taka, że nazywa się Jon Kowalski, ma (w przybliżeniu) 18,33333333 lat, jego rodzice wyprowadzili się od niego do kosmosu (nie dziwię się, 18 lat z takim stworzeniem!), rzeczywiście jest tenisistą, interesuje się tenisem, uwielbia truskawki, a szkoła... Ekhm... Nie skończył jeszcze podstawówki, jak na razie zatrzymał się na pierwszej klasie, a że jest już pełnoletni i nie ma obowiązku szkolnego, to do szkoły chodzić przestał. To ostatnie nam się nie spodobało i postanowiłyśmy, że będzie musiał się zapisać do miejscowej podstawówki.
Kolejną rzeczą, która zainteresowała Genowefę, było to, dlaczego Jona mieszka ze mną pod jednym dachem. Sama nie wiedziałam do końca, jego kurator sądowy mi go dokwaterował, obecnie jego pokój znajduje się na strychu. Po zwiedzeniu jego pięknego mieszkania postanowiłyśmy podsumować wszystkie informacje i przygotować plan działania na dzień następny.
Historia Jona (wersja oficjalna)
Jon Kowalski urodził się (w dużym przybliżeniu) 18,3 lat temu gdzieś tam. Ponieważ dłuższe z nim przebywanie wywołuje choroby psychiczne, jego rodzice po spełnieniu swojego rodzicielskiego obowiązku wyprowadzili się na Marsa. Szkołę podstawową rozpoczął w wieku lat siedmiu i rozpoczyna ją każdego roku na nowo. Nie wydawał mi się aż tak głupi, żeby nie skończyć pierwszej klasy i miałam rację, bo powodem była nieklasyfikacja, wynikająca z wielu opuszczonych godzin. Z tego powodu dostał kuratora sądowego, który od jakiegoś czasu stara się zapewnić mu jakieś rozrywki.
Dla Jona największe znaczenie ma jednak tenis. W końcu udało mu się zostać tenisistą i to o dziwo całkiem przyzwoitym. Niestety nieznajomość zasad sprawia, że bardzo często kłóci się z sędziami, co doprowadza czasem nawet do wyproszenia go z kortu. Kurator postanowił więc, że poszuka kogoś, kto to Jonowi jakoś wytłumaczy.
I właśnie tak poznałam Jona. Później zaczęłam współpracę z panem kuratorem i wyszło mi to tylko na gorsze, bo dzięki temu skończyłam jak skończyłam, czyli jako opiekunka i przewodniczka Jona. W końcu oboje mieliśmy siebie dosyć i trzeba było coś zmienić...
I to już koniec nudnego rozdziału pierwszego, rozdział drugi będzie już ciekawszy. Na razie się żegnam, bye!
Dziś szybko, krótko i na temat:
Jon chcąc nie chcąc powraca, jeszcze nie wiem w jaki sposób, ale na pewno będzie musiał być bohaterem dalszych postów, bo niektórzy zaczynają otwarcie wyznawać mu miłość... Ekhm... Miało być na temat...
Zaczynam nowe opowiadanie, które będzie nosić zaszczytny tytuł "Świat według Jona". Na początek małe wprowadzenie...
Jak wszystkim wiadomo, Jon jest dziwną istotą z gatunku homo dziwakus, którego jest jedynym przedstawicielem. Wiadomo również, że jakiś czas temu wybrałam się z nim na wyprawę śladami Wielkiego Szlema, która skończyła się tym, że przez Jona wylądowałam na kilka dni w psychiatryku. Urocze to miejsce przekonało mnie, że powinnam unikać kontaktów z Jonem, a jak nie będę miała innego wyjścia, to przynajmniej znaleźć sobie kogoś do pomocy. I tak oto do opowiadania włącza się Genowefa - bardzo dobra i mało kosztowna siła robocza. Teraz więc trochę o niej... Genowefa jest wysoką blondynką o anielskim uśmiechu, wydaje się bardzo miła, ale też stanowcza - idealna wprost dla Jona. Do tego z zawodu i zamiłowania jest przedszkolanką... Eee... W każdym bądź razie płacę jej jedynie możliwością zjedzenia u mnie obiadu, więc nie mam z nią żadnych problemów. Może tylko jeden: jest wegetarianką i za wiele to z tych obiadów nie zjada. A oto i ona:
Rozdział pierwszy
Pierwszy dzień pracy Genowefy przypadł na poniedziałek. Postanowiłam, że nie będę jej od samego początku męczyć i zdecydowałam się opowiedzieć jej co nieco o Jonie. A wiedziałam doprawdy baaaardzo dużo. Szczerze mówiąc to nic. Genowefie to jednak nie przeszkadzało i zaczęła mnie o niego wypytywać:
imię - Jon
nazwisko - a bo mi to powiedział...
wiek - też bym chciała wiedzieć
rodzice - eeeee...
zawód - tenisista bodajże
zainteresowania - do mnie to pytanie? Tenis i może coś jeszcze
ulubiona potrawa - (wspomnienie Londynu wywołało u mnie dreszcz) truskawki ze śmietaną
znaki szczególne - wystarczy się na niego spojrzeć...
szkoła, do której chodzi, chodził lub ma zamiar chodzić - zapewne żadna, ale zapytać go można
Ponieważ niewiadomych było dość dużo, postanowiłyśmy pójść po Jona i go dokładnie wypytać. Miałyśmy szczęście, że miał dobry dzień i grzecznie odpowiedział na wszystkie zadane pytania, dostarczając nam tym samym wielu cennych informacji. Ostateczna wersja (bo było ich kilka) jest taka, że nazywa się Jon Kowalski, ma (w przybliżeniu) 18,33333333 lat, jego rodzice wyprowadzili się od niego do kosmosu (nie dziwię się, 18 lat z takim stworzeniem!), rzeczywiście jest tenisistą, interesuje się tenisem, uwielbia truskawki, a szkoła... Ekhm... Nie skończył jeszcze podstawówki, jak na razie zatrzymał się na pierwszej klasie, a że jest już pełnoletni i nie ma obowiązku szkolnego, to do szkoły chodzić przestał. To ostatnie nam się nie spodobało i postanowiłyśmy, że będzie musiał się zapisać do miejscowej podstawówki.
Kolejną rzeczą, która zainteresowała Genowefę, było to, dlaczego Jona mieszka ze mną pod jednym dachem. Sama nie wiedziałam do końca, jego kurator sądowy mi go dokwaterował, obecnie jego pokój znajduje się na strychu. Po zwiedzeniu jego pięknego mieszkania postanowiłyśmy podsumować wszystkie informacje i przygotować plan działania na dzień następny.
Historia Jona (wersja oficjalna)
Jon Kowalski urodził się (w dużym przybliżeniu) 18,3 lat temu gdzieś tam. Ponieważ dłuższe z nim przebywanie wywołuje choroby psychiczne, jego rodzice po spełnieniu swojego rodzicielskiego obowiązku wyprowadzili się na Marsa. Szkołę podstawową rozpoczął w wieku lat siedmiu i rozpoczyna ją każdego roku na nowo. Nie wydawał mi się aż tak głupi, żeby nie skończyć pierwszej klasy i miałam rację, bo powodem była nieklasyfikacja, wynikająca z wielu opuszczonych godzin. Z tego powodu dostał kuratora sądowego, który od jakiegoś czasu stara się zapewnić mu jakieś rozrywki.
