piątek, 30 sierpnia 2013
"Jon śladami Wielkiego Szlema" - część druga
Dzisiaj wreszcie doczekałam się ładnej pogody, co nie zmienia faktu, że siedzę jak zwykle przed komputerem w piżamie i piszę posta. To w te wakacje się nie zmieni. Jednak rok szkolny zbliża się bardzo szybko i powinnam się zająć sprawami organizacyjnymi, czyli jak będzie funkcjonował blog.
Ponieważ cały czas trwa <piiiip>, zapewne będę cały czas o nim pisać, przedstawiać wyniki itp. Wiem, że to nudne, dlatego do pomocy zatrudnię Jona. Najpierw jednak musimy dokończyć wyprawę śladami Szlema, co jak widać po części pierwszej nie jest wcale takie łatwe. Wyszło to tak, że mam z tym zajęcie do końca wakacji. Potem czasu będę mieć zapewne mniej, ale postaram się nie zaniedbywać bloga i pisać posty najczęściej, jak to będzie możliwe. A teraz już wracamy do przygód Jona.
"Jon śladami Wielkiego Szlema"
Część druga - Paryż
Z Australii do Paryża lecieliśmy dłuższą chwilę, więc mogłam dalej wtajemniczać Jona w tajniki dobrego wychowania. Jak na razie byłam bardzo zadowolona, że nie zadaje tylu głupich pytań, jak to on ma w zwyczaju. Wylądowaliśmy oboje szczęśliwi - Jon, bo mógł znowu kupować pamiątki, a ja, że zrozumiał przynajmniej kilka informacji z tego, co mu mówiłam.
Niestety na lotnisku w Paryżu było dość dużo pamiątek, więc spędziliśmy tu dobre kilka godzin. W końcu Jon zauważył, że zabrakło mu pieniędzy i bardzo smutny (nie kupił sobie wszystkiego, czego "potrzebował") poszedł za mną na miasto.
W zwiedzaniu przeszkadzał nam pewien nieprzyjemny fakt - żadne z nas nie znało francuskiego. Trudno było się więc zapytać o cokolwiek, teraz akurat potrzebny nam był bankomat. Najchętniej to bym go nie szukała, bo brak pieniędzy oznaczał brak problemów z pamiątkami. Ale Jon był tak smutny lub tak umiejętnie udawał, że musiałam mu pomóc. W końcu dotarliśmy do centrum i znaleźliśmy bankomat, z którego po naszej wizycie ubyło sporo pieniędzy. No i kolejne zastanowienie: skąd Jon ma tyle kasy? Nie miałam jednak czasu, żeby długo nad tym rozmyślać, bo musiałam pilnować, żeby mój towarzysz nie kupował za dużo pamiątek i nie zgubił się w tłumie.
Po zakupieniu kolejnej tony pamiątek i wózeczka, na którym musieliśmy je przewozić, postanowiliśmy coś zjeść. Zasiedliśmy przy stoliku w jakiejś luksusowej restauracji i przyjrzeliśmy się menu. Nie dość, że w karcie było mało dań, to w dodatku nie mieli kotletów, a to jest prawdziwa zbrodnia. Zrezygnowani sprawdziliśmy wszystkie luksusowe restauracje i w końcu zjedliśmy najmniej wykwintne dania spośród wszystkich, których nazwy byliśmy w stanie przetłumaczyć: pieczeń z kaczki i gołąbki w sosie własnym. Jak się okazało, przez gołąbki Francuzi rozumieją co innego, bo podano nam upieczone ptaki. Jon widząc moją minę poświęcił się i wymienił się ze mną swoją kaczką. Trochę to nie w jego stylu, ale bardzo mnie to ucieszyło.
Zjedliśmy w końcu obiad i wybraliśmy się na zwiedzanie. Pierwsze w planie były oczywiście korty Rolanda Garrosa. Cóż tu dużo mówić - wyglądają przepięknie. Zrobiliśmy sobie zdjęcia i tradycyjnie szukaliśmy gwiazd. Nie trafiliśmy tym razem na nikogo, więc poszliśmy dalej.
Obawiałam się trochę przed zabraniem Jona do Luwru, ale zostawić go samego w tak wielkim i niebezpiecznym mieście było jeszcze gorzej. Zwiedzanie muzeum szło nam jednak nawet przyjemnie, dopóki nie dotarliśmy do perły w koronie - "Mona Lisy". Miałam nadzieję, że Jon nie będzie jej chciał dotknąć... Stało się jednak coś gorszego. Odezwał się:
- Dlaczego ona się tak głupio uśmiecha? Trochę jak Federer...
"Jak on może porównywać największe dzieło Leonarda do Federera?!" - pomyślałam, ale odpowiedziałam mu spokojnie:
- Jak się nie znasz, to się nie wypowiadaj.
Dalsze zwiedzanie udało nam się dokończyć bez większych konfliktów, choć Jon był na mnie wyraźnie obrażony. Miałam nadzieję, że mu przejdzie, bo nie chciałam go przepraszać za nic. To on powinien mnie przeprosić za obrazę mojego mistrza.
Atmosfera rozluźniła się trochę przed Wieżą Eiffla i udało nam się nawet poprosić jakiegoś Francuza o zrobienie nam zdjęcia. Było miło, ale kolejna dziwna sytuacja przydarzyła się przy Łuku Triumfalnym.
- Czy ten łuk to został wzniesiony dla Rafy Nadala za to, że wygrał 8 razy French Open?
Pytanie było tak dziwne, że nie byłam na nie w stanie odpowiedzieć w pierwszej chwili. W końcu powstrzymałam wybuch śmiechu i odpowiedziałam mu długo i wyczerpująco:
- Nie.
Właściwie to nie chciało nam się już zwiedzać nic więcej, więc zaczęliśmy się szykować do podboju Londynu. Zanim jednak zorientowaliśmy się, że nasze bagaże zostały na lotnisku, spotkaliśmy gwiazdę. I to jaką! Oto tuż obok nas, tak niewyobrażalnie blisko, stała sobie jak gdyby nigdy nic Serena Williams. Nie trudno chyba zgadnąć, jak na to zareagował Jon. Serena jednak nie miała tyle cierpliwości co Hewitt i połowa przyjaciół Jona została bez autografów. W tym też, bo jak się okazało, mój towarzysz podróży rozróżnia tylko przyjaciół i wrogów. Sprawa zatrważającej liczby przyjaciół rozwiązała się sama. Tylko ja naprawdę nie chciałam być jego przyjacielem!
W końcu dotarliśmy na lotnisko i zrozumieliśmy, że o czymś żeśmy zapomnieli. Na szczęście zarząd lotniska był tak miły i przechował nasze walizki, ale ich zdobycie nie było wcale takie łatwe. Po długich negocjacjach, że ja to ja, a Jon to Jon, odzyskaliśmy swoje rzeczy i mogliśmy w spokoju czekać na samolot. Wtedy stało się coś dziwnego: Jon usiadł spokojnie na ławce i nawet nie myślał o kupowaniu pamiątek! Nic na to nie powiedziałam i dałam sobie z nim spokój, bo miałam już dość tych wszystkich zaskakujących rzeczy jak na jeden dzień.