Dla Jona największe znaczenie ma jednak tenis. W końcu udało mu się zostać tenisistą i to o dziwo całkiem przyzwoitym. Niestety nieznajomość zasad sprawia, że bardzo często kłóci się z sędziami, co doprowadza czasem nawet do wyproszenia go z kortu. Kurator postanowił więc, że poszuka kogoś, kto to Jonowi jakoś wytłumaczy.
I właśnie tak poznałam Jona. Później zaczęłam współpracę z panem kuratorem i wyszło mi to tylko na gorsze, bo dzięki temu skończyłam jak skończyłam, czyli jako opiekunka i przewodniczka Jona. W końcu oboje mieliśmy siebie dosyć i trzeba było coś zmienić...
I to już koniec nudnego rozdziału pierwszego, rozdział drugi będzie już ciekawszy. Na razie się żegnam, bye!
czwartek, 12 września 2013
No więc miałam coś wymyślić...
Witam!
Jako że popularność nieśmiało idzie w górę, postanowiłam mimo braku pomysłu napisać posta. Wprawdzie bardzo mi się nie chce, tak jak i innym nie chce się tego czytać, ale dzień bez posta wydawałby się trochę dziwny, znając moje upodobanie do pisania ich w nadmiernych ilościach.
Wojciech Fibak zdrajcą Djokovica - porównał Rafę Nadala do Chopina, tym samym przekreślając swoją współpracę z Novakiem. Nareszcie coś zabawnego w tym przygnębiającym dniu! Miałam wprawdzie nie pisać newsów, ale to mnie po prostu rozwaliło.
Janowicz nie zagra przeciw Australii w Pucharze Davisa. Szanse zerowe, ale w przybliżeniu. Mają gdzieś 0,00000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000001 szans na wygraną, a na wygraną w całym pucharze... nie zmieści mi się w jednej linijce, więc nie będę pisać. Choć oczywiście życzę im jak najlepiej i mam nadzieję, że nie przegrają do zera, która to liczba w tym akapicie zdecydowanie za dużo się powtarza. Do boju Polacy!!! Uuu!!! A teraz się ogarnę i zrobię ilustracje. Znaczy ilustrację, bo na drugą nie mam na razie pomysłu.
Chopin czy Nadal? Podobieństwo uderzające, ale właśnie o to chodzi. Poza tym Chopin podczas prywatnej rozmowy wyznał mi, że zamiast Babolatem wolałby grać Headem.
A teraz się już żegnam, do zobaczenia w następnym poście, bye!
Jako że popularność nieśmiało idzie w górę, postanowiłam mimo braku pomysłu napisać posta. Wprawdzie bardzo mi się nie chce, tak jak i innym nie chce się tego czytać, ale dzień bez posta wydawałby się trochę dziwny, znając moje upodobanie do pisania ich w nadmiernych ilościach.
Wojciech Fibak zdrajcą Djokovica - porównał Rafę Nadala do Chopina, tym samym przekreślając swoją współpracę z Novakiem. Nareszcie coś zabawnego w tym przygnębiającym dniu! Miałam wprawdzie nie pisać newsów, ale to mnie po prostu rozwaliło.
Janowicz nie zagra przeciw Australii w Pucharze Davisa. Szanse zerowe, ale w przybliżeniu. Mają gdzieś 0,00000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000001 szans na wygraną, a na wygraną w całym pucharze... nie zmieści mi się w jednej linijce, więc nie będę pisać. Choć oczywiście życzę im jak najlepiej i mam nadzieję, że nie przegrają do zera, która to liczba w tym akapicie zdecydowanie za dużo się powtarza. Do boju Polacy!!! Uuu!!! A teraz się ogarnę i zrobię ilustracje. Znaczy ilustrację, bo na drugą nie mam na razie pomysłu.
Chopin czy Nadal? Podobieństwo uderzające, ale właśnie o to chodzi. Poza tym Chopin podczas prywatnej rozmowy wyznał mi, że zamiast Babolatem wolałby grać Headem.
A teraz się już żegnam, do zobaczenia w następnym poście, bye!
wtorek, 10 września 2013
Eeeeeee... What?
Witam!
Może zacznę od wytłumaczenia tytułu posta, potem coś sobie sama wytłumaczę, a w następstwie tego wytłumaczę się wszystkim.
Pierwsza część tytułu posta to brak pomysłu na co innego, druga jest moją reakcją na ujrzenie dramatycznego spadku popularności mojego bloga. Tłumaczę to sobie tak, że to przez moje zaniedbanie, a moje zaniedbanie tłumaczę tak, że... no, po prostu szkoła. Teraz jednak wróciłam i właśnie staram się wymyślić coś, co nie będzie zajmować mi dużo czasu, a będzie się fajnie prezentować i pozwoli przywrócić temu blogowi dawną świetność... nie, to trochę z dużo powiedziane... Zamiast świetności niech będą "zadowalające mnie wyniki popularności".
Idąc drogą eliminacji, nie mogę zajmować się opowiadaniami, a tym bardziej opowiadaniami o Jonie. Nie mogę też skupić się na newsach, bo są cokolwiek nudne i popularności mi nie przywrócą. Rysunków nie mam, no chyba że kogoś interesuje "Top Gear"... Ciężko będzie mi wymyślić coś, co będzie się zgadzało z przysłowiem - "i wilk syty, i owca cała", więc teraz biorę się za improwizację.
Na razie trochę newsów: ranking ej-ti-pi - Djoko cały czas liderem, 100 punktów za nim żądny krwi Rafa, za nimi w tyle zostaje Andy, potem Ferrer i Berdych, a potem biedny Federer, który jakimś cudem skoczył w rankingu na 6. pozycję. I właśnie dlatego nie ogarniam tych po... po-jakichś tam rankingów. W WTA nie ma nic ciekawego, więc zabieram się za myślenie.
Pomysł numer 1: zacznę od zmiany wyglądu dla zyskania czasu. Zamiast mączki beton, a do tego jesienne liście i oczywiście piłeczka tenisowa. Wygląd tytułu też przeszedł lekką metamorfozę, żeby być dopasowanym do reszty. Mam nadzieję, że zmiany się podobają, będę wdzięczna za wszelkie komentarze.
Pomysł numer 2: eeeee... nie mam na razie jednak pomysłu, ale postaram się to jak najszybciej zmienić.
A teraz nie pozostaje mi nic innego jak się pożegnać i opłakiwać łzami wściekłości (jak zwykle przesadzam...) przegraną Djokovica. Bye!
Może zacznę od wytłumaczenia tytułu posta, potem coś sobie sama wytłumaczę, a w następstwie tego wytłumaczę się wszystkim.
Pierwsza część tytułu posta to brak pomysłu na co innego, druga jest moją reakcją na ujrzenie dramatycznego spadku popularności mojego bloga. Tłumaczę to sobie tak, że to przez moje zaniedbanie, a moje zaniedbanie tłumaczę tak, że... no, po prostu szkoła. Teraz jednak wróciłam i właśnie staram się wymyślić coś, co nie będzie zajmować mi dużo czasu, a będzie się fajnie prezentować i pozwoli przywrócić temu blogowi dawną świetność... nie, to trochę z dużo powiedziane... Zamiast świetności niech będą "zadowalające mnie wyniki popularności".
Idąc drogą eliminacji, nie mogę zajmować się opowiadaniami, a tym bardziej opowiadaniami o Jonie. Nie mogę też skupić się na newsach, bo są cokolwiek nudne i popularności mi nie przywrócą. Rysunków nie mam, no chyba że kogoś interesuje "Top Gear"... Ciężko będzie mi wymyślić coś, co będzie się zgadzało z przysłowiem - "i wilk syty, i owca cała", więc teraz biorę się za improwizację.
Na razie trochę newsów: ranking ej-ti-pi - Djoko cały czas liderem, 100 punktów za nim żądny krwi Rafa, za nimi w tyle zostaje Andy, potem Ferrer i Berdych, a potem biedny Federer, który jakimś cudem skoczył w rankingu na 6. pozycję. I właśnie dlatego nie ogarniam tych po... po-jakichś tam rankingów. W WTA nie ma nic ciekawego, więc zabieram się za myślenie.
Pomysł numer 1: zacznę od zmiany wyglądu dla zyskania czasu. Zamiast mączki beton, a do tego jesienne liście i oczywiście piłeczka tenisowa. Wygląd tytułu też przeszedł lekką metamorfozę, żeby być dopasowanym do reszty. Mam nadzieję, że zmiany się podobają, będę wdzięczna za wszelkie komentarze.
Pomysł numer 2: eeeee... nie mam na razie jednak pomysłu, ale postaram się to jak najszybciej zmienić.
A teraz nie pozostaje mi nic innego jak się pożegnać i opłakiwać łzami wściekłości (jak zwykle przesadzam...) przegraną Djokovica. Bye!
poniedziałek, 9 września 2013
Obiecany ciąg dalszy, czyli część czwarta opowiadania "Jon śladami Wielkiego Szlema"
Witam!
Zgodnie z wczorajszą obietnicą zebrałam się w sobie i postanowiłam dokończyć opowiadanie. Jak można sobie wyobrazić, będzie tam dużo zamieszania i zwrotów akcji, a że nie mam nawet ułożonego w głowie planu, to może tu powstać całkiem ciekawa historia. Pierwszym pomysłem było to, że Jon nie poleciał do Nowego Jorku, bo kupując pamiątki przegapił samolot. Nie byłam dla niego jednak aż tak niemiła i dałam mu przynajmniej tę satysfakcję, że cały czas będzie bohaterem mojego opowiadania. Będzie też trochę ilustracji, czyli zdjęć zrobionych mu przez poproszonych o to przypadkowych przechodniów... Wszystko to ukaże się Waszym oczom dosłownie za chwilę.
"Jon śladami Wielkiego Szlema"
Część czwarta - Nowy Jork
Po niezbyt miłym rozstaniu w Londynie udało mi się odzyskać wewnętrzny spokój i harmonię dopiero w połowie drogi do Nowego Jorku. Nie czułam się najlepiej po tym, jak zostawiłam Jona na pastwę losu, ale po zjedzeniu przyzwoitego posiłku w postaci normalnych gołąbków (cały czas nie mogę zapomnieć tych poprzednich!) oprzytomniałam i utwierdziłam się w przekonaniu, że postąpiłam w tej sprawie tak jak trzeba.
W doskonałym humorze doleciałam na miejsce i nie myśląc już wcale o pozostawionym za oceanem "koledze" zabrałam się za zwiedzanie. Oczywiście było wspaniale, zwiedziłam co chciałam i postanowiłam poszukać jakiegoś hotelu na nocleg, żeby następnego dnia dobrze zaplanować wycieczkę do Kentucky Horse Park. Wszystko poszło po mojej myśli, jednak przy śniadaniu dotarła do mnie wiadomość, która zmieniła mój świetny humor na głęboki niepokój. Otóż, dowiedziałam się, że Jon właśnie wylądował w Nowym Jorku i jeśli będę chciała lecieć do Kentucky samolotem, co niestety miałam w planach, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że spotkamy się na lotnisku.
Po śniadaniu zabrałam się za kamuflaż, żeby Jon nie mógł mnie rozpoznać. Zamieniłam okulary na soczewki kontaktowe, dodałam jakiś dziwny makijaż, do tego duży kapelusz, żeby mimo wszystko nie było widać twarzy i wyruszyłam w drogę. Rozważyłam przy okazji dojazd autobusem, ale wydawało mi się to zbyt czasochłonne. Byłam zmuszona skorzystać z samolotu i narazić się na wielką kompromitację, jeśli Jon mnie rozpozna.
Na lotnisku zobaczyłam go kupującego pamiątki. Miałam nadzieję, że mnie nie zauważył i że będę mogła spokojnie kontynuować wycieczkę. Mój plan jednak poległ, kiedy z nudów się zapomniałam i weszłam do sklepiku. Jon stał tam ubrany dość... ekhm... osobliwie, a swoje pamiątki trzymał w torbie z biedronki. "Co za wieśniak!" - pomyślałam i chciałam wyjść, jednak w tym właśnie momencie "wieśniak" mnie rozpoznał i postanowił się ze mną przywitać. Nie odpowiadając oddaliłam się na bezpieczną odległość i udałam się do samolotu.
Podróż do Kentucky odbyła się bez komplikacji, więc udało mi się w końcu odzyskać humor. Od razu wybrałam się na zwiedzanie i w końcu zabieram się za opisywanie przygód Jona, bo troszkę się rozpisałam nie na temat.
Jon skończył kupowanie pamiątek kilka godzin po wylądowaniu. Jak się dowiedziałam, nie miał on żadnego przewodnika i można było łatwo przewidzieć, że ze zwiedzaniem miasta sobie nie poradzi. Zwiedzanie chciał rozpocząć od kortów, ale skończył na błąkaniu się wśród drapaczy chmur. Przechadzał się tam wyraźnie z siebie zadowolony, prezentując wszystkim swój piękny strój.
Ubrany był w neonową koszulkę, założoną tył do przodu i w dodatku z widoczną metką, dzięki której wszyscy wiedzieli, że to piękne ubranie kupił na targu za 5 funtów. Do tego założył spodenki niezmieniane od początku wycieczki, które dodatkowo ubrudził w Londynie podczas jedzenia truskawek. Na domiar złego na nogach miał skarpetki nie od pary i... sandały. Tak wystrojony przemierzał ulice Nowego Jorku, wymachując torbą z Biedronki pełną pamiątek.
Pod wieczór Jonowi udało odnaleźć się korty Flushing Meadows i rozpoczął poszukiwanie gwiazd. Szukał tak cały wieczór i całą noc, dopiero nas ranem zmęczony zasnął na ławeczce. Rano wrócił do stałej roboty i w końcu znalazł - Johna McEnroe'a. Oczywiście zrobił sobie z nim zdjęcie, którego tu nie zamieszczam, bo nie za bardzo widać na nim Jona... Tak to jest, jak się daje aparat komuś, kto ma około 2 metrów wzrostu... Nieważne, po odebraniu kilkudziesięciu autografów dla przyjaciół Jon udał się na dalsze zwiedzanie.
Tymczasem ja bawiłam się świetnie na wyścigach konnych, udało mi się nawet przejechać na jakimś czempionie, którego imienia niestety nie udało mi się zapamiętać. Pamiętam tylko, że po pierwszym upadku już nic nie pamiętałam, ale to szczegół.
Jonowi udało się nadzwyczaj szybko, bo jedynie w cztery godziny, dotrzeć do Statuy Wolności. Nic to, że nic więcej już potem nie zwiedził i musiał wracać do domu, bo przynajmniej ktoś zrobił mu bardzo ładne zdjęcie, które spokojnie może zostać reklamą Biedronki.