Po godzinie takiego siedzenia zrozumiałam, jak wspaniale zajmującą czas czynnością było kupowanie pamiątek. Ponieważ samolot się spóźniał, w końcu udałam się sklepiku i zrobiłam małe zakupy. Po kolejnych dwóch godzinach podszedł do nas jakiś Francuz i próbował nam coś powiedzieć... Byliśmy bardzo ciekawi co, ale niestety nie mogliśmy go zrozumieć. Dopiero oficjalny i logiczny, bo powiedziany po angielsku, komunikat uświadomił nam, że nasz samolot już przyleciał. No i polecieliśmy.
A teraz już się żegnam, bye!
czwartek, 29 sierpnia 2013
Jon śladami Wielkiego Szlema
Post tworzę głównie z nudów, ale też dlatego, żeby nie stracić zapału do jego stworzenia. Mamy jeszcze wakacje, więc tworzę teraz opowiadanie na 4 posty, które opowiadać będzie o wakacyjnej wyprawie Jona. Jak można się domyślić, nie będzie to zwykła wycieczka. Jaka ona będzie, sama jeszcze nie wiem, ale się dowiem i wszyscy też się dowiedzą. Dość wstępów, czas wreszcie zacząć pisać.
Jon śladami Wielkiego Szlema
Część pierwsza - Australia
Jon jako stworzenie ciekawe świata zawsze chciał wybierać się w różne podróże. Mnie to cokolwiek zdziwiło, bo jakoś trudno mi było wyobrazić go sobie w muzeum, spokojnie oglądającego dzieła sztuki. Ponieważ nikt nie odważyłby się wysłać go samego, musieliśmy zatrudnić przewodnika, a że nikt nie chciał podjąć się tego wyzwania, padło na mnie.
Zaczęła się bardzo ekscytująca, ale też i bardziej niebezpieczna niż wyprawa do dzikiej Afryki, wycieczka w moim życiu. Miałam i tak sporo szczęścia, że Jon wiedział czym jest samolot i nie musiałam mu tego tłumaczyć. Od samego początku musiałam mu jednak wdrażać zasady dobrego wychowania, o których ewidentnie słyszał po raz pierwszy w życiu. Na szczęście do Australii chwilę się leci, więc przez całą drogę udało mi się wytłumaczyć mu przynajmniej podstawowe kwestie. O dziwo bardzo grzecznie mnie słuchał i stosował się do wszystkiego, co mu mówiłam. Chyba odczuwa do mnie pewien respekt, co jest oczywiście bardzo przydatne i dało mi nadzieję na miłą wycieczkę.
Na nadziei jednak się skończyło. Kiedy tylko wysiedliśmy z samolotu, Jon zaczął kupować pamiątki. Nie mogłam mu tego zabronić, a że wszędzie musiałam za nim chodzić, to sama też coś sobie kupiłam. W końcu udało mi się go odciągnąć od sklepiku na lotnisku i udaliśmy się na zwiedzanie. Znajdowaliśmy się w Sydney, jego jednak nie obchodziła tutaj nawet opera, więc musieliśmy jechać dalej.
Do Melbourne jechaliśmy po australijskich bezdrożach jakimś zdezelowanym jeepem. Wszystko poszłoby idealnie gdyby Jon nie zobaczył kangura, na którym bardzo chciał się przejechać. Zanim zdążyłam mu wytłumaczyć, że to niebezpieczne, on już dosiadł swego wierzchowca. Popędziliśmy za nim jeepem, żeby zebrać z tej pustyni jego zwłoki, kiedy już spadnie z tego kangura i dostanie od niego z kopa. Szczerze mówiąc miałam nawet cichą nadzieję, że tak się stanie i będę go miała z głowy.
No i oczywiście tak się nie stało, Jon cały i zdrowy dojechał na kangurze do miasta. Tam go zatrzymał, poklepał jak konia i puścił wolno. Westchnęłam, niekoniecznie z ulgą, podziękowałam kierowcy jeepa i pobiegłam za Jonem, który już pędził w stronę kortów.
Kompleks kortów Melbourne Park wyglądał doprawdy imponująco i oboje byliśmy nim zachwyceni. Zrobiliśmy sobie zdjęcia przy pomniku Roda Lavera, sprawdziliśmy, czy nie ma tu jakichś gwiazd tenisa, a potem poszliśmy dalej zwiedzać miasto... znaczy ja chciałam iść, ale Jon już niekoniecznie. Musiał oczywiście zakupić pamiątki (miniaturki wszystkich kortów, a co!) i jeszcze raz przyjrzeć się każdemu człowiekowi z bliska, żeby zobaczyć, czy nie jest przypadkiem Federerem. Na moje nieszczęście spotkaliśmy jednego z australijskich tenisistów, Lleytona Hewitta. Jon poprosił go o autografy dla siebie i swoich przyjaciół i wreszcie mogliśmy sobie iść. Chwila... Przyjaciół?
Dalej zwiedzałam miasto cały czas zastanawiając się, jak można być przyjacielem Jona. Ja z nim ledwo wytrzymuję teraz, a jak oni mogą z nim wytrzymać całe życie? Z zamyślenia wyrwał mnie oczywiście Jon, który znowu zaczął kupować pamiątki. Postanowiłam mu wytłumaczyć, że musi oszczędzać pieniądze, bo mu nie starczy na dalsze wycieczki. Jaką miłą niespodzianką było to, że mnie posłuchał!
Po zwiedzeniu Melbourne wybraliśmy się do dzikiej części Australii, czego bardzo się obawiałam. Oczywiście nie chodziło mi o kangury i psy dingo, ale o Jona, który pewnie chętnie by jeszcze na nich pojeździł. Z pomocą naszego kierowcy dokładnie go przypięłam do fotela. Może się nie odepnie...
Jechaliśmy spokojnie naszym jeepem, widoki okolicy były wspaniałe. Pomagałam Jonowi liczyć kangury z nadzieją, że to go odwiedzie od pomysłu dalszych przejażdżek. No i się udało, ale w tym momencie wjechaliśmy w las, gdzie kangurów już nie było. Były za to misie koala, które Jon bardzo chciał pogłaskać. Nie wyglądały groźnie, więc się zgodziłam i bardzo tego pożałowałam, kiedy jeden z miśków w geście obrony chciał odgryźć mojemu towarzyszowi palec.
Dalsza droga obyła się bez zbędnych przygód i dojechaliśmy na zaciszną polankę, na której mieliśmy nocować. Z tego co pamiętam, zamawialiśmy prestiżowy hotel, ale moje obawy zniknęły, kiedy zobaczyłam Jona z zapałem rozbijającego namiot.
Następnego dnia wyruszyliśmy w dalszą podróż i wróciliśmy do liczenia kangurów. Wreszcie dotarliśmy do góry Kościuszki, na którą oczywiście nie wypadałoby się nie wdrapać, zwłaszcza kiedy w ekipie był Jon. Widok z jeepa nie mógł się równać z widokiem ze szczytu, który zrekompensował nam trudy wejścia na górę. Zrobiliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy do samochodu. Ponownie przypięliśmy Jona do fotela i wyruszyliśmy na lotnisko, skąd mieliśmy polecieć do Paryża.
Na lotnisku miałam powtórkę z rozrywki, Jon najwyraźniej zapomniał o tym, co mu mówiłam w Melbourne. Trudno, to jego pieniądze. W końcu odciągnęłam go od sklepiku za włosy, bo nasz samolot zbierał się już do odlotu. Wsiedliśmy w ostatniej chwili i lecieliśmy ku kolejnej wielkiej i męczącej przygodzie.