Oczywiście zanim Jon dotarł na lotnisko, zostały już wezwane specjalne służby, mające go szukać po całym mieście. Odnalazł się w jakimś sklepiku z pamiątkami, skąd bez prawa do głosu został zabrany prosto do Polski. Jak się okazało po fakcie, torba z pamiątkami została za oceanem i zastraszone przez Jona służby specjalne musiały po nią wrócić.
O mnie nie ma już co pisać, wróciłam spokojnie do kraju, nie napotykając Jona po drodze. Teraz wstawiam właśnie ostatnie zdjęcie, a o szczegóły wyprawy Jona do Nowego Jorku pytajcie jego samego.
Teraz już się żegnam, do zobaczenia w kolejnym poście, bye!
Zgodnie z wczorajszą obietnicą zebrałam się w sobie i postanowiłam dokończyć opowiadanie. Jak można sobie wyobrazić, będzie tam dużo zamieszania i zwrotów akcji, a że nie mam nawet ułożonego w głowie planu, to może tu powstać całkiem ciekawa historia. Pierwszym pomysłem było to, że Jon nie poleciał do Nowego Jorku, bo kupując pamiątki przegapił samolot. Nie byłam dla niego jednak aż tak niemiła i dałam mu przynajmniej tę satysfakcję, że cały czas będzie bohaterem mojego opowiadania. Będzie też trochę ilustracji, czyli zdjęć zrobionych mu przez poproszonych o to przypadkowych przechodniów... Wszystko to ukaże się Waszym oczom dosłownie za chwilę.
"Jon śladami Wielkiego Szlema"
Część czwarta - Nowy Jork
Po niezbyt miłym rozstaniu w Londynie udało mi się odzyskać wewnętrzny spokój i harmonię dopiero w połowie drogi do Nowego Jorku. Nie czułam się najlepiej po tym, jak zostawiłam Jona na pastwę losu, ale po zjedzeniu przyzwoitego posiłku w postaci normalnych gołąbków (cały czas nie mogę zapomnieć tych poprzednich!) oprzytomniałam i utwierdziłam się w przekonaniu, że postąpiłam w tej sprawie tak jak trzeba.
W doskonałym humorze doleciałam na miejsce i nie myśląc już wcale o pozostawionym za oceanem "koledze" zabrałam się za zwiedzanie. Oczywiście było wspaniale, zwiedziłam co chciałam i postanowiłam poszukać jakiegoś hotelu na nocleg, żeby następnego dnia dobrze zaplanować wycieczkę do Kentucky Horse Park. Wszystko poszło po mojej myśli, jednak przy śniadaniu dotarła do mnie wiadomość, która zmieniła mój świetny humor na głęboki niepokój. Otóż, dowiedziałam się, że Jon właśnie wylądował w Nowym Jorku i jeśli będę chciała lecieć do Kentucky samolotem, co niestety miałam w planach, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że spotkamy się na lotnisku.
Po śniadaniu zabrałam się za kamuflaż, żeby Jon nie mógł mnie rozpoznać. Zamieniłam okulary na soczewki kontaktowe, dodałam jakiś dziwny makijaż, do tego duży kapelusz, żeby mimo wszystko nie było widać twarzy i wyruszyłam w drogę. Rozważyłam przy okazji dojazd autobusem, ale wydawało mi się to zbyt czasochłonne. Byłam zmuszona skorzystać z samolotu i narazić się na wielką kompromitację, jeśli Jon mnie rozpozna.
Na lotnisku zobaczyłam go kupującego pamiątki. Miałam nadzieję, że mnie nie zauważył i że będę mogła spokojnie kontynuować wycieczkę. Mój plan jednak poległ, kiedy z nudów się zapomniałam i weszłam do sklepiku. Jon stał tam ubrany dość... ekhm... osobliwie, a swoje pamiątki trzymał w torbie z biedronki. "Co za wieśniak!" - pomyślałam i chciałam wyjść, jednak w tym właśnie momencie "wieśniak" mnie rozpoznał i postanowił się ze mną przywitać. Nie odpowiadając oddaliłam się na bezpieczną odległość i udałam się do samolotu.
Podróż do Kentucky odbyła się bez komplikacji, więc udało mi się w końcu odzyskać humor. Od razu wybrałam się na zwiedzanie i w końcu zabieram się za opisywanie przygód Jona, bo troszkę się rozpisałam nie na temat.
Jon skończył kupowanie pamiątek kilka godzin po wylądowaniu. Jak się dowiedziałam, nie miał on żadnego przewodnika i można było łatwo przewidzieć, że ze zwiedzaniem miasta sobie nie poradzi. Zwiedzanie chciał rozpocząć od kortów, ale skończył na błąkaniu się wśród drapaczy chmur. Przechadzał się tam wyraźnie z siebie zadowolony, prezentując wszystkim swój piękny strój.
Ubrany był w neonową koszulkę, założoną tył do przodu i w dodatku z widoczną metką, dzięki której wszyscy wiedzieli, że to piękne ubranie kupił na targu za 5 funtów. Do tego założył spodenki niezmieniane od początku wycieczki, które dodatkowo ubrudził w Londynie podczas jedzenia truskawek. Na domiar złego na nogach miał skarpetki nie od pary i... sandały. Tak wystrojony przemierzał ulice Nowego Jorku, wymachując torbą z Biedronki pełną pamiątek.
Pod wieczór Jonowi udało odnaleźć się korty Flushing Meadows i rozpoczął poszukiwanie gwiazd. Szukał tak cały wieczór i całą noc, dopiero nas ranem zmęczony zasnął na ławeczce. Rano wrócił do stałej roboty i w końcu znalazł - Johna McEnroe'a. Oczywiście zrobił sobie z nim zdjęcie, którego tu nie zamieszczam, bo nie za bardzo widać na nim Jona... Tak to jest, jak się daje aparat komuś, kto ma około 2 metrów wzrostu... Nieważne, po odebraniu kilkudziesięciu autografów dla przyjaciół Jon udał się na dalsze zwiedzanie.
Tymczasem ja bawiłam się świetnie na wyścigach konnych, udało mi się nawet przejechać na jakimś czempionie, którego imienia niestety nie udało mi się zapamiętać. Pamiętam tylko, że po pierwszym upadku już nic nie pamiętałam, ale to szczegół.
Jonowi udało się nadzwyczaj szybko, bo jedynie w cztery godziny, dotrzeć do Statuy Wolności. Nic to, że nic więcej już potem nie zwiedził i musiał wracać do domu, bo przynajmniej ktoś zrobił mu bardzo ładne zdjęcie, które spokojnie może zostać reklamą Biedronki.
Oczywiście zanim Jon dotarł na lotnisko, zostały już wezwane specjalne służby, mające go szukać po całym mieście. Odnalazł się w jakimś sklepiku z pamiątkami, skąd bez prawa do głosu został zabrany prosto do Polski. Jak się okazało po fakcie, torba z pamiątkami została za oceanem i zastraszone przez Jona służby specjalne musiały po nią wrócić.
O mnie nie ma już co pisać, wróciłam spokojnie do kraju, nie napotykając Jona po drodze. Teraz wstawiam właśnie ostatnie zdjęcie, a o szczegóły wyprawy Jona do Nowego Jorku pytajcie jego samego.
Teraz już się żegnam, do zobaczenia w kolejnym poście, bye!
niedziela, 8 września 2013
Wielki sukces Jona, czyli, innymi słowy, muszę kontynuować opowiadanie.