No i to już tyle na dziś, jutro ciąg dalszy przygód Jona. Na razie się żegnam, bye!
No i o czym by tu napisać...
Jak głosi tytuł, nie mam o czym pisać. Pewnie wiele czytających to osób powie, że mogłam po prostu nie tworzyć nowego posta, ale to nie w moim stylu. I tak jest lepiej niż kiedyś, kiedy tworzyłam po trzy posty dziennie...
Dzisiaj nie będzie nic w temacie <piiiip>, miał być za to rozdział dziesiąty. Tylko... nie mam pojęcia, o czym on może być. Temat jest już chyba wyczerpany, no bo co jeszcze można napisać o tenisie? Jeśli jest ktoś, kto ma jakiś pomysł lub chce, żebym mu coś jeszcze wytłumaczyła, to niech to napisze w komentarzu. Zaczynam więc rozdział dziesiąty: "Wszystko, co chcecie wiedzieć i o czym jeszcze nie napisałam"
Rozdział dziesiąty - Wszystko, co chcecie wiedzieć i o czym jeszcze nie napisałam
Zacznijmy od wielkoszlemowych ciekawostek, to zawsze jest fajne. Postaram się jak najmniej korzystać z wyszukiwarki i pisać to, co wiem. W opowiadaniu pomoże mi Jon.
- Przyjechałem do Londynu na Wimbledon. Wszyscy jedzą tutaj truskawki! Czy to jest normalne? - jak widać, Wimbledon nie musi kojarzyć się tylko z trawą i Federerem, dla niektórych może on być smakiem truskawek ze śmietaną. Jest to podstawowa potrawa tego turnieju, co roku zjada się ich... dużo.
- W pierwszym meczu wyszedłem na kort w swojej ulubionej koszulce w kwiaty i zostałem z niego wyrzucony. Dlaczego? - drogi nieogarnięty tenisisto Jonie, na korty Wimbledonu zawodnicy muszą wychodzić ubrani na biało, taka już jest ta angielska elegancja. Nawet Federer został upomniany za grę w butach z pomarańczową podeszwą. Przegrał już w pierwszym meczu po zmianie obuwia.
- Jeden z moich meczów podczas US Open został przerwany z powodu deszczu. Dlaczego nie mogli by tam zrobić dachu? - po pierwsze: nie wolno używać nazwy tego turnieju, dziwne, że tego nie wiesz... Po drugie: nie licz na to, że będziesz grał na korcie z dachem. Zadaszony ma być kort centralny, prace zakończą się w 2017 roku. Najpierw Amerykanie wymyślili jednak kilka wymówek, żeby tego dachu nie zrobić. Było coś o tym, że kort jest za duży (w końcu to największy kort na świecie), potem że podłoże, na którym zbudowane są korty, to uniemożliwia, a teraz w końcu się wzięli i mają ten dach zbudować, choć kosztować ich to będzie kilka miliardów dolarów, jeśli dobrze pamiętam.
- Dlaczego korty Rolanda Garrosa są nazwane imieniem Rolanda Garrosa, skoro nie był on tenisistą? - Bóg jeden wie. I Francuzi.
- Kim byli ci wszyscy tenisiści, których nazwiskami nazywane są korty? - jak to kim? Tenisistami. Ale opiszę ich trochę dokładniej, bo tylko jedną tenisistkę opisałam w rozdziale gwiazdom tenisa poświęconym. Napiszę więc trochę o każdym z kortów i jego patronie.
- Rod Laver Arena - kort centralny Melbourne Park, posiada rozsuwany dach (na co komu w Australii dach?!) i 14 820 miejsc. Rod Laver to wielki australijski tenisista, zwycięzca 11 turniejów wielkoszlemowych, nic dziwnego, że nawet postawili przed kortem jego pomnik.
- Margaret Court Arena - trzeci co do wielkości kort w Melbourne Park, nosi nazwisko jednej z najlepszych tenisistek w historii, pisałam o niej kilka rozdziałów wcześniej.
- Kort Philippe Chatrier'a - kort główny w kompleksie kortów im. Rolanda Garrosa, sam Chatrier był nie tyle co dobrym zawodnikiem, ale działaczem tenisowym, starał się o podniesienie prestiżu French Open i z tym głównie kojarzone jest jego nazwisko.
- Kort Suzanne Lenglen - drugi co do wielkości kort w kompleksie RG. Suzanne Lenglen to legenda francuskiego tenisa, na korcie grała w czasach naszej Jadwigi Jędrzejowkiej, czyli przed II wojną światową. Wygrała 6 turniejów Rolanda Garrosa i 6 Wimbledonów.
- USTA Billie Jean King National Tennis Centre - tak nazywa się kompleks kortów, na których rozgrywa się <piiiip>. Billie Jean King jest oczywiście wielką gwiazdą amerykańskiego tenisa, zwyciężczyni 12 turniejów wielkoszlemowych w singlu i jeszcze iluś tam w deblu i mikście.
- Arthur Ashe Stadium - kort centralny USTA BJKNTC (musiałam to skrócić xd), nazwany imieniem kolejnej amerykańskiej gwiazdy, która wygrała wprawdzie tylko 3 turnieje wielkoszlemowe w singlu i 2 w deblu, ale co tam...
- O korcie Louisa Armstronga pisać nie będę, bo jakoś średnio mi się zdaje, żeby on był tenisistą.
Dzisiaj ponownie dziękuję Jonowi i już się żegnam, bye!
środa, 28 sierpnia 2013
Żeby nie było, że w każdym tytule jest "US Open"... No nie, znowu tego użyłam!
Dzisiaj postaram się jak najmniej poruszyć temat US Op... <piiiip> Dzisiaj postaram się jak najmniej poruszyć temat pewnego turnieju, którego nazwa z powodu wielu nadużyć została ocenzurowana. Napiszę to szybko: Janowicz przegrał, Kubot przegrał, Przysiężny przegrał, Federer wygrał, Djokovic wygrał, Azarenka wygrała. No to tyle w temacie <piiiip>, czas na... uwaga, uwaga... rozdział dziewiąty!
Rozdział dziewiąty - "Nie oganiam tego, czyli dziwne tenisowe pojęcia"
Wiemy już, jakie są zagrania, rakiety i ubrania, teraz czas wyjaśnić wszystko inne, czego jeszcze nie wyjaśniałam. Zaczynamy od pojęcia określającego US... znaczy: <piiiip>, Wimbledon, RG i AO, czyli Wielkiego Szlema.
1. Wielki Szlem - w tenisie to 4 prestiżowe turnieje: Australian Open (odbywający się w lutym), French Open (odbywający się na przełomie maja i czerwca), Wimbledon (odbywający się w lipcu) oraz <piiiip> (odbywający się teraz, czyli na przełomie sierpnia i września). Turnieje te mają swoje odmienne od innych zasady, o których zaraz dokładnie opowiem.
- Wygrałem już 2 sety. Dlaczego sędzia nie zaliczył mi wygranego meczu? - w turniejach Wielkiego Szlema panowie grają do trzech wygranych setów. Oznacza to, że mogą rozgrywać nawet pięć partii, w tym ostatnia jest wyjątkowa, ale o tym w następnym punkcie. Zasada 3 wygranych setów nie dotyczy pań, ale u nich decydujący set też jest wyjątkowy.