Witam!
Jak widać po tytule posta, Jon powraca. Zakładam, że są tu jakieś osoby, które chcą się dowiedzieć, jak Jon poradził sobie sam w betonowej dżungli, więc jutro napiszę spóźniony czwarty rozdział opowiadania. Obrazek wymaga jeszcze dopracowania, więc na razie go nie wstawię, a żeby post nie był pusty, to wstawię tak sobie udany rysunek, mający przedstawiać Novaka Djokovica (który nawiasem mówiąc wczoraj wygrał pięciosetowy mecz z Wawrinką).
Rakieta wyszła nawet dobrze... Do zobaczenia, bye!
Jak widać po tytule posta, Jon powraca. Zakładam, że są tu jakieś osoby, które chcą się dowiedzieć, jak Jon poradził sobie sam w betonowej dżungli, więc jutro napiszę spóźniony czwarty rozdział opowiadania. Obrazek wymaga jeszcze dopracowania, więc na razie go nie wstawię, a żeby post nie był pusty, to wstawię tak sobie udany rysunek, mający przedstawiać Novaka Djokovica (który nawiasem mówiąc wczoraj wygrał pięciosetowy mecz z Wawrinką).
Rakieta wyszła nawet dobrze... Do zobaczenia, bye!
poniedziałek, 2 września 2013
"Jon śladami Wielkiego Szlema" - część trzecia
Witam!
Ostatnio zauważyłam mały spadek popularności bloga, troszkę mnie to martwi... Dzisiaj będzie troszkę o <piiiip>, czyli właściwie jedna informacja: Djokovic wygrał. A tak to wracamy do Jona i jego wyprawy, której połowa odbyła się najwyraźniej bez rewelacji, bo komentarzy widzę dość mało... znaczy... Jak określić zero?
Jon śladami Wielkiego Szlema
Część trzecia - Londyn
Jon w Londynie jest jak... nie wiem jak co, bo tego się nie da porównać do niczego. Nie mogliśmy jednak ominąć miasta, które jest kolebką Wielkiego Szlema. To tutaj od sporo ponad 100 lat odbywa się jedyny turniej wielkoszlemowy rozgrywany na trawie, nawiasem mówiąc pierwszej nawierzchni kortów tenisowych. No i poza tym tenisa wymyślili Anglicy, a więc przodkowie dzisiejszych mieszkańców Londynu. Nieprzyjechanie tutaj byłoby więc karygodnym postępkiem, więc żeby nie wyjść na zbrodniarza, musiałam tam Jona zabrać.
Z Paryża do Londynu droga niedaleka, więc nie zdążyłam z tłumaczeniem bardziej zaawansowanych zasad dobrego wychowania. Moje obawy były coraz większe i miałam coraz większą ochotę, żeby wtargnąć do kabiny pilota i kazać mu zawrócić samolot. Niestety mnie tam nie wpuszczono, kiedy już chciałam posunąć się do tej ostateczności.
W końcu wylądowaliśmy i znowu zaczął się pamiątkowy maraton. Nie miałam już siły na odciąganie Jona od sklepiku po bitwie z ochroniarzem, więc cierpliwie czekałam aż mu się znudzi.
Po zakupie większego wózeczka na pamiątki wybraliśmy się wreszcie do miasta. Postanowiliśmy zacząć od kortów i spotkań z ewentualnymi gwiazdami. Z poruszaniem się po Londynie problemów nie było, bo wszystko było napisane w zrozumiałym języku. Bez problemu trafiliśmy do centrum i zaczęliśmy się rozglądać w poszukiwaniu Wimbledonu. Trudno go znaleźć nie było...
Tuż przed nami wznosił się kort centralny, wspaniały i okazały. Oczywiście nie wolno go było zwiedzać, a tym bardziej nie wolno go było zwiedzać Jonowi. To JA mu tego zabroniłam. Z tą satysfakcją oprowadziłam go z miną znawcy po całym kompleksie i opowiedziałam mu o wszystkich kortach, czytając informacje na tabliczkach. Na szczęście się nie zorientował. Podczas połowu gwiazd nie spotkaliśmy nikogo, ale Jonowi przyszło znowu coś głupiego, choć mniej niebezpiecznego, do głowy.
- Tenisowe gwiazdy lubią jeść truskawki ze śmietaną.
- No to chodźmy na te truskawki... - odparłam z rezygnacją i rozejrzałam się za jakimś miejscem, gdzie moglibyśmy rzeczywiście takowe danie spożyć. W końcu znaleźliśmy jakąś restaurację, w której Jon spotkał swojego kolegę z kortu, jakiegoś zawodnika z końca czwartej setki rankingu.
Kiedy kolega sobie poszedł, zamówiliśmy u zniecierpliwionej kelnerki dwie porcje truskawek. Zakładałam, że nie wynikną z tego żadne problemy, ale oczywiście musiałam się mylić. Zakochany w wimbledońskiej potrawie Jon nie miał zamiaru opuszczać restauracji. Trudno, zostawiłam go tak samego z jego pamiątkami i parasolem i poszłam zwiedzać miasto.
Londyn wydawał mi się wspaniały, nawet mimo deszczu, który postanowił jednak padać. Zaczęłam od podstawowych atrakcji, bez wyjątku wszystkich, a przynajmniej tych, o których istnieniu wiedziałam. Przejażdżka czerwonym autobusem bez dachu w czasie ulewy była wprawdzie trochę mokra, ale to tylko dodało jej uroku. Potem kolejna mokra przejażdżka, tym razem na London Eye (niech Jon żałuje, na pewno by mu się podobało), a potem wreszcie sucha metrem. Po aktywnym zwiedzaniu i zakupie pamiątek postanowiłam wrócić po Jona. Było już późno i restauracja była zamknięta, jednak mojego nietowarzyszącego mi towarzysza nie było nigdzie w jej okolicy. Teraz wyniknął prawdziwy problem...
Jon znalazł się dopiero kilka godzin później i kilka ulic dalej. Twierdził, że bał się o mnie i chciał mnie odszukać. Kiedy usłyszałam historię o tym, że prawie potrącił go samochód, postanowiłam go już nigdzie nie zostawiać samego. Żeby się jednak na nim zemścić, opowiedziałam mu całą historię mojej wycieczki, co dało przewidywany przeze mnie wynik. Musieliśmy więc gdzieś przenocować i następnego dnia jeszcze raz zwiedzić całe miasto.
Szczerze mówiąc nie ma co opisywać w tej wycieczce, bo Jon był wyjątkowo grzeczny i nie musiałam się za niego wstydzić, znaczy nie musiałam się wstydzić przez całą wycieczkę nie licząc jej ostatniej części, kiedy Jon nawrzeszczał na kierowcę autobusu, że jedzie po niewłaściwej stronie ulicy. W nagrodę został wyprowadzony przez policję z pojazdu, a ja musiałam niestety wyjść za nim i wytłumaczyć stróżom prawa jego zachowanie. Coż... tłumaczenie mi się nie udało i musieliśmy się udać na komisariat. Uratował nas dopiero szef biura podróży, które organizowało naszą wycieczkę.
Podziękowałam mu i od razu powiedziałam, że nie mam zamiaru kontynuować tej wyprawy jako przewodnik i opiekun Jona. Nie zwracając uwagi na jego prośby pożegnałam się i poszłam na lotnisko, skąd najbliższym samolotem poleciałam do Nowego Jorku, żeby wreszcie móc odbyć wycieczkę według własnego planu.
No i takim dziwnym akcentem kończę kolejną część opowiadania. Historię dokończę jutro, wprawdzie z dwoma dniami przesunięcia, ale to chyba nikomu nie przeszkadza. Na razie się żegnam, bye!
Ostatnio zauważyłam mały spadek popularności bloga, troszkę mnie to martwi... Dzisiaj będzie troszkę o <piiiip>, czyli właściwie jedna informacja: Djokovic wygrał. A tak to wracamy do Jona i jego wyprawy, której połowa odbyła się najwyraźniej bez rewelacji, bo komentarzy widzę dość mało... znaczy... Jak określić zero?
Jon śladami Wielkiego Szlema
Część trzecia - Londyn
Jon w Londynie jest jak... nie wiem jak co, bo tego się nie da porównać do niczego. Nie mogliśmy jednak ominąć miasta, które jest kolebką Wielkiego Szlema. To tutaj od sporo ponad 100 lat odbywa się jedyny turniej wielkoszlemowy rozgrywany na trawie, nawiasem mówiąc pierwszej nawierzchni kortów tenisowych. No i poza tym tenisa wymyślili Anglicy, a więc przodkowie dzisiejszych mieszkańców Londynu. Nieprzyjechanie tutaj byłoby więc karygodnym postępkiem, więc żeby nie wyjść na zbrodniarza, musiałam tam Jona zabrać.
Z Paryża do Londynu droga niedaleka, więc nie zdążyłam z tłumaczeniem bardziej zaawansowanych zasad dobrego wychowania. Moje obawy były coraz większe i miałam coraz większą ochotę, żeby wtargnąć do kabiny pilota i kazać mu zawrócić samolot. Niestety mnie tam nie wpuszczono, kiedy już chciałam posunąć się do tej ostateczności.
W końcu wylądowaliśmy i znowu zaczął się pamiątkowy maraton. Nie miałam już siły na odciąganie Jona od sklepiku po bitwie z ochroniarzem, więc cierpliwie czekałam aż mu się znudzi.
Po zakupie większego wózeczka na pamiątki wybraliśmy się wreszcie do miasta. Postanowiliśmy zacząć od kortów i spotkań z ewentualnymi gwiazdami. Z poruszaniem się po Londynie problemów nie było, bo wszystko było napisane w zrozumiałym języku. Bez problemu trafiliśmy do centrum i zaczęliśmy się rozglądać w poszukiwaniu Wimbledonu. Trudno go znaleźć nie było...
Tuż przed nami wznosił się kort centralny, wspaniały i okazały. Oczywiście nie wolno go było zwiedzać, a tym bardziej nie wolno go było zwiedzać Jonowi. To JA mu tego zabroniłam. Z tą satysfakcją oprowadziłam go z miną znawcy po całym kompleksie i opowiedziałam mu o wszystkich kortach, czytając informacje na tabliczkach. Na szczęście się nie zorientował. Podczas połowu gwiazd nie spotkaliśmy nikogo, ale Jonowi przyszło znowu coś głupiego, choć mniej niebezpiecznego, do głowy.
- Tenisowe gwiazdy lubią jeść truskawki ze śmietaną.
- No to chodźmy na te truskawki... - odparłam z rezygnacją i rozejrzałam się za jakimś miejscem, gdzie moglibyśmy rzeczywiście takowe danie spożyć. W końcu znaleźliśmy jakąś restaurację, w której Jon spotkał swojego kolegę z kortu, jakiegoś zawodnika z końca czwartej setki rankingu.
Kiedy kolega sobie poszedł, zamówiliśmy u zniecierpliwionej kelnerki dwie porcje truskawek. Zakładałam, że nie wynikną z tego żadne problemy, ale oczywiście musiałam się mylić. Zakochany w wimbledońskiej potrawie Jon nie miał zamiaru opuszczać restauracji. Trudno, zostawiłam go tak samego z jego pamiątkami i parasolem i poszłam zwiedzać miasto.
Londyn wydawał mi się wspaniały, nawet mimo deszczu, który postanowił jednak padać. Zaczęłam od podstawowych atrakcji, bez wyjątku wszystkich, a przynajmniej tych, o których istnieniu wiedziałam. Przejażdżka czerwonym autobusem bez dachu w czasie ulewy była wprawdzie trochę mokra, ale to tylko dodało jej uroku. Potem kolejna mokra przejażdżka, tym razem na London Eye (niech Jon żałuje, na pewno by mu się podobało), a potem wreszcie sucha metrem. Po aktywnym zwiedzaniu i zakupie pamiątek postanowiłam wrócić po Jona. Było już późno i restauracja była zamknięta, jednak mojego nietowarzyszącego mi towarzysza nie było nigdzie w jej okolicy. Teraz wyniknął prawdziwy problem...
Jon znalazł się dopiero kilka godzin później i kilka ulic dalej. Twierdził, że bał się o mnie i chciał mnie odszukać. Kiedy usłyszałam historię o tym, że prawie potrącił go samochód, postanowiłam go już nigdzie nie zostawiać samego. Żeby się jednak na nim zemścić, opowiedziałam mu całą historię mojej wycieczki, co dało przewidywany przeze mnie wynik. Musieliśmy więc gdzieś przenocować i następnego dnia jeszcze raz zwiedzić całe miasto.
Szczerze mówiąc nie ma co opisywać w tej wycieczce, bo Jon był wyjątkowo grzeczny i nie musiałam się za niego wstydzić, znaczy nie musiałam się wstydzić przez całą wycieczkę nie licząc jej ostatniej części, kiedy Jon nawrzeszczał na kierowcę autobusu, że jedzie po niewłaściwej stronie ulicy. W nagrodę został wyprowadzony przez policję z pojazdu, a ja musiałam niestety wyjść za nim i wytłumaczyć stróżom prawa jego zachowanie. Coż... tłumaczenie mi się nie udało i musieliśmy się udać na komisariat. Uratował nas dopiero szef biura podróży, które organizowało naszą wycieczkę.
Podziękowałam mu i od razu powiedziałam, że nie mam zamiaru kontynuować tej wyprawy jako przewodnik i opiekun Jona. Nie zwracając uwagi na jego prośby pożegnałam się i poszłam na lotnisko, skąd najbliższym samolotem poleciałam do Nowego Jorku, żeby wreszcie móc odbyć wycieczkę według własnego planu.
No i takim dziwnym akcentem kończę kolejną część opowiadania. Historię dokończę jutro, wprawdzie z dwoma dniami przesunięcia, ale to chyba nikomu nie przeszkadza. Na razie się żegnam, bye!
piątek, 30 sierpnia 2013
"Jon śladami Wielkiego Szlema" - część druga
Witam!
Dzisiaj wreszcie doczekałam się ładnej pogody, co nie zmienia faktu, że siedzę jak zwykle przed komputerem w piżamie i piszę posta. To w te wakacje się nie zmieni. Jednak rok szkolny zbliża się bardzo szybko i powinnam się zająć sprawami organizacyjnymi, czyli jak będzie funkcjonował blog.