- Gramy decydującego seta. Jest 6:6 w gemach, ale nie ma tie-break'a. Co jest? - decydujący set na Wielkim Szlemie jest bardzo wyjątkowy. Jak widać w opisanej sytuacji, nie ma tutaj tie-breaków. Zawodnicy muszą więc grać według zasady dwóch gemów przewagi, co doprowadziło już do wielu długich meczów, chociażby najdłuższy mecz w historii, o którym pisałam kilka rozdziałów wcześniej. Uwaga: wyjątkiem od zasady "5. set bez tie-break'a" jest <piiiip>, gdzie w decydujących setach rozgrywa się maksymalnie 13 gemów.
- Odpadłem w pierwszej rundzie. Czy spadnę w rankingu? - jeżeli co roku odpadasz w pierwszej rundzie, to nic ci się nie stanie, bo punktów w rankingu będziesz mieć tyle co przed turniejem. Jeśli zajdziesz wyżej - masz ich więcej do obrony i jeżeli rok później odpadniesz w pierwszej rundzie, to trochę stracisz. Choć szczerze mówią twoje osiągi nikogo nie obchodzą. Na ten przykład, taki Federer nie może sobie na coś takiego pozwolić, co pokazał na Wimbledonie, spadając na 5. pozycję w rankingu po odpadnięciu w drugiej rundzie, nie broniąc punktów, które otrzymał za finał rok wcześniej. Może jest to trudne do wytłumaczenia, dlatego trochę niżej zamieszczę notkę o obronie punktów z turniejów.
- Ile punktów dostanę za udział w kwalifikacjach, a ile jeśli je przejdę? - jak już wspominałam, wymyślony przeze mnie zawodniku, twoja kariera nikogo tu nie obchodzi. Nie wiem, ile punktów dostaniesz za kwalifikacje, wiem za to, ile dostaniesz za pierwszą rundę i ile dostanie twój pogromca za rundy kolejne. Za rundę pierwszą - marne 10 punktów, za rundę drugą - 45 punktów, za trzecią - 90, za czwartą - 180, jeżeli twój pogromca nie jest zawodnikiem z pierwszej dziesiątki, to zapewne tutaj już nie dojdzie, ale na wszelki wypadek napiszę, więc za ćwierćfinał - 360 punktów, za półfinał - 720, za udział w finale - 1200, za wygranie turnieju - 2000.
- Powiedzmy, że w sezonie 2012 nasz tenisista debiutuje, czyli nie ma jeszcze żadnych punktów w turniejach, a brał wtedy udział we wszystkich turniejach, które liczą się do punktacji rankingu (4 Szlemy, 8 ATP Masters 1000, 4 najlepsze wyniki w ATP 500 i 2 najlepsze wyniki z turniejów ATP 250, Chellengerów lub Futures Series) i osiągnął następujące wyniki w przeliczeniu na punkty:
- trzecia runda w 4 z turniejów ATP Masters 1000 (360 punktów), w pozostałych 4 runda druga (180 punktów). Razem mamy 540 punktów.
- finał turnieju ATP 500 (300 punktów), 3 pozostałe to ćwierćfinały (270 punktów). Razem: 570 punktów.
- jeden wygrany turniej ATP 250 i jeden półfinał takiegoż turnieju. Razem wychodzi 275 punktów.
- Ogółem nasz tenisista zarobił w tym sezonie 1880 punktów. No, z tenisowej niezdary zrobiłam przyszłą gwiazdę!
- W kolejnym sezonie nasz pan tenisista miał jednak przestój formy i osiągi miał już gorsze. Oto wykaz, ile punktów stracił, a ile zyskał.
- trzy trzecie rundy w turniejach ATP Masters 1000, 5 drugich rund. Stracił 45 punktów za jeden turniej, w którym osiągnął niższy wynik.
- 4 ćwierćfinały turniejów ATP 500, stracił 270 punktów, bo w poprzednim sezonie był raz w finale.
- tutaj tak samo, więc wychodzi na zero.
- z moich obliczeń wynika, że nasz pan przyszła gwiazda z nierówną formą, którą mogły wywołać środki dopingujące, na początku sezonu 2014 będzie miał 1180 punktów, przez sporą stratę z tego sezonu.
- Ogólnie to zasada rankingów WTA i ATP wygląda tak: ranking aktualizuje się co tydzień i zlicza punkty z ostatnich 52 tygodni i wymienionych turniejów. Wynik opisany przeze mnie jest możliwy tylko po odbyciu się wszystkich turniejów i zliczeniu punktów z całego sezonu. Nowy sezon zawodnik rozpoczyna z liczbą punktów zarobioną w poprzednim, które zliczane są w osobnym rankingu mającym później wyłonić 8 uczestników turnieju Barclays ATP World Tour Finals.
- Co muszę zrobić, żeby zdobyć Kalendarzowego Wielkiego Szlema? - Kalendarzowy Szlem to wygranie wszystkich 4 turniejów wielkoszlemowych z jednym sezonie. Ty raczej nie jesteś tego w stanie zrobić, mój drogi wymyślony tenisisto.
- A Niekalendarzowy Wielki Szlem? Cóż to znowu jest? - to wygranie 4 turniejów wielkoszlemowych po kolei, ale niekoniecznie w jednym sezonie. Możesz na przykład w tym sezonie wygrać Wimbledon i <piiiip>, a w następnym sezonie AO i RG.
- Karierowy Wielki Szlem... Może on jest łatwiejszy do zdobycia? - zdecydowanie, bo wystarczy, że przynajmniej raz wygrasz każdy turniej wielkoszlemowy podczas swojej kariery. Nie ogranicza cię nic oprócz ciebie samego, bo musisz zmieścić się w czasie, kiedy jesteś zawodowym tenisistą.
- Złoty Wielki Szlem... Czy to już wszystko? - wydaje mi się, że tak, to już koniec tych Szlemów. Złoty Wielki Szlem to wygranie czterech turniejów wielkoszlemowych w jednym sezonie + zdobycie przy tym złotego medalu olimpijskiego. Jeżeli się nie mylę, ma on też wersję niekalendarzową i karierową.
Dzisiaj kieruję szczególne podziękowania do mojego wymyślonego tenisisty, Jona, za to, że robił z siebie idiotę przez cały rozdział. Kłaniam się nisko.
No i to tyle na dziś, do zobaczenia jutro czy tam kiedyś. Bye!
wtorek, 27 sierpnia 2013
Nareszcie US Open!
Jak widać po tytule, jestem teraz bardzo szczęśliwa, ponieważ wreszcie mogę sobie pooglądać trochę tenisa na poziomie.
Wczoraj piękny mecz Venus Williams z Kirsten Flipkens, wygrany przez piękną amerykańską gwiazdę w pięknym stylu, wśród wielu pięknych wymian, zakończonych pięknym uderzeniem lub piękną akcją przy siatce, które często wygrywała też już trochę mniej piękna Flipkens. Mecz zakończył się wynikiem 6:1, 6:2, co wcale nie oddaje jego prawdziwego przebiegu, bo obie tenisistki zażarcie walczyły o każdy punkt, stąd i długości gemów: 10 - 15 minut.
Inny mecz, który zachwycał (szczerze mówią nie wiem czemu) wszystkich kibiców to spotkanie Rafy Nadala z Ryanem Harrisonem. Kilka ładnych zagrań Hiszpana było, to fakt. Ale to przecież w jego meczach jest normalne, zwłaszcza kiedy jest w formie, jak teraz.