Ponieważ cały czas trwa <piiiip>, zapewne będę cały czas o nim pisać, przedstawiać wyniki itp. Wiem, że to nudne, dlatego do pomocy zatrudnię Jona. Najpierw jednak musimy dokończyć wyprawę śladami Szlema, co jak widać po części pierwszej nie jest wcale takie łatwe. Wyszło to tak, że mam z tym zajęcie do końca wakacji. Potem czasu będę mieć zapewne mniej, ale postaram się nie zaniedbywać bloga i pisać posty najczęściej, jak to będzie możliwe. A teraz już wracamy do przygód Jona.
"Jon śladami Wielkiego Szlema"
Część druga - Paryż
Z Australii do Paryża lecieliśmy dłuższą chwilę, więc mogłam dalej wtajemniczać Jona w tajniki dobrego wychowania. Jak na razie byłam bardzo zadowolona, że nie zadaje tylu głupich pytań, jak to on ma w zwyczaju. Wylądowaliśmy oboje szczęśliwi - Jon, bo mógł znowu kupować pamiątki, a ja, że zrozumiał przynajmniej kilka informacji z tego, co mu mówiłam.
Niestety na lotnisku w Paryżu było dość dużo pamiątek, więc spędziliśmy tu dobre kilka godzin. W końcu Jon zauważył, że zabrakło mu pieniędzy i bardzo smutny (nie kupił sobie wszystkiego, czego "potrzebował") poszedł za mną na miasto.
W zwiedzaniu przeszkadzał nam pewien nieprzyjemny fakt - żadne z nas nie znało francuskiego. Trudno było się więc zapytać o cokolwiek, teraz akurat potrzebny nam był bankomat. Najchętniej to bym go nie szukała, bo brak pieniędzy oznaczał brak problemów z pamiątkami. Ale Jon był tak smutny lub tak umiejętnie udawał, że musiałam mu pomóc. W końcu dotarliśmy do centrum i znaleźliśmy bankomat, z którego po naszej wizycie ubyło sporo pieniędzy. No i kolejne zastanowienie: skąd Jon ma tyle kasy? Nie miałam jednak czasu, żeby długo nad tym rozmyślać, bo musiałam pilnować, żeby mój towarzysz nie kupował za dużo pamiątek i nie zgubił się w tłumie.
Po zakupieniu kolejnej tony pamiątek i wózeczka, na którym musieliśmy je przewozić, postanowiliśmy coś zjeść. Zasiedliśmy przy stoliku w jakiejś luksusowej restauracji i przyjrzeliśmy się menu. Nie dość, że w karcie było mało dań, to w dodatku nie mieli kotletów, a to jest prawdziwa zbrodnia. Zrezygnowani sprawdziliśmy wszystkie luksusowe restauracje i w końcu zjedliśmy najmniej wykwintne dania spośród wszystkich, których nazwy byliśmy w stanie przetłumaczyć: pieczeń z kaczki i gołąbki w sosie własnym. Jak się okazało, przez gołąbki Francuzi rozumieją co innego, bo podano nam upieczone ptaki. Jon widząc moją minę poświęcił się i wymienił się ze mną swoją kaczką. Trochę to nie w jego stylu, ale bardzo mnie to ucieszyło.
Zjedliśmy w końcu obiad i wybraliśmy się na zwiedzanie. Pierwsze w planie były oczywiście korty Rolanda Garrosa. Cóż tu dużo mówić - wyglądają przepięknie. Zrobiliśmy sobie zdjęcia i tradycyjnie szukaliśmy gwiazd. Nie trafiliśmy tym razem na nikogo, więc poszliśmy dalej.
Obawiałam się trochę przed zabraniem Jona do Luwru, ale zostawić go samego w tak wielkim i niebezpiecznym mieście było jeszcze gorzej. Zwiedzanie muzeum szło nam jednak nawet przyjemnie, dopóki nie dotarliśmy do perły w koronie - "Mona Lisy". Miałam nadzieję, że Jon nie będzie jej chciał dotknąć... Stało się jednak coś gorszego. Odezwał się:
- Dlaczego ona się tak głupio uśmiecha? Trochę jak Federer...
"Jak on może porównywać największe dzieło Leonarda do Federera?!" - pomyślałam, ale odpowiedziałam mu spokojnie:
- Jak się nie znasz, to się nie wypowiadaj.
Dalsze zwiedzanie udało nam się dokończyć bez większych konfliktów, choć Jon był na mnie wyraźnie obrażony. Miałam nadzieję, że mu przejdzie, bo nie chciałam go przepraszać za nic. To on powinien mnie przeprosić za obrazę mojego mistrza.
Atmosfera rozluźniła się trochę przed Wieżą Eiffla i udało nam się nawet poprosić jakiegoś Francuza o zrobienie nam zdjęcia. Było miło, ale kolejna dziwna sytuacja przydarzyła się przy Łuku Triumfalnym.
- Czy ten łuk to został wzniesiony dla Rafy Nadala za to, że wygrał 8 razy French Open?
Pytanie było tak dziwne, że nie byłam na nie w stanie odpowiedzieć w pierwszej chwili. W końcu powstrzymałam wybuch śmiechu i odpowiedziałam mu długo i wyczerpująco:
- Nie.
Właściwie to nie chciało nam się już zwiedzać nic więcej, więc zaczęliśmy się szykować do podboju Londynu. Zanim jednak zorientowaliśmy się, że nasze bagaże zostały na lotnisku, spotkaliśmy gwiazdę. I to jaką! Oto tuż obok nas, tak niewyobrażalnie blisko, stała sobie jak gdyby nigdy nic Serena Williams. Nie trudno chyba zgadnąć, jak na to zareagował Jon. Serena jednak nie miała tyle cierpliwości co Hewitt i połowa przyjaciół Jona została bez autografów. W tym też, bo jak się okazało, mój towarzysz podróży rozróżnia tylko przyjaciół i wrogów. Sprawa zatrważającej liczby przyjaciół rozwiązała się sama. Tylko ja naprawdę nie chciałam być jego przyjacielem!
W końcu dotarliśmy na lotnisko i zrozumieliśmy, że o czymś żeśmy zapomnieli. Na szczęście zarząd lotniska był tak miły i przechował nasze walizki, ale ich zdobycie nie było wcale takie łatwe. Po długich negocjacjach, że ja to ja, a Jon to Jon, odzyskaliśmy swoje rzeczy i mogliśmy w spokoju czekać na samolot. Wtedy stało się coś dziwnego: Jon usiadł spokojnie na ławce i nawet nie myślał o kupowaniu pamiątek! Nic na to nie powiedziałam i dałam sobie z nim spokój, bo miałam już dość tych wszystkich zaskakujących rzeczy jak na jeden dzień.
Po godzinie takiego siedzenia zrozumiałam, jak wspaniale zajmującą czas czynnością było kupowanie pamiątek. Ponieważ samolot się spóźniał, w końcu udałam się sklepiku i zrobiłam małe zakupy. Po kolejnych dwóch godzinach podszedł do nas jakiś Francuz i próbował nam coś powiedzieć... Byliśmy bardzo ciekawi co, ale niestety nie mogliśmy go zrozumieć. Dopiero oficjalny i logiczny, bo powiedziany po angielsku, komunikat uświadomił nam, że nasz samolot już przyleciał. No i polecieliśmy.
A teraz już się żegnam, bye!
Dzisiaj wreszcie doczekałam się ładnej pogody, co nie zmienia faktu, że siedzę jak zwykle przed komputerem w piżamie i piszę posta. To w te wakacje się nie zmieni. Jednak rok szkolny zbliża się bardzo szybko i powinnam się zająć sprawami organizacyjnymi, czyli jak będzie funkcjonował blog.