Mecz Agnieszki Radwańskiej z Silvią Soler-Espinosą nie przyniósł żadnej niespodzianki, po wyniku 6:1, 6:2 (jak u Williams i Flipkens) wydawać się może, że Polka nie miała trudności. Właściwie tak było, choć Hiszpanka walczyła dzielnie o wygrane wymiany. W ślady siostry kilka godzin później poszła Urszula Radwańska, wygrywając z Iriną-Camelią Begu również gładko - 6:1, 6:3.
Jeśli mówimy już o tenisistkach, które poszły w ślady starszych sióstr, to warto też wspomnieć o Serenie Williams, która sprawiła porządne lanie Francesce Schiavone, wygrywając z nią 6:0, 6:1. Jakoś nie spodziewałam się innego wyniku, no ewentualnie "rowerku".
Poza wymienionymi przeze mnie meczami odbyło się jeszcze kilka innych, oto ich wyniki (wygrany wymieniany jest pierwszy):
Ferrer - Kyrgios (7:5, 6:3, 6:2)
Dancevic - Haase (7:6, 3:6, 7:5, 7:6)
Tomic - Ramos (6:3, 3:6, 4:6, 7:6, 6:3)
Bautista - Belluci (6:3, 6:2, 6:2)
Robredo - Matosevic (6:3, 6:7, 6:3, 6:2)
Davydenko - Williams (6:3, 4:6, 1:6, 7:5, 6:0)
Gasquet - Russell (6:3, 6:4, 6:2)
Evans - Nishikori (6:4, 6:4, 6:2)
Dodig - Verdasco (6:3, 7:5, 1:6, 4:6, 6:3)
...
Nie chce mi się dalej pisać, nawet dla mnie jest to nudne, jeśli kogoś interesują wyniki, to na oficjalnej stronie US Open ma ich pod dostatkiem. Myślę, że plan na dziś jest ważniejszy. Otóż, dzisiaj na korcie zobaczymy trochę gwiazd: Djokovica, Federera, Azarenkę... A do tego resztę Polaków, czyli Janowicza, Kubota i Przysiężnego. Nie sądzę, żeby ich mecze były transmitowane w telewizji, ale wyniki można śledzić na żywo na wcześniej wspomnianej stronie US Open lub w jej mobilnej wersji na tablety i smartfony.
Post robi się trochę długi i nudny, ale chyba wszystkich ucieszy fakt, że powraca nieopublikowana publikacja. Znalazłam wreszcie pomysł na rozdział, to jest: "jak dokładnie gra się w tenisa, czyli rodzaje uderzeń".
Rozdział ósmy (tak?) - Jak dokładnie gra się w tenisa, czyli rodzaje uderzeń
No więc zacznijmy od tego, o czym pisałam w rozdziale pierwszym. Napisałam tam, że trzeba przebijać piłeczkę na drugą stronę siatki. Dzisiaj rozwinę trochę ten temat i opiszę, w jaki sposób należy tę piłkę przebijać.
- Forhand - chyba najprostsze z uderzeń, potrzebujemy do niego tylko jednej ręki, a wygląda ono tak, jak na rysunku poniżej. Żeby uderzenie zostało uznane za forhand, piłka musi się najpierw odbić o ziemi.
- Backhand - drugie z podstawowych uderzeń, ale już trochę trudniejsze. Można użyć do niego jednej ręki (jak np. Federer) lub dwóch rąk, co jest bardziej popularne i wykorzystywane na co dzień przez... wszystkich oprócz Federera (i jeszcze kilku innych, ale to już szczegół). Zasada taka sama jak przy forhandzie - piłka najpierw musi odbić się od kortu. Uderzenie pokazane jest na obrazku poniżej.
- Smecz - uderzenie już mniej typowe, najczęściej potrzebna jest do tego jedna ręka, ewentualnie dwie, a chodzi po prostu na uderzenie znad głowy. Chyba łatwo to sobie wyobrazić, ale i tak pod opisem będzie rysunek. Do tego chyba warto wspomnieć, że piłka nie musi odbić się od kortu. Smecze najczęściej są wykonywane z połowy kortu i są mocnymi uderzeniami, które mają zwalić przeciwnika z nóg, lub obroną przed lobem, czyli piłką która ma lecieć tak wysoko, żeby przeciwnik jej nie dosięgnął. Czasem jednak dosięga i wtedy właśnie mamy do czynienia za smeczem.
- Voley - to akurat łatwo opisać, bo to uderzenie w piłkę, która nie odbiła się od kortu. Voley może więc być z forhandu, backhandu czy nawet ze smeczu, a może to być coś, co przedstawiłam na obrazku poniżej.
- Hot-dog - to ostatnie zagranie, które tu opiszę. Został on wymyślony przez Federera, a praktykowany jest głównie przez Rafę Nadala i Agnieszkę Radwańską. Uderzenie to polega na tym, że zawodnik staje tyłem do siatki i odbija piłkę między nogami. Przydają się tu długie i szczupłe nogi... A wracając do samego zagrania, pokazane jest na rysunku poniżej.
No a teraz się już żegnam, widzimy się w następnym poście. Bye!
niedziela, 25 sierpnia 2013
3, 2, 1... US Open! Z Agnieszką Radwańską na wstępie...
Witam!
Jak widać po tytule, mecz otwarcia na korcie Arthura Ashe zagra Agnieszka Radwańska. Jej przeciwniczką będzie niejaka Silvia Stoler-Espinosa, Hiszpanka, numer 69 rankingu WTA. Jutro zobaczymy też na korcie drugą z sióstr Radwańskich, Urszulę, na korcie numer 9. Pewne jest też, że mecz Agnieszki będzie można obejrzeć w telewizji. W transmisji poniedziałkowej za dużo gwiazd jednak nie będzie, może jeszcze obie siostry Williams i... i to by było na tyle. Nie wiem za bardzo, jak zilustrować to wydarzenie, więc narysuję coś innego. Tylko naprawdę nie mam pojęcia co... Blog jest co prawda tenisowy, ale jakiś konik chyba nie zaszkodzi... Albo już wiem! Narysuję siebie lub jakieś inne stworzenie do mnie podobne. Poprzednie zdanie jest już (oczywiście) nieaktualne, bo nie chciało mi się rysować. W zamian zdjęcie obrobione w miarę możliwości z pomocą podstawowego wyposażenia mojego telefonu. Nie ma wątpliwości, że jestem na nim ja, bo w Xperii nie ma photoshopa. Do tego niezgrabnie zrobiony mój znak firmowy - piłeczka tenisowa. Przykro mi, że musicie oglądać tak dziwne stworzenie jak ja, ale nic innego nie mam do pokazania, zwłaszcza w pamięci telefonu. Za dużo tego pisania, więc może wreszcie wstawię tu to zdjęcie.
sobota, 24 sierpnia 2013
Wielkie odliczanie do US Open?
Dzisiaj tworzę posta bez żadnego przygotowania, bez newsów... a nie, jednak mamy coś zabawnego: Rafa Nadal będzie zawodowo grać w pokera. On i "poker face"? Życzę powodzenia w grze, kiedy będzie pokazywać wszystkie swoje emocje i pocić się jeszcze bardziej niż na korcie... Jeszce lepszy news: Wojciech Fibak trenerem Novaka Djokovica! Na czas US Open (może i dłużej, kto to wie?) były polski tenisista będzie wspomagał Novaka. Mam nadzieję, że Fibak pomoże mu w powrocie do formy. No to teraz czas na obrazki!
piątek, 23 sierpnia 2013
Post nr 21 i spóźniony tort z okazji opublikowania 20.