Ponieważ cały czas trwa <piiiip>, zapewne będę cały czas o nim pisać, przedstawiać wyniki itp. Wiem, że to nudne, dlatego do pomocy zatrudnię Jona. Najpierw jednak musimy dokończyć wyprawę śladami Szlema, co jak widać po części pierwszej nie jest wcale takie łatwe. Wyszło to tak, że mam z tym zajęcie do końca wakacji. Potem czasu będę mieć zapewne mniej, ale postaram się nie zaniedbywać bloga i pisać posty najczęściej, jak to będzie możliwe. A teraz już wracamy do przygód Jona.
"Jon śladami Wielkiego Szlema"
Część druga - Paryż
Z Australii do Paryża lecieliśmy dłuższą chwilę, więc mogłam dalej wtajemniczać Jona w tajniki dobrego wychowania. Jak na razie byłam bardzo zadowolona, że nie zadaje tylu głupich pytań, jak to on ma w zwyczaju. Wylądowaliśmy oboje szczęśliwi - Jon, bo mógł znowu kupować pamiątki, a ja, że zrozumiał przynajmniej kilka informacji z tego, co mu mówiłam.
Niestety na lotnisku w Paryżu było dość dużo pamiątek, więc spędziliśmy tu dobre kilka godzin. W końcu Jon zauważył, że zabrakło mu pieniędzy i bardzo smutny (nie kupił sobie wszystkiego, czego "potrzebował") poszedł za mną na miasto.
W zwiedzaniu przeszkadzał nam pewien nieprzyjemny fakt - żadne z nas nie znało francuskiego. Trudno było się więc zapytać o cokolwiek, teraz akurat potrzebny nam był bankomat. Najchętniej to bym go nie szukała, bo brak pieniędzy oznaczał brak problemów z pamiątkami. Ale Jon był tak smutny lub tak umiejętnie udawał, że musiałam mu pomóc. W końcu dotarliśmy do centrum i znaleźliśmy bankomat, z którego po naszej wizycie ubyło sporo pieniędzy. No i kolejne zastanowienie: skąd Jon ma tyle kasy? Nie miałam jednak czasu, żeby długo nad tym rozmyślać, bo musiałam pilnować, żeby mój towarzysz nie kupował za dużo pamiątek i nie zgubił się w tłumie.
Po zakupieniu kolejnej tony pamiątek i wózeczka, na którym musieliśmy je przewozić, postanowiliśmy coś zjeść. Zasiedliśmy przy stoliku w jakiejś luksusowej restauracji i przyjrzeliśmy się menu. Nie dość, że w karcie było mało dań, to w dodatku nie mieli kotletów, a to jest prawdziwa zbrodnia. Zrezygnowani sprawdziliśmy wszystkie luksusowe restauracje i w końcu zjedliśmy najmniej wykwintne dania spośród wszystkich, których nazwy byliśmy w stanie przetłumaczyć: pieczeń z kaczki i gołąbki w sosie własnym. Jak się okazało, przez gołąbki Francuzi rozumieją co innego, bo podano nam upieczone ptaki. Jon widząc moją minę poświęcił się i wymienił się ze mną swoją kaczką. Trochę to nie w jego stylu, ale bardzo mnie to ucieszyło.
Zjedliśmy w końcu obiad i wybraliśmy się na zwiedzanie. Pierwsze w planie były oczywiście korty Rolanda Garrosa. Cóż tu dużo mówić - wyglądają przepięknie. Zrobiliśmy sobie zdjęcia i tradycyjnie szukaliśmy gwiazd. Nie trafiliśmy tym razem na nikogo, więc poszliśmy dalej.
Obawiałam się trochę przed zabraniem Jona do Luwru, ale zostawić go samego w tak wielkim i niebezpiecznym mieście było jeszcze gorzej. Zwiedzanie muzeum szło nam jednak nawet przyjemnie, dopóki nie dotarliśmy do perły w koronie - "Mona Lisy". Miałam nadzieję, że Jon nie będzie jej chciał dotknąć... Stało się jednak coś gorszego. Odezwał się:
- Dlaczego ona się tak głupio uśmiecha? Trochę jak Federer...
"Jak on może porównywać największe dzieło Leonarda do Federera?!" - pomyślałam, ale odpowiedziałam mu spokojnie:
- Jak się nie znasz, to się nie wypowiadaj.
Dalsze zwiedzanie udało nam się dokończyć bez większych konfliktów, choć Jon był na mnie wyraźnie obrażony. Miałam nadzieję, że mu przejdzie, bo nie chciałam go przepraszać za nic. To on powinien mnie przeprosić za obrazę mojego mistrza.
Atmosfera rozluźniła się trochę przed Wieżą Eiffla i udało nam się nawet poprosić jakiegoś Francuza o zrobienie nam zdjęcia. Było miło, ale kolejna dziwna sytuacja przydarzyła się przy Łuku Triumfalnym.
- Czy ten łuk to został wzniesiony dla Rafy Nadala za to, że wygrał 8 razy French Open?
Pytanie było tak dziwne, że nie byłam na nie w stanie odpowiedzieć w pierwszej chwili. W końcu powstrzymałam wybuch śmiechu i odpowiedziałam mu długo i wyczerpująco:
- Nie.
Właściwie to nie chciało nam się już zwiedzać nic więcej, więc zaczęliśmy się szykować do podboju Londynu. Zanim jednak zorientowaliśmy się, że nasze bagaże zostały na lotnisku, spotkaliśmy gwiazdę. I to jaką! Oto tuż obok nas, tak niewyobrażalnie blisko, stała sobie jak gdyby nigdy nic Serena Williams. Nie trudno chyba zgadnąć, jak na to zareagował Jon. Serena jednak nie miała tyle cierpliwości co Hewitt i połowa przyjaciół Jona została bez autografów. W tym też, bo jak się okazało, mój towarzysz podróży rozróżnia tylko przyjaciół i wrogów. Sprawa zatrważającej liczby przyjaciół rozwiązała się sama. Tylko ja naprawdę nie chciałam być jego przyjacielem!
W końcu dotarliśmy na lotnisko i zrozumieliśmy, że o czymś żeśmy zapomnieli. Na szczęście zarząd lotniska był tak miły i przechował nasze walizki, ale ich zdobycie nie było wcale takie łatwe. Po długich negocjacjach, że ja to ja, a Jon to Jon, odzyskaliśmy swoje rzeczy i mogliśmy w spokoju czekać na samolot. Wtedy stało się coś dziwnego: Jon usiadł spokojnie na ławce i nawet nie myślał o kupowaniu pamiątek! Nic na to nie powiedziałam i dałam sobie z nim spokój, bo miałam już dość tych wszystkich zaskakujących rzeczy jak na jeden dzień.
Po godzinie takiego siedzenia zrozumiałam, jak wspaniale zajmującą czas czynnością było kupowanie pamiątek. Ponieważ samolot się spóźniał, w końcu udałam się sklepiku i zrobiłam małe zakupy. Po kolejnych dwóch godzinach podszedł do nas jakiś Francuz i próbował nam coś powiedzieć... Byliśmy bardzo ciekawi co, ale niestety nie mogliśmy go zrozumieć. Dopiero oficjalny i logiczny, bo powiedziany po angielsku, komunikat uświadomił nam, że nasz samolot już przyleciał. No i polecieliśmy.
A teraz już się żegnam, bye!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



