Obiecywałam tort - tort będzie. Poza tym jeszcze jakaś niespodzianka i może jeszcze jedna... Dobra, już się ogarniam i po prostu zajmę się tematem.
Wczoraj odbyło się losowanie drabinek na US Open. Djokovic nie ma na swojej drodze Federera, Ferrera ani Nadala, ma za to Murraya i Del Potro, z którym zmierzy się już półfinale (o ile do niego dojdzie, ha, ha). W tej samej drabince znajduje się też Łukasz Kubot. Jego losowanie nie jest zbyt przyjemne, jeżeli pokona Nieminena w pierwszej rundzie i Dimitrova w drugiej, to w trzeciej ma już Djokovica. W drugiej ćwiartce tej części drabinki znajduje się Michał Przysiężny, który na wstępie ma już trudnego przeciwnika - Julien Bennetau, rozstawionego z numerem 31. Istnieje jednak opcja polskiego półfinału, jednak chyba nie warto w to wierzyć. Jerzy Janowicz znajduje się w ćwiartce razem z Davidem Ferrerem, z którym może się spotkać w 4 rundzie. W ewentualnym półfinale może liczyć na Nadala lub Federera, którzy (biedni!) znowu spotkają się w ćwierćfinale. Pierwszym przeciwnikiem Janowicza będzie jakiś kwalifikant, na razie nie wiadomo jaki. W drugiej rundzie może trafić na Jack'a Sock'a, w trzeciej najpewniej na Janka Tipsarevica. W ćwierćfinale czeka na niego Gasquet, którego już zdarzyło mu się pokonać. Finał z Kubotem lub Przysiężnym? XD
W drabince kobiet to co zwykle: Serena Williams z bardzo łatwym losowaniem, z Agnieszką Radwańską w półfinale włącznie, o ile Isia tam dojdzie, bo po drodze czekają ją: Na Li i Sabine Lisicki. Losowanie Azarenki lepsze być nie mogło, bo w półfinale spotka się z Sarą Errani, która dzięki Sharapovej jest rozstawiona z numerem 4. W ćwierćfinale Victoria spotka się zapewne z Petrą Kvitovą, a Sara z Caroline Woźniacki. Jednakże ze wszystkich Polek najgorsze losowanie ma Ula Radwańska: już w drugiej rundzie może trafić na Sloane Stephens, a w ewentualnej czwartej rundzie czeka na nią Serena. Możliwy jest za to ćwierćfinał sióstr Williams, co byłoby na pewno bardzo ciekawym wydarzeniem.
czwartek, 22 sierpnia 2013
Post nr 20
Jak widać w tytule, postów mamy już 20. Należy to jakoś uczcić, choć szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak. Może jakiś specjalny obrazek? Na pytanie odpowiedzieć muszę sama, więc mówię: tak, obrazek to świetny pomysł. Teraz zabiorę się do roboty, żeby nie gadać dalej sama ze sobą.
Obrazek przedstawia rozkład sił na tegoroczną edycję US Open. Przy okazji mam newsa: Maria Sharapova (jednak nie Sugarpova) nie wystąpi w turnieju! Powodem jest kontuzja i może też brak trenera. Spowodowało to, że Agnieszka Radwańska rozstawiona będzie z numerem 3.
A teraz już się żegnam i pozdrawiam, do napisania!
środa, 21 sierpnia 2013
Dzisiaj trochę zabawnie...
To niezbyt miło, jak nie widzę żadnych komentarzy w poprzednich postach... No ale ja oczywiście nikogo do niczego nie zmuszam. Prosiłam już kiedyś o obserwację wszystkich stałych czytelników i komentatorów, teraz Wam to ułatwiłam dodając pewien gadżet, zwany fachowo "Obserwatorzy". Możecie go znaleźć po prawej i z niego skorzystać. Będę bardzo wdzięczna.
Wracamy jednak do newsów. Maria Sharapova chce zmienić nazwisko na czas US Open. Przez cały czas trwania turnieju chce nazywać się Sugarpova, w ramach promocji swoich słodyczy. Zdziwiło mnie to cokolwiek, to wielkie reklamowe poświęcenie z jej strony... Ekhm... XD No dobra, teraz coś ciekawszego... Właściwie to nie mam tu co napisać! Trudno, wspomogę się innymi obrazkami.
Obrazek jednak jest jeden, bo mam jeszcze inny w planach. I tak nikt tu nie wchodzi i nie komentuje, więc nie mam się co wysilać. A teraz już się żegnam i pozdrawiam.
wtorek, 20 sierpnia 2013
US Open tuż, ale newsów mało
Tak jak głosi tytuł, newsów za bardzo nie ma. Jest to cokolwiek denerwujące, bo nie mogę zaspokoić swoich potrzeb tworzenia głupich obrazków. Co do aktualności, to: Janowicz rozstawiony z numerem 14 w Nowym Jorku. Wiemy także, że w turnieju nie wystąpi Tsonga z powodu kontuzji, a Djokovic mimo trwających od... ho, ho (znaczy: bardzo dawna) niepowodzeń rozstawiony jest z jedynką. Losowanie drabinek odbędzie się w czwartek, miejmy nadzieję, że będzie korzystne dla Polaków i Novaka. Poza tym zaktualizował się wreszcie ranking i zobaczyłam coś niezbyt miłego, mianowicie Nadal jest tylko o jeden turniej Wielkiego Szlema za Djokovicem... Patrząc na formę obu panów przewiduję zmianę lidera rankingu. No to chyba tyle informacji, czas na obrazki, niezwiązane jednak z newsami.
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
400 wyświetleń!
Kilka dni temu chwaliłam się liczbą 300 wyświetleń. Teraz spotkała mnie kolejna miła niespodzianka w formie kolejnej setki. Bardzo dziękuję za wszystkie wejścia i proszę o jeszcze więcej, może do Nowego Roku zdążymy z tysiącem.
Razem z tą miłą informacją przynoszę też trochę newsów. Pierwszy to ogromne zmiany w rankingu ATP. W rankingu WTA nie ma nic ciekawego, pierwsza czwórka ta sama, w drugiej dziesiątce awans Jeleny Jankovic... Wszystko można zresztą zobaczyć tutaj. Coś bardziej zaskakującego: przegrana Sereny Williams w finale turnieju w Cincinnati. Victorii Azarence udało się ją pokonać dopiero... nie, tutaj bardziej pasuje "już"... No więc Victorii udało się to już trzeci raz. Teraz czas na obrazki.
niedziela, 18 sierpnia 2013
Kolejna porcja newsów!
Dzisiaj dawka dość smutnych wiadomości, między innymi o Federerze. Może i jakoś specjalnie go nie lubię, ale żal mi się go robi, kiedy słyszę o jego spadku w rankingu na 7 miejsce w rankingu. Podobno gra teraz świetnie, ale widocznie dla bezdusznej matematyki rankingu ATP to nie ma żadnego znaczenia. Kolejny smutny... ekhm... raczej denerwujący (delikatnie mówiąc) news to przegrana Djokovica. Kiedyś faktycznie było to dla mnie smutne, ale teraz mnie to niewyobrażalnie złości, kiedy nie chce mu się grać i prezentuje najwyżej 10% swoich możliwości, nawet w ważnych meczach. Teraz coś bardziej wesołego. Sharapova wywaliła trenera po pierwszym meczu... Dzień wcześniej byli przyjaciółmi... Czas na obrazki!
piątek, 16 sierpnia 2013
Guten Morgen + chwilowa przerwa z publikacją ze względu na brak weny
Troszkę długi ten tytuł posta (i tak go skróciłam, bo nie napisałam "nieopublikowaną publikacją"), ale przynajmniej szybko przedstawił jego sens. Fakt, że "Guten Morgen" też nie jest tam specjalnie potrzebne... No nieważne, ważne jest to, co napisałam po plusie. Nie mam już pomysłów na rozdziały, więc do odwołania będę zadręczać Was tenisowymi aktualnościami... spokojnie, jeszcze macie światełko nadziei, może nie będzie tak źle, jeśli powiem, że... da-da-da-da-dam... przedstawię je w formie swoich obrazków! Może nie jest to najlepszy sposób, ale patrząc na komentarze myślę, że nie będziecie mieć nic przeciwko. Zaczynamy!
Marion Bartoli zakończyła karierę! Nie powiem, mocno mnie to zdziwiło, ale przynajmniej dobrze uzasadniła decyzję.
Tymczasem z decyzją nieuzasadnioną mamy do czynienia w sprawie Marii Sharapovej i jej trenerów. Najpierw nagle zakończyła współpracę z Hogstedtem, teraz odpadła już w drugiej rundzie turnieju w Cincinnati, a bardzo wychwala swojego nowego trenera, Jimmiego Connorsa. Moim zdaniem coś jest z nią nie tak...
Roger Federer ostatnimi czasy nie może się ustatkować. Zmiany rakiet, kontuzje, łatwe przegrane z nisko notowanymi zawodnikami - to wszystko do niego niepodobne, ale jednak prawdziwe. Głównym powodem niepowodzenia może być rzeczywiście nowa rakieta, której Roger nie mógł okiełznać. Teraz mamy okazję widzieć efekty zmiany powrotnej na starą, 90-calową. Oto jutro około 1:00 w nocy czeka nas kolejny klasyk Federer vs. Nadal.
A teraz już się żegnam i jak zwykle zapraszam do czytania. Pozdrawiam!
P.S.
Teraz już dobrze widzę, ile osób regularnie wchodzi na tego bloga, z czego jednak tylko jedna jest obserwatorem. Tutaj zwracam się z gorącą prośbą do pozostałych dwóch (i wszystkich innych, które tu kiedykolwiek trafią) o zadeklarowanie się w gronie obserwatorów "Tenisowa".
czwartek, 15 sierpnia 2013
Kontynuacja rozdziału siódmego (?)
W Krakowie darowałam sobie posty, nie miałam zresztą na to czasu. Czas spędziłam miło, zwłaszcza teraz polecam wybranie się na rynek, nie tylko w celu pogłaskania koników, ale też pochodzenia po stoiskach z różnymi rzeczami, typu niepowtarzalne ceramiczne naczynia czy biżuteria artystyczna. Ostrzeżenie: należy zabrać ze sobą dużo kasy, jeśli chce się kupić wszystko, co się nam spodoba. Dla nielubiących hałasu i tłumów ludzi są różnego rodzaju parki, właściwie w każdym można się świetnie bawić. No ale dość już o Krakowie, bo rekordy WTA same się nie napiszą. Tak jak w poprzednim przypadku napiszę tylko te mniej oczywiste i dodam coś od siebie.
- rekordy WTA
- Najmłodsza zwyciężczyni turnieju Wielkiego Szlema: wiek 16 lat - Martina Hingis. Jakoś szczególnie mnie to nie dziwi, wystarczy poczytać kilka postów wcześniej... Ale dla pocieszenia dodam, że niektóre tenisistki były niewiele od niej starsze, kiedy zdobywały swoje pierwsze tytuły. Najbardziej ciekawi mnie, czy miała na tyle siły, żeby podnieść puchar...
- Najszybszy serwis: 207 km/h - rekord należy do Venus Williams i jest cokolwiek imponujący, teraz jednak trochę trudno w to uwierzyć, patrząc na dawną gwiazdę chowającą się w cieniu niewiele znaczących zawodniczek. Ponieważ lubię i szanuję Venus, nie będę jej serwisu porównywać z koniem z silnikiem odrzutowym, niedługo (niestety) wystarczy sam koń bez silnika...
- Najlepiej zarabiająca tenisistka - nie ma dokładnych informacji, ale i tak jest to Serena Williams. Zakładam, że będzie to już około 45 milionów, zresztą tak jak u Federera trudno to policzyć. Różnica jest tylko taka, że ona kariery nie zakończy, kiedy jej o tym powiem, prędzej wyląduję w więzieniu lub zapłacę jej drugie tyle odszkodowania za jej obrazę.
No to by było tyle na dziś, do napisania jutro. Pozdrawiam!
wtorek, 13 sierpnia 2013
300 wyświetleń!
Dzisiaj przybywam z kilkoma wiadomościami, raczej nie powinny być bardzo złe. Pierwsza to tytułowe 300 wyświetleń, za które bardzo wszystkim dziękuję. Kolejna jest taka, że znowu wyjeżdżam - tym razem do Krakowa. Mam zamiar jednak być nieugięta i dalej pisać posty, tym razem z obrazkami pastelowymi, ale będę musiała chyba troszkę odejść od tematu mojej nieopublikowanej publikacji, bo wszyscy będą się na mnie trochę dziwnie patrzeć, kiedy zacznę rysować jakieś dziwactwa... Dzisiaj przedstawię jeszcze rozdział ósmy, czyli "tenisowe rekordy i ciekawostki z głupimi komentarzami z mojej strony".
Rozdział ósmy - tenisowe rekordy i ciekawostki z głupimi komentarzami z mojej strony
- Rekordy ATP
- Najdłuższy mecz: John Isner vs. Nicolas Mahut - odbył się podczas Wimbledonu 2010, trwał 3 dni (ponad 11 godzin gry) i zakończył się wynikiem 6:4, 3:6, 7:6 (7), 6:7 (3), 70:68. Poprzedni rekord wynosił marne 112 gemów i właściwie nie ma o nim co wspominać. Z tego co pamiętam, miałam dodawać głupie komentarze... Hmm... Dwa lata później na RG pan Isner zabierał się do pobicia rekordu, niestety jego przeciwnik nie miał podobnych zamiarów i zakończył mecz 18:16 w piątym secie.
- Najszybszy serwis: 251 km/h - z tą prędkością zaserwowało już paru tenisistów, jako pierwszy Chorwat Marin Cilic, a oprócz niego na przykład nasz Jerzy Janowicz. Wikipedia jako Wikipedia mówi zupełnie co innego - najszybszy serwis wynosi 263 km/h i został ustanowiony przez jakiegoś Australijczyka podczas chalengera w Korei Południowej... Taaa... Najszybszy koń biegł podobno 78 km/h, wystarczy dodać dwójkę z przodu i będzie więcej.
- Najwięcej asów w całym meczu: 113 - rekord należy do zwycięzcy najdłuższego meczu w historii i został właśnie w tym meczu ustanowiony. Drugie miejsce (103) należy do przegranego w tym meczu i również w tym meczu zostało osiągnięte. Co do głupiego komentarza... Konie asów nie serwują, ale teoretycznie są w stanie nad takim Isnerem przeskoczyć... Więc on może im najwyżej podskoczyć.
- Teraz tylko te rekordy, które mi się podobają, czyli zarobione pieniądze w sezonie: 12 619 803$ - rekord należący do Novaka Djokovica, stanowiony w 2011 roku, drugie miejsce zajmuje Rafa Nadal, który zarobił ponad 2 miliony mniej, potem z podobnym wynikiem Federer i... znowu Djokovic. I wszystko by było fajnie, ale niestety nie jest, bo kolejne dwa miejsca zajmuje znowu Federer... Wiadomość do pana Rogera: weź pan już przestań bić te rekordy, bo już się na to patrzeć nie da!
- Najwięcej zwycięstw w jednym turnieju wielkoszlemowym: 8 - tyle turniejów Rolanda Garrosa wygrał Rafael Nadal, najwyraźniej zadowolony, że był w czymś lepszy od Federera. Życzymy panu Rafie dalszych sukcesów i kupienia sobie wygodnych spodenek, których nie będzie musiał co chwilę poprawiać.
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Który to już rozdział?
Piękna dziś pogoda, zachęcająca do wyjścia na pole (tłumaczenie dla warszawian: na dwór), ale wychodzić mi się na razie nie chce. Może potem na spacerek do sklepu plastycznego z zamiarem kupienia przyzwoitych suchych pasteli, jak sobie rano obiecywałam... Albo nie pójdę i dalej będę sobie słuchać Bon Jovi... No nieważne, na razie spróbuję skonstruować kolejny rozdział (siódmy, nieprawdaż?) pod tytułem... da-da-da-dam... "w czym grać w tenisa".
Rozdział siódmy - w czym grać w tenisa?
Gra w tenisa, jak każdy inny sport, wymaga odpowiedniego stroju. Osobiście takich ubrań nie noszę, natomiast mniej więcej wiem, jak tenisista powinien wyglądać. Postaram się go nie pomylić z jeźdźcem, który powinien nosić na zawody toczek, marynarkę, białe bryczesy i oficerki... (tutaj wstawiam grafikę)
Obrazek ma pouczyć wszystkich jeźdźców, żeby dla dobra Wimbledonu nie opuszczali parkurów i czworoboków.
Jak więc powinien ubierać się tenisista i jaką firmę powinien wybrać, żeby nie wyglądać jak ktoś ubrany w worek po ziemniakach?
- Jak ubrać się na kort - krok po kroku. (dla pań)
- Założyć bieliznę (najlepiej specjalnie przeznaczoną do tenisa)
- Przywdziać sukienkę przeznaczoną specjalnie do gry, mała czarna na korcie się nie sprawdzi
- Założyć buty, prędzej adidasy niż tenisówki, które z tenisem nic wspólnego nie mają
- Związać włosy, jeśli są długie, lepiej żeby nie zaplątały się w rakietę
- Jako dodatki dobrze sprawdzą się tu frotki i opaska na włosy, które mają pomóc w ocieraniu potu z czoła, modne są też daszki
- Jak ubrać się na kort - krok po kroku (dla panów)
- Założyć bieliznę (wygodną, żeby sobie jej ciągle nie poprawiać, jak np. pan Nadal)
- Przywdziać koszulkę, może niekoniecznie profesjonalną, jeśli nie gra się profesjonalnie
- Naciągnąć na swe zgrabne nogi spodenki/szorty/cokolwiek, byle nie rajstopy, dżinsy czy spodnie od garnituru
- Założyć odpowiednie obuwie, jak wspominałam - nie tenisówki
- Dodatki jak u pań - opaska i frotki, może być też czapka z daszkiem
- Jaka firma nie produkuje worków na ziemniaki?
- Nike - firma znana i godna zaufania, jej największymi gwiazdami są Maria Sharapova, Serena Williams, Roger Federer oraz Rafael Nadal, do tego możemy dorzucić jeszcze Victorię Azarenkę i wystarczy, wszystkich nie chce mi się wymieniać
- Adidas - firma również znana i lubiana, jej gwiazdy... Andy Murray, Caroline Woźniacki... tak mało? Jeszcze mogę dorzucić Andreę Petkovic, Jo-Wilfrieda Tsongę i... Jerzego Janowicza!
- Lotto - szczerze mówiąc bardziej kojarzy mi się to z loterią, w której wygrywa się miliony, ale takie ciuchy rzeczywiście istnieją, a noszą je m.in. siostry Radwańskie, Marion Bartoli i David Ferrer
- Lacoste - może kojarzyć się z czymś ekskluzywnym i francuskim, ale na korcie najwyżej z tym drugim, bo niezbyt ładne stroje tej firmy noszą właściwie tylko Francuzi, chociażby Richard Gasquet, Benoit Paire itd., wyjątki ubierają się u Adidasa
- Asics - już mniej znana firma, ale jeszcze da się znaleźć przykłady, czyli Samantę Stosur i Gaela Monfilsa. Szczerze mówiąc więcej przykładów nie jestem w stanie wyszukać.
- Wilson - firma już przeze mnie opisywana przy rakietach, okazuje się jednak, że ubrania też produkują, a (jedynym) przykładem jest Philip Kohlshreiber
- Yonex - firma, o której zapomniałam wymieniając firmy rakiet (jak i nie wspomniałam o Dunlopie, którego rakiet już teraz prawie nikt nie używa, mam dziwne wrażenie, że wszyscy przeszli na Heada), ale to właściwie nic straconego, bo rakietami tej firmy nie gra za dużo zawodników, z czołówki jedynie Caroline Woźniacki i Stanislas Wawrinka, z czego ten drugi nosi również ciuchy Yonexa
- Zastanawia Was pewnie, jakie stroje przywdziewa na swe wyrzeźbione przez Michała Anioła ciało (wiem, że przesadzam) Novak Djokovic? Kiedyś znajdował się w stajni (jak ja kocham to określenie! xD) Adidasa, natomiast teraz jego przyodzieniem są ubrania pewnej japońskiej firmy zwanej Uniqlo, oprócz niego ubiera się też tam Kei Nishikori.
- Ciekawostka, której sama jestem ciekawa: jakie ubrania nosi Thomas Berdych? Jego sponsorem jest H&M, ale wcześniej nosił chyba Adidasa... Sama nie wiem... Ktoś wie i pomoże? Proszę o komentarze!
Skoro już wiemy, jak się ubierać i nie ubierać, to chyba mogę uznać ten rozdział za ukończony i wreszcie przebrać się z piżamy. xD Pozdrawiam i proszę o komentarze.
sobota, 10 sierpnia 2013
WRÓCIŁAM!!!
Nie będzie ciężko policzyć, ile osób tak naprawdę cieszy się z mojego powrotu (raz... dwa... trzy... nie, jednak nie... liczę jeszcze raz...), nie zrażę się jednak do pisania bloga i będę dalej publikować moją nieopublikowaną publikację. Nie wiem, o czym będzie kolejny rozdział, bo nie miałam czasu o tym myśleć, kiedy Siwy wyłamywał mi się na przeszkodach, ale wstawię przynajmniej jakiś powitalny obrazek.
Oto idealne połączenie: mój Siwulek ze sprzętem tenisowym. Życzę miłego oglądania obrazka i na razie się żegnam. Kolejnego posta napiszę jak się wyśpię (będzie ciężko, 2:00 nad ranem - mecz Djokovic - Nadal xD). Dobranoc!
































